poniedziałek, 9 kwietnia 2012

ROZWAŻANIA MIĘDZYŚWIĄTECZNE

Według kalendarza - dziś jest dziewiąty dzień kwietnia, poniedziałek. W nomenklaturze kościelnej - poniedziałek wielkanocny, zwyczajowo - lany poniedziałek, w nazewnictwie młodzieżowo-kwejkowym - poniedziałek (ch)lany.
Oznacza to również, że w internecie zaczyna robić się gęsto od wpisów typu:
 "Jak tam wam mijają święta? Ja już pękam od tych wszystkich pyszności! Lęcę dalej jeść!"
oraz różnej maści obrazków, sugerujących, ile kto przytył i jak bardzo był zmuszany do jedzenia. Co najmniej jakby każdy czuł się w obowiązku przynajmniej raz podczas świąt zameldować, ile i czego zjadł, a Babcia była Okropnie Złą Kreaturą, wpychającą w Biedne Wnuczęta niechciane porcje ciasta i innych frykasów, bo "Nabawisz się anemii!".
Kolejny obowiązkowy punkt programu to oczywiście miliardowe powtórki filmów wszelkich. Na wypadek, gdyby ktoś (jakimś cudem), pominął wszystkie poprzednie projekcje, telewizje publiczne i niepubliczne postawiły sobie za cel uraczyć wszystkich kolejno: "Nie wierzcie bliźniaczkom", "Tarzanem", "Alicją w krainie czarów" (ale tą z 2010r., z J. Deppem, więc me gusta), "Legalną blondynką", serią filmów z Louisem de Funesem, "Wpuszczonym w kanał", "Nie kłam kochanie", "Zakochaną księżniczką", "Zmierzchem" i innymi. Cóż, przynajmniej nie jest to kultowy "Kevin sam gdzieś-tam" (którego notabene nie widziałam. I nie czuję się z tym źle!).
Na minus zaliczyć można jeszcze koszmarne rozleniwienie, powodujące, że nawet wizja matury za 26 dni mnie nie rusza z kanapy. Tym bardziej opcja, że jej mogę nie zdać (czego prawdopodobieństwo w przypadku historii rośnie). Pocieszam się, że można za rok. No, i że jakby co, to w pobliskim supermarkecie szukają kasjerów.
Poza tym, kolejny minus - fakt, iż święta nierozerwanie związane są z samotnym siedzeniem w domu, bo przecież M. w pracy, a bądź co bądź, do przyjaciół się w święta nie wproszę. Chociaż wtedy byłyby najfajniejsze - z butelką wina na Karolinowym pięterku na przykład.
Ale żeby nie było, że jestem cyniczna i w ogóle fuj, to znalazłam dwa plusy.
Plus numer jeden - mam wreszcie czas na czytanie książek. Niewiele mają one wspólnego z podręcznikami z historii czy też literaturą podmiotu/przedmiotu. Natomiast uroczo jest móc wreszcie skończyć serię B.Fitzpatrick, której nie można było dostać w bibliotece, a która odnalazła się na półce w pokoju cioci, tuż obok mnóstwa innych, najnowszych książek.
Plus numer dwa - lodówka jest pełna naprawdę pysznych rzeczy. M., wiedząc, że jestem wybredna niczym francuski piesek, robi tylko to, co lubię. Czyli na przykład sałatkę warzywną, skrzyżowanie makowca z plackiem z wiśniami, jajka faszerowane grzybami, albo wielką drożdżówkę z kruszonką.
Także w następnym poście możecie spodziewać się relacji z cyklu "+10 kg, omnomnomnomnom!". (;

4 komentarze:

  1. Ja tam się właśnie zabieram za pracę na etykę. Ale don't worry, spędzam święta baaardzo podobnie do ciebie :D. Skończyłam "Pieśni ziemi" "Obsydianowe serce", zaraz zabiorę się za Musso. Filmy też obejrzane :D.
    I jedzonko!
    Lubię Wielkanoc!

    OdpowiedzUsuń
  2. a ja właśnie byłam na lodach, i jadłam je na dworze, i tak, było mi przeraźliwie zimno !! jednak nie narzekam bo lody były tego warte! i poproszę bez żadnych skojarzeń!! :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Kejt - to dobrze, od razu czuję się lepiej z tym, że nie tylko ja miałam plany naukowe, z których niewiele wyszło :D
    Motylku - teraz to ja mam ochotę Cię zbić - mrr, lody! Chociaż nie, moje zdarte, biedne gardło zaczęło mnie w tym momencie drapać. Chyba chciało zasygnalizować, że jeszcze nie wyzdrowiało na tyle, żeby jeść lody. Więc tylko zazdroszczę z daleka!

    OdpowiedzUsuń
  4. Boże, ja jadłam wczoraj, dzisiaj, mam jeszcze w lodówce... A to wszystko przez moją mamę, która wpadła w lodowy szał!

    OdpowiedzUsuń