sobota, 28 września 2013

DENKO | SIERPIEŃ&WRZESIEŃ 2013

Witajcie : )
Nie, nie zapomniałam o blogu. Ostatnio jednak wieczory spędzam nad naprawdę dobrym FF, z woskiem topiącym się w kominku i kilkoma kubkami barszczu instant. Ot, taka moja metoda na jesień. 
Skusiłam się na zakup dwóch wosków YC - Fresh Cut Roses i Summer Scoop. Ten drugi poszedł na pierwszy ogień i chociaż odpaliłam tylko ćwiartkę, przez 12 godzin w moim pokoju i połowie reszty mieszkania unosił się mdlący zapach truskawek ze śmietaną. Zły początek znajomości z YC, oj zły. Mam nadzieję, że będzie lepiej, bo pokładam duże nadzieje.


Jak to na koniec miesiąca, taszczę do Was torbę ze zużyciami. Przypominam - to z dwóch miesięcy, i to nie wszystko, bo jeszcze pozużywałam miniaturki, które zabrałam do Londynu, ale wiadomo - tego nie przywoziłam z powrotem.


Zdjęcie grupowe jak zawsze na początek, a teraz już z krótkim podsumowaniem i podziałem na stałe grupy: włosy, ciało, paznokcie, reszta. (:


Grupę 'do włosów' reprezentuje 5 opakowań - 2 po produktach dobrych, 3 po raczej słabych. Po jasnej stronie mocy plasują się: szampon z odżywką i olejkiem kokosowym Timotei, który pięknie pachnie, zostawia włosy miękkie i takie milusie oraz odżywka dołączona do farby Casting Creme Gloss z Loreala. Grupę średniaków natomiast reprezentują dwa szampony Balea - borówkowy do codziennego mycia i z serii profesjonalnej, rzekomo nadający objętości, które krzywdy mi nie zrobiły, ale jakoś nie podbiły mojego serca, oraz lakier do włosów Wellaflex, który stał na półce nieco zbyt długo, by móc go teraz zużyć do końca. Babcia z uporem maniaka kupuje mojej mamie co rok zestaw lakier+pianka, chociaż mama ich nigdy nie używa, a dla mnie lakier o 'mocy' 2 to zdecydowanie za mało. Teraz sięgnęłam po Isanę z numerkiem 5, mam nadzieję, że chociaż ona da radę.


W grupie 'do ciała' w tych miesiącach też nie było wcale dobrze. W końcu zużyłam, a raczej przemęczyłam czekoladowy peeling cukrowy Perfecty, który z misją ujędrniania mocno się minął, a w dodatku jest, wybaczcie sformułowanie, upierdliwy w użytku. Szału nie było też przy używaniu żelu antybakteryjnego Balnea, bo zużył się, zanim zdążyłam wyrobić sobie o nim zdanie. Z piankami Isany coś ktoś kombinował, bo po dojściu do połowy opakowania, z dzióbka leci płyn, a nie pianka i wstrząsanie nic nie daje, tylko się zdenerwowałam. Wracam do Venus! Krem do depilacji Jasmin natomiast, to coś dla osób, które nie golą nóg/innych części ciała tygodniami - z krótkimi włoskami nie daje rady, z długimi się rozprawia. Z czym nie poradzi sobie szpatułka, poradzą sobie... nasze palce. Można wyciągać włosy ze skóry bezboleśnie. No ale to nie o to chodzi przy takim produkcie. Natomiast honoru grupy broni ananasowy żel Balea z limitowanej edycji, no ale o moim uwielbieniu dla żeli tej marki już dobrze wiecie : )


W grupie paznokciowej znalazły się trzy zmywacze - wiecie, że zużywam litrami; poza tym z Eveline pseud-cudo 3 w 1 - wysuszacz, utwardzacz i nabłyszczacz, który wyłącznie rozmazywał wzorki, nie robiąc nic z obiecywanych rzeczy, odżywka Venity 9w1, która zniszczyła mi paznokcie, lakiery z Essence i Golden Rose, z którymi nigdy nie było mi po drodze i na koniec ulubiony papierowy pilnik, który zwyczajnie podległ wymianie (:

