poniedziałek, 28 października 2013

WYDARZENIE | KATOWICKI PRZEPIS NA SPOTKANIE BLOGERSKIE

(post z przymrużeniem oka - proszę nie traktować poważnie i nie szukać przytyków personalnych, bo ich nie ma :) )

Przepis na udane spotkanie blogerskie

1. Zdecyduj, że nie masz ochoty siedzieć w weekend w domu.
2. Znajdź 2 (słownie: dwie) inne blogerki - najlepiej, żeby jedna była fejmem, a druga gifciarą. Dokładnie dwie, bo trzy (razem z Tobą, to dobra liczba). Fejm podlinkuje Cię u siebie - statystyki pogalopują w górę, a gifciara zadba o prezenciki. Oczywiście, możesz tez próbować spotkania w pojedynkę, ale to się rzadko udaje.
3. Idźcie na kawę. Obowiązkowo tam, gdzie jest wifi, żeby można było na bieżąco chwalić się wszystkim na instagramie, a jeśli jeszcze kawa w tym miejscu jest droga, a koło dobrej kawy nie leżała - trafiłyście idealnie.
4. Wybierzcie się też na zakupy do centrum handlowego. Jeśli znajdziecie gdzieś wyspę z lakierami, stójcie tam 15 minut, wybierając między dwoma lakierami, ale ostatecznie kupcie oba - pozostawcie w sprzedawcy tę nutkę niepewności! Oczywiście nie zapomnijcie rzucić kilku spojrzeń pt. "Pani mi proponuje lakiery magnetyczne? A dinozaur i maczuga są gratis?".
5. Korzystając z tego, że wypatrzyłyście logo pewnej znanej kawiarni, idźcie znów na kawę, bo przecież trzeba zrobić sobie zdjęcie z firmowym kubeczkiem!
6. W każdej możliwej chwili wypominajcie sobie nawzajem niekomentowanie postów i nie śledzenie na bieżąco bloga!
7. Jeśli po zakupie lakierów zostały Wam jakieś pieniądze - możecie zjeść obiad. To oczywiście dla niektórych opcjonalne - nie sądzę, żeby gdziekolwiek sprzedawali pojedyncze liście sałaty.
8. Wieczorem koniecznie zróbcie sobie zdjęcie na przystanku/pod centrum handlowym/na dworcu.
9. Jeśli z listy odhaczyłyście zdjęcie, dopilnujcie, by nie zauważyć zmiany w rozkładzie jazdy. Jeśli takiej zmiany nie ma, dyskretnie ją wprowadźcie albo pomylcie autobusy. 
10. Zapewnij koleżanki, że tak, na pewno przyjedziesz wkrótce, bardzo Ci się podobało, wróć do domu i skleć notkę o tym, jak fajnie było. Ewentualnie możesz rozkręcić jakąś aferkę, koniecznie z udziałem dziewczyn ze spotkania. Przecież teraz jesteś już znawcą.


Tak, ja jestem już znawcą - po wczorajszym katowickim spotkaniu z Alicją - gifciarą i Anią - fejmem :D W końcu odważyłam się skorzystać z propozycji Alicji, by przyjechać na Śląsk, szybko zaprosiłyśmy też Anię i spędziłyśmy niedzielę na malowaniu paznokci, piciu kawy, wybieraniu lakierów, plotkach i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście na koniec nie omieszkałam uprzedzić Dziewczyn, że w listopadzie urządzamy powtórkę - nie wydawały się tym specjalnie załamane. : )

Aaaależ byłam zazdrosna! Następnym razem moja kolej :D Na zdjęciu: Ania zajmująca się paznokciami Alicji :)

Efekt końcowy, czyli nieco halloweenowe paznokcie Kapryska.
Czym byłoby spotkanie bez takiego zdjęcia? Pomarańczowe Alicji, moje panterkowe i jesienne Ani : )

