czwartek, 17 maja 2012

KP, CZYLI...

KP - Komisariat Policji. Może być tłumaczone także jako "k...wa, poczekasz". Miałam nikłą przyjemność odczuć to na własnej skórze przedwczoraj, w wyniku poczynań grupy wandali, która w ramach nocnych rozrywek pourywała lusterka większości parkującym na moim osiedlu, w tym też mnie.
Poniedziałkowy poranek, niedługo przed maturą z historii. Telefon od życzliwej sąsiadki, że lusterko sobie wesoło dynda. Reakcja pierwsza - sprint po schodach, żeby upewnić się, że to żart. Reakcja druga - zgodnie z ideologią życiową Dziadka 'A do gazety bym to opisał!' Z. - maile do 24opole, tvn24, lokalnej telewizji i nto. Następnie bluzganie na czym świat stoi, a by im ręce przy samej d... Przy samych kostkach uschły!
Wtorkowy ranek rozpoczęłam wizytą na komisariacie. Oczywiście najpierw wycena zniszczeń w serwisie, bo poniżej 250 zł nie przyjmują nawet zgłoszenia o popełnieniu przestępstwa. Dobrze, że rano zjadłam chociaż śniadanie...
10.30. - miła, choć głucha pani w recepcji kiwa przyjaźnie głową, każe czekać. W pomieszczeniu dwa krzesła i wielki stół, na co najmniej 6 osób, który, jak potem wyczytałam z nalepki - pochodził z Sądu Okręgowego. W sumie w 'poczekalni' już trzy osoby, więc stoję, półleżę, po godzinie zwisam z parapetu.
Wkrótce pojawiają się dwie, Barwne Paniusie, które od wejścia awanturują się, że policja generalnie nic nie robi. No, nie da się ukryć. Ale panie czekają, dzielnie dzielą się krzesłem, sypiąc w stronę dyżurnego uwagi średnio co 15 minut. Dyżurny na każdy zarzut ma przygotowaną odpowiedź - 'Tu jest tabliczka, może sobie pani napisać skargę'.
Do owych paniuś dołącza Pani Obolała. Kulturalnie czeka. I  czeka. Gdy końca czekania nie widać, zaczyna przekonywać głuchawą panią recepcyjną, że ona zapomniała czegoś zeznać i musi wejść. Kiedy mizerne próby użycia siły perswazji spełzają na niczym, wraz z Barwnymi Paniusiami (którym, jak zdążyłam się dowiedzieć w tak zwanym międzyczasie ktoś groził karalnie) wychodzi na 'papieroska'. Stoją sobie pod oknem i psioczą, a co.
Po powrocie zaczyna się znów. Pani Obolała kwęka, że ją boli kręgosłup, bo ma uraz (ale podane krzesło dźwiga dzielnie!), a Barwne Paniusie robią karczemną awanturę i wychodzą, trzaskając drzwiami. Znaczy, trzasnęłyby, gdyby umiały.
Mija druga godzina czekania. I zaczyna się cyrk. Drzwi otwierane elektrycznie się nie otwierają, bo prądu nie ma. Klucza nie ma, bo... nie ma. Pani Sekretarka nieobecna, więc Pan Komendant oraz reszta dziarskich chłopców skacze przez ladę, w te i we wte, bo na kawusię i z kawusi. A ciekawe co by było, gdyby wybuchł pożar...
I gdy w końcu przychodzi nasza kolej ( a w kolejce byłyśmy z Rodzicielką pierwsze), cała sprawa zajmuje 10 minut. I padają sakramentalne słowa, że zgłoszenie przyjęte, ale sprawa będzie umorzona z powodu niewykrycia sprawców. Ot, policyjni jasnowidze.