A całą resztę reprezentują: błyszczyk Paese Colore Mio, który uwielbiałam, ale niestety, opakowanie się rozleciało, kosmetyk zaczął się rozlewać i brudzić, więc z bólem serca się żegnamy. Puder Synergen - klasyk, do którego zawsze będę wracać, ale teraz zamierzam zdradzić go ze Stay Matte Rimmela. Pochwalić mogę jeszcze tropikalną maskę peel off z Superdruga, ale cóż mi z tego, skoro prędko nie będę miała okazji jej poużywać? ;( Z cyklu maseczek - Galenic zagwarantował mi nawilżenie i piękny, smerfastyczny kolor na buzi, ale za to chłodzącej maski z Eveline nawet nie wypróbowałam, bo trafiła do mnie przeterminowana - ach, te gratisy w drogerii! Na koniec jeszcze miniatura kremu matującego z SVR, który z matem nie miał nic wspólnego - i to już koniec, jeśli chodzi o zużycia z sierpnia i września!

Następny taki post podrzucę Wam pewnie pod koniec roku, chyba, że puste opakowania mnie przysypią. : )
Od poniedziałku wracam na uczelnię. Plan jest podły, ale w sumie cieszę się z października. Październik to miły miesiąc. Nie dajcie się jesieni, nie dajcie się uczelniom i bawcie się dobrze :)

poniedziałek, 23 września 2013

PAZNOKCIE | CHINA GLAZE LITTLE DRUMMER BOY

Witajcie (:
Ostatnio przeglądając zasoby pudła z lakierami znalazłam jednego pięknisia, którego Wam nie pokazywałam. A że akurat miałam 'nagie' paznokcie, złapałam za buteleczkę i szybko pomalowałam paznokcie, a dopiero przy próbie zrobienia zdjęć przypomniałam sobie, dlaczego go nie pokazywałam. Jest piekielnie niefotogeniczny! Spróbowałam jednak wydobyć jego atuty i tym samym przed Wami druga Chinka w mojej kolekcji, czyli 'Little Drummer Boy'.



Lakier pochodzi z kolekcji zimowej z 2010 roku i właśnie na jesienno-zimową porę nadaje się najbardziej. Choć może się wydawać, że jest czarny, w rzeczywistości to naprawdę głęboki granat z miliardem niebieskich i srebrnych drobinek, które mienią się nie tylko w buteleczce, ale i na paznokciu.

Wywołane do tablicy drobinki. Zdjęcie z lampą.
Długi, wąski pędzelek oraz lekko lejąca się konsystencja sprawdzają się genialnie przy malowaniu zarówno długich, jak i krótkich paznokci, a pod warstwą topu emalia spokojnie przetrwa 4-5 dni - całkiem sporo!


Lakier przywodzi mi na myśl nocne niebo, dlatego dodałam do niego gwiezdny pył w postaci srebrnego toppera Smart Girls Get More na czterech paznokciach. (:
'Little Drummer Boy' sprawdza się zawsze wtedy, gdy mam ochotę na coś ciemnego na paznokciach, ale znudziła mi się czerń. Cieszę się, że załapałam się na niego, gdy Orlica pozbywała się części swoich zbiorów (:

Jaki jest Wasz ulubiony jesienno-zimowy lakier? (:

PS. Moje uzależnienie od Internetu zostało zauważone i chyba docenione, bo Panna Marchewka, Tamit24 i B. zaprosiły mnie do współpracy przy Polskich Lakieromaniaczkach! Będę się panoszyć na fanpage - zapraszam Was TUTAJ - i codziennie wrzucać Wam inspiracje, szybkie fototutoriale i inne lakierowe ciekawostki. (:

sobota, 21 września 2013

MAKIJAŻ | LATO PO RAZ OSTATNI

 Witajcie!
Nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że mamy jesień. No, ale ta oficjalna zaczyna się dopiero jutro, więc dziś, rzutem na taśmę, ostatni letni makijaż. Kosmetasia zabrała Was ostatnio na słoneczną plażę, więc ja, również za radą Hexx, postanowiłam ostatniego dnia lata zabrać Was nad turkusowe morze. Oczywiście, żeby nie przepłacać za bilety, wycieczka jest iście... makijażowa (:


Twarz: podkład Pharmaceris + Max Factor, puder sypki Mariza, bronzer MUA, róż Wibo
Oczy: kredka NYX Milk, paleta 120 cieni (turkus), podwójne cienie Bell (beż i brąz), tusz Avon SuperShock, paletka Essence Quattro 05 to die for
Usta: szminka MUA LE Kiss You - Moments

Tak, jest bronzer! Jest!


Oko raz.
Oko dwa.


I jak Wam się podoba ta mini-wycieczka nad morze? (: Mnie to połączenie chyba nie do końca pasuje - może przy innej tęczówce wyglądałoby lepiej, ale może macie inne zdanie?



czwartek, 19 września 2013

PAZNOKCIE | PIASKOWY ROMANS ANGIELSKO-NIEMIECKI

Witajcie!
Moje życie już ogarnięte - po remoncie, po egzaminie - pozostaje wynieść ostatnie kartony do piwnicy i czekać na wyniki poprawki. Czas również wrócić do regularnego blogowania - gorzej, że nieszczególnie mam o czym pisać - dużo kosmetyków zużyłam, a nic nowego na półkach się nie pojawiło, z uwagi na czasowy ban na zakupy. Jednak po poście Stri przypomniałam sobie, że przecież w Londynie kupiłam piasek Barry M, który do złudzenia przypomina opisywany przez nią Golden Rose 63. Zapraszam Was więc na prezentację jego angielskiego bliźniaka - Barry M Kingsland Road.



Przede wszystkim - to nie piasek. To lakier z wykończeniem a'la cukrowa posypka, ale bądźmy szczerzy - nikt nie określa tych lakierów w ten sposób. Pędzelek, jak i inne aspekty techniczne są takie, jak w przypadku Key Lime. Różnica jest oczywiście w wykończeniu, ale także w szybkości schnięcia i ilości potrzebnych warstw. Ten cukrowy baby pink potrzebuje dwóch grubszych warstw i schnie bardzo powoli - kiedy już jest pozornie suchy i ujawnia się tekstura, można go jeszcze przesunąć na palcu, łatwo go naruszyć i uszkodzić.

Sam w sobie jest słodki i uroczy, ale jednak za słodki dla mnie. Pasuje do wielu lakierów, więc postanowiłam połączyć go na zasadzie 3+2 z drugim piaskiem w mojej kolekcji, czyli P2 060 Strict.


A poniżej już efekt połączenia - zdjęcia robione po trzech dniach noszenia ich na paznokciach, więc końcówki są już minimalnie starte, ale mani wciąż nie wymaga zmywania.



I jak Wam się podoba angielsko-niemiecki romans? (:

niedziela, 8 września 2013

PAZNOKCIE | OPI LUCKY LUCKY LAVENDER

Witajcie : )
Kiedy zmywałam z paznokci limonkowo-groszkowy lakier Barry M, który pokazywałam Wam tutaj, nie miałam ani cienia wątpliwości, jaki lakier pojawi się na nich następny. Musiałam, po prostu musiałam sięgnąć po pierwszego i (jak na razie) jedynego OPIka w mojej skromnej kolekcji. Najpierw powstał gradient - pokazywałam go na Instagramie i choć tam zebrał całkiem sporo 'serduszek', ja nie byłam szczególnie do niego przekonana...

Jako drugi w gradiencie wystąpił Barry M - Prickly Pear. (:
Kusiła mnie zmiana, kusiło zdobienie, które jakiś czas temu wypatrzyłam na Instagramie. Nie miałam wyboru - wróciłam do kształtu paznokci sprzed dwóch miesięcy (który już mnie denerwuje, o wszystko haczy i drapie) i pokryłam je dwiema warstwami OPI Lucky Lucky Lavender.





W tym momencie powinien nastąpić akapit pełen peanów na cześć właściwości lakierów OPI. Naprawdę ładna, duża buteleczka (i w dodatku fotogeniczna), długi, dobrze przycięty pędzelek, wygodna do trzymania nakrętka. A w butelce 15 ml lakieru o idealnej wręcz konsystencji, który nie rozlewa się gdzie nie trzeba, nie brudzi, a idealnie pokrywa płytkę paznokcia przy dwóch cienkich warstwach. Mało? To jeszcze dodam, że do tego zmywa się bez problemów, nie odbarwia płytki, a jego trwałość pod Insta Dri mogę ocenić spokojnie na 5-6 dni bez odprysków.
Na pewno nie będzie moim jedynym OPIkiem, już rozglądam się za kolejnymi. Blokuje mnie (na szczęście!) stan konta :D

Lakier został już zaprezentowany, czas na pokazanie zdobienia, które na nim wymalowałam. Troszkę rozjechało się na serdecznym palcu lewej dłoni (cóż, dziabłam się sondą...), próbowałam więc pokazać je na prawej dłoni - kolory wyszły nieco inne. Przyjmijmy więc, że zdobienie wygląda jak na prawej, a kolory jak na lewej ręce : )

Ręka lewa i właściwe kolory :)

Ręka prawa i właściwe zdobienie :)

Jeszcze raz ręka prawa i w bonusie suche skórki - lecę po krem do rąk, na żywo wyglądają dużo lepiej!
Koronka jest dziecinnie prosta w wykonaniu, a wygląda uroczo i dziewczęco - w sam raz do tej bazowej lawendy. Sam kolor na pewno będzie często towarzyszył mi jesienią - znów lubię fiolety, a kiedy indziej je nosić, jak nie w porze wrzosów? ; )


Rozpędziłam się ostatnio z postami, ale chyba znacie tę sytuację - wszystko, byle się nie uczyć? :D Niestety jednak, egzamin zbliża się w zatrważającym tempie, moja wiedza w podobnym tempie się kurczy, marnie widzę swoją przyszłość, więc wypadałoby już wziąć się do roboty na serio - odpalam więc wosk i sięgam po książkę, a Wam życzę miłej niedzieli!

Cat


sobota, 7 września 2013

MAKE UP ACADEMY | PALETA HEAVEN AND EARTH

Witajcie!
Kiedy muszę zrobić szybki, prosty makijaż, najczęściej sięgam po brązy. Z pomocą przychodzi mi od niedawna paletka do złudzenia przypominająca Au Naturel ze stajni Sleeka - Heaven and Earth wykreowana przez Make Up Academy. Różnica w cenie jest znaczna - paletka MUA kosztuje 4 funty, czyli ok 20 zł, a Sleeka dwa razy tyle. A jak wypada w innych aspektach?


W plastikowej, czarnej kasetce z przezroczystym wieczkiem, o wymiarach ok. 14x7 cm, mieści się 12 cieni i dwustronny aplikator. Nie ma lusterka, ale coś za coś - przynajmniej przez wieczko widać, jaka to paletka. W przeciwieństwie do Sleeka, cienie nie mają nazw - żałuję, bo lubię, gdy kosmetyki mają swoje nazwy - łatwiej je potem opisać.


Przyznaję, że troszkę nie rozumiem nazwy - brązy to faktycznie kolory ziemi, ale gdzie tu niebiańskie błękity? (:
Wszystkie cienie to beże i brązy o różnych odcieniach, wszystkie połyskujące, satynowe, w większości w ciepłej tonacji. W żadnym 'kółeczku' nie ujawniają się jarmarczne drobinki brokatu - na szczęście! Cienie są dobrze sprasowane, łatwo nabierają się na pędzel, ale nie pylą i nie osypują, a w dodatku mają całkiem niezłą pigmentację - byłam pozytywnie zaskoczona. Na bazie trzymają się spokojnie cały dzień, nie sprawiają problemów przy blendowaniu ani przy zmywaniu.




1 i 9 to idealne cienie do rozświetlenia łuku brwiowego i wewnętrznego kącika, na całą powiekę sprawdzi się 4, a moim ulubieńcem jak dotąd jest 6 - lekko rude złoto. : )
Cała paletka jest uniwersalna, na pewno wszystkie miłośniczki beży i brązów powinny być zadowolone - można nią wyczarować i coś lekkiego na dzień, i mocniejszy makijaż na noc.

Znacie paletki MUA? Która jest Waszą ulubioną? 
Cat

piątek, 6 września 2013

MAKIJAŻ | FIOLET&ZŁOTO

Witajcie!
Jeśli macie już dość fioletów w moich makijażach - polecam nie scrollować dalej :D Ostatnio po prostu automatycznie sięgam po te odcienie do mojej palety, co zresztą widać w znacznym ich ubytku względem innych kolorów. Tym razem padło na połączenie go ze złotem i zblendowanie z czernią, która dziwnym trafem wyszła brązowa.
Cały makijaż oka zrobiłam nowym nabytkiem - pędzelkiem MAC 217 i muszę powiedzieć, że jestem zachwycona jego funkcjonalnością! Kiedy sięgałam po niego na lotnisku, wiedziałam, że ktoś kiedyś mówił o nim coś dobrego, więc chyba warto. Po obejrzeniu wczorajszego filmu Red Lipstick Monster, którą chyba każda z Was zna, przypomniało mi się, kto tak dobrze o tym pędzlu mówił. Ewa zgodziła się zostać matką chrzestną mojego pierwszego MACzka, więc to tym bardziej motywuje mnie do nauczenia się jego obsługi : ))
Pierwszy raz od dawna sięgnęłam także po liner w płynie, a nie w żelu, i tak mi się dobrze malowało, że trochę przesadziłam z długością kreski... :D




Użyte kosmetyki:
- podkład Pharmaceris + Max Factor (mieszanka)
- korektor Collection
- puder Synergen
- bronzer Mariza
- róż MUA Bubblegum
- baza pod cienie Ingrid
- cienie: złoty, fioletowy w dwóch odcieniach i czarny z palety 120 Manly
- matowa biel My Secret
- tusz do rzęs Avon Supershock
- eyeliner Wibo Waterproof
- paletka Essence Quattro (do brwi)
- szminka MUA Moments (LE Kiss You)


Fioletów już na jakiś czas starczy - jakie kolory oswajać teraz? (:
Cat

czwartek, 5 września 2013

PAZNOKCIE | BARRY M KEY LIME

Witajcie!
W zasadzie nie przepadam za zielenią na paznokciach. Miałam kiedyś fajny, trawiasty Wibo, ale potrzebował wielu warstw do pokrycia płytki, więc szybko ujrzałam dno. Nie wiem więc, co mnie podkusiło przed szafą Barry M, by sięgnąć po Gelly Hi-Shine w odcieniu Key Lime - może fakt, że to chyba jeden z popularniejszych kolorów tej marki (poprawcie mnie, jeśli się mylę). Wróciłam do domu i z głupia frant po zmyciu starego lakieru, pomalowałam paznokcie barysiową limonką. Pytanie brzmi - polubiliśmy się?


Buteleczka mieści 10 ml lakieru, dość rzadkiego i lejącego się, notabene. Pędzelek jest dość długi, wąski, ale poręczny. Przy potrząsaniu buteleczką słyszę jakieś stukanie, więc obstawiam, że w środku jest przynajmniej jedna metalowa kuleczka.


Zdziwiło mnie to, jak dobrze lakier kryje już przy pierwszej warstwie - dołożyłam jednak kolejną i tu zaczęły się schody. Chociaż pierwsza warstwa wyschła, nim pomalowałam paznokcie ponownie, kolejna sprawiła, że na paznokciach miałam plastelinową, grubą warstwę, łatwą do ściągnięcia przy każdym ruchu. Okazało się, że dość trudno jest ten lakier nałożyć cienko i równomiernie, a grubsze warstwy dały nie do końca zadowalający efekt. Odczekałam jednak chwilę, po czym nałożyłam Insta Dri. Top wyrównał powierzchnię, usunął pojedyncze bąbelki, ale za nic nie chciał wyschnąć w 2 czy 3 minuty. Po 30 sekundach lakier był faktycznie suchy do dotyku, ale pod spodem nadal miękki i podatny na uszkodzenia. Na szczęście w telewizji akurat leciał jakiś film, więc posiedziałam z rękami na poduszkach przez 20 minut i lakier wysechł do końca.




Na paznokciach bardziej niż limonkę przypomina mi zielony groszek, ale ładnie się prezentuje i poprawia mi humor, więc myślę, że dość często będzie w użyciu. : )

Jakie kolory lakierów Barry M lubicie? Które warto kupić? 

Cat

środa, 4 września 2013

KOT W KUCHNI | MEXICO TWIST

Witajcie! (:
Fun fact - jestem fanką eksperymentów kulinarnych i różnych kuchni świata. Moje kubki smakowe już dawno podbiła kuchnia włoska, a ostatnio miałam smaka na coś meksykańskiego. Z pomocą przyszedł 'Tydzień w Lidlu' - kupiłam kilka niezbędnych składników i zrobiłam prosty, ale bardzo smaczny obiad, który można dowolnie modyfikować i zmieniać - tortille!


Przygotowanie jest banalnie proste, a trwa 30 minut, razem ze zrobieniem zdjęć i umyciem naczyń po! Zapraszam Was na instrukcję słowno-obrazkową : )


Suche placki tortilli nie są najlepsze, więc wypadałoby je czymś posmarować - ja zdecydowałam się na mój ukochany sos tzatziki - do miseczki wsypujemy "na oko" Tzatziki (najlepsze jest wg mnie z Prymata), dolewamy 1/2 małego jogurtu greckiego (tutaj według uznania, ja wybrałam wersję light) i mieszamy, po czym wstawiamy do lodówki na kilka minut, by sos się "przegryzł".


W tym czasie możemy zająć się krojeniem pozostałych składników - czerwonej papryki, pomidora, 1/4 cebuli i piersi z kurczaka. Ta ostatnia może być duszona, smażona, grilowana - jak lubicie. Ja wybrałam przygotowanie jej z dużą ilością ziół, bez tłuszczu, na specjalnej patelni.


Kiedy wszystkie składniki są już pokrojone w kostkę, piórka czy inne lubiane przez Was wzorki, a sałata umyta i osuszona (no, dobrze, tutaj poszłam na łatwiznę i kupiłam mieszankę sałat dostępną w każdym supermarkecie, ale Wy możecie dodać zwykłą sałatę, w całych liściach), pora zabrać się za układanie i twistowanie.


Na placku rozsmarowujemy cienką warstwę sosu, układamy sałatę, ser żółty, kurczaka, warzywa i skrapiamy jeszcze odrobiną sosu, po czym zwijamy tortillę i zapiekamy ją w piekarniku lub mikrofalówce przez kilka minut. Jeśli Wasza jest tak 'pękata' jak moja, możecie spiąć ją wykałaczką (:


Do gorącej tortilli dołożyłam nachosy o smaku słodkiego chilli oraz dip BBQ - obiad gotowy! Nie trzeba biec do meksykańskiej restauracji czy jakiegoś fast foodu - może nie jest to najmniej kaloryczny posiłek, ale przynajmniej wiemy, co znajduje się w środku (:


A Wy lubicie tortille? Z jaką zawartością? (:
Cat

wtorek, 3 września 2013

HAUL | LONDYŃSKIE SZALEŃSTWO

(relację z podróży znajdziecie tutaj)

Witajcie!
Nie da się ukryć - Londyn to raj dla zakupoholików, z każdym budżetem. The Body Shop, Boots, Superdrug na każdym rogu, Chanel, Dior czy Primark co przecznicę... Dodajmy do tego dziesiątki różnych marek w strefie bezcłowej... Tylko dlaczego są limity wagi?! :D
Primark nieco mnie rozczarował - tłumy ludzi, ubrania leżące wszędzie, kosmiczne kolejki do przymierzalni i kas - to nie dla mnie. Udało mi się co prawda kupić kilka ciuchów, dwie pary butów, ale zdecydowanie większą frajdę miałam, buszując po sklepach z kosmetykami. Was też pewnie ta część mojej wycieczki bardziej interesuje, więc już nie przedłużam i pokazuję Wam moje łupy! : )


Tak prezentuje się cała gromadka, a poniżej już zbliżenia:


Pierwsze do koszyka wpadły maseczki Superdrug w promocji 4 w cenie 3 - czekoladowo-pomarańczowa samonagrzewająca się, ogórkowa, tropikalna peel off i z minerałami z Morza Martwego.
Cena regularna: £0.99/sztuka 



Z Soap&Glory, których opakowania znają wszyscy, miałam kupić balsam do ust A great Kisser, ale nie było go w żadnym z odwiedzonych przeze mnie sklepów. Skusiłam się więc na kolejną promocję: kup 2 produkty podróżne, 3 dostaniesz gratis. Do koszyka wpadł krem do rąk Hand Food, peeling Flake Away i masło The Righteous Butter. 

Cena regularna:  £2.50/sztuka


Przy półce Make Up Academy stałam najdłużej - miałam ochotę na dosłownie wszystko! Miejsce na paletki było niemal puste, były tylko 3 sztuki Heaven and Earth, więc nie miałam wyboru :) Poza tym, sięgnęłam po koralowy róż Bubblegum i bronzer w odcieniu 2. 
Cena regularna: bronzer £1, róż £1, paletka £4.


Nie mogłabym wyjść bez szminek! Wybrałam koralową Nectar 16, brudnoróżową Moments z limitki sygnowanej przez One Direction (przypadkiem wybrałam akurat tę z autografem Nialla :D) oraz baby pink odcień 4. 
Cena regularna: szminki ze zwykłej oferty £1/sztuka, limitka: £3.


Tego kosmetyku nie muszę nikomu przedstawiać, prawda? To osławiony w blogosferze korektor Collection Lasting Perfection Ultimate Wear Concealer 16 Hours Wear - uff, długa nazwa :D Wybrałam kolor środkowy, czyli 2.  
Cena regularna: ok. £4, ale kupiłam go w promocji. 

 Najliczniejsza gromadka :) Od lewej: Barry M Key Lime, Prickly Pear, piasek Kingsland Road i piórka Liquorice, złapane w promocji 2 za £6. Z prawej mój pierwszy OPI, Lucky Lucky Lavender, kupiony na lotnisku za ok. £9.
Cena regularna: £3.99/sztuka Barry M., ceny OPI nie znam.


I na koniec najdroższy zakup, poczyniony spontanicznie na lotnisku. Byłam zrozpaczona, że nie mają moich wymarzonych perfum Our Moments, a ja nie miałam na nie już miejsca w płynach, by kupić je w centrum handlowym w mojej dzielnicy, gdzie pojawiły się dzień przed moim wylotem... Na szczęście z nieba spadła mi Asia ( ; ****** ) i już niebawem, jeśli poczta nie nawali, będę je miała u siebie! Dziękuję Ci miliardowo (bo stokrotnie to za mało), Ciociu Asiu! :D <3 Wiadomo, że na smutek najlepsze zakupy, więc weszłam do MACa. Weszłam, złapałam blending brush 217 i bez namysłu poszłam do kasy. Zapłaciłam (bagatela) £15 i od razu jakoś się lepiej poczułam. :) Mam nadzieję, że pędzel się sprawdzi, pierwsze testy przeszedł pozytywnie!
Cena regularna: $24.00/£15 (wg strony MACa).


Spłukałam się niemal doszczętnie, ale za to mam tyle dobroci do testowania... Moja mama w niedowierzaniu kręciła głową, gdy widziała, jak się wypakowuję, ale co zrobić, ciężkie życie blogerki. Czy coś. :D


Chcecie coś zobaczyć w pierwszej kolejności?
Cat