Starbaksiowy fejm! Teraz mogę się pochwalić - byłam w Starbucksie w Paryżu, w Londynie i w Katowicach, yeah!
- Ewa, czy Ty nie możesz zrobić normalnej miny?!
-  NIE!
Zostałam zmuszona do wyglądania jak człowiek! Ale to na potrzeby samojebki, normalnie nie wyglądam :D
Bo normalnie to wyglądam tak, zwłaszcza, jak ktoś mi robi zdjęcia jak jem :D
Ktoś coś mówił o zdjęciu na przystanku? My też mamy swoje, a co!
Zdjęcia są własnością Kapryska, ja je tylko bezczelnie 'jumłam' z poczty.
Alicji dziękuję za przygarnięcie na niedzielę, paczkę zobowiązań i nagrodę (która wylała mi się w torbie, buu! Musiałam być ciekawska i otwierać ją w kawiarni, musiałam!), Ani za jakże cudny lakier i wszystko inne, do zobaczenia za dwa-trzy tygodnie! <3

To by było na tyle, jeśli o prywatę chodzi - merytoryczny post niebawem : )

czwartek, 24 października 2013

CIASNE, ALE WŁASNE | MOJE 4 KĄTY

Witajcie : )
Już dawno pisałam Wam o tym, że mój pokój przechodzi małą - wielką metamorfozę. Przejadła mi się wszechobecna zieleń, więc przyszedł czas na zmiany... Nie ukrywam - wcale nie było łatwo, zwłaszcza przekonać mamę i pogodzić się z tym, że nie będę mogła urządzić wszystkiego 'od zera', wybrać mebli, łóżka, (...) - główną barierą były finanse i ograniczone możliwości lokalowe - nie dało się zburzyć ścian i zmieścić wszystkiego :D
Czekałam z pokazaniem Wam efektów do momentu, aż wszystko będzie wyglądało tak, jak chciałam, ale do dziś antyrama wisi pusta, brakuje zegara, etc. - nie ma już na co czekać - przygotowałam więc kilka zdjęć i pokażę Wam, skąd do Was nadaję : )


Było właśnie tak. Zielona tapeta, zielony sufit, zielona sofa, zielone krzesło, zielone rolety w oknach, wszędzie pełno... wszystkiego. Mnóstwo książek, figurek, bibelotów, pudeł, pudełeczek - niemal jak w sklepie 1001 drobiazgów. Cóż, mam naturę zbieracza - nigdy nie wiadomo, co się kiedy przyda. Skutkowało to tym, że częściej przesiadywałam w kuchni lub w salonie, niż we własnym pokoju...


Tym razem jednak potrzeba odgracenia mojej przestrzeni życiowej była silniejsza, niż lenistwo i stało się!


Przede wszystkim wszędobylską zieleń zastąpiły cieplejsze kolory - na dwóch ścianach mam mój ulubiony kolor, czyli mieszankę różu, brzoskwini i pomarańczy - 'Arbuzową fiestę', a na dwóch ciemną czekoladę- 'Indyjski palisander'. Było naprawdę ciężko dokładnie pokryć farbą tapetę, bo miała nierówną fakturę, ale udało się :) Poza tym, kasetony i listwy na suficie zostały pomalowane na biało i rozjaśniły cały pokój. Znad okna zniknęły rolety pionowe - i tak nigdy ich nie zasłaniałam, bo za biurkiem stało zbyt wiele rzeczy, a zza szafy usunęłam keyboard i stojak do niego, na którym wcześniej składowałam brystole, reklamówki i inne rzeczy.
Biurko komputerowe spod okna przesunęłam pod ścianę - zasłoniło panel z kontaktami, dając jednocześnie możliwość dojścia do okna - niezwykle ułatwia mi to robienie zdjęć makijażu. Drugie biurko wróciło po remoncie na to samo miejsce, a w planach mam jeszcze oklejenie zniszczonego blatu jakąś pasującą okleiną - nie mogłam pozwolić na to, by zniknęło z mojego pokoju choćby przez sentyment - mam go od niemowlaka : )
Parapet zaczął być w końcu widoczny spod sterty bibelotów - większość stojących tam rzeczy była po prostu zbędna, część znalazła nowe miejsce, już nie na wierzchu, a po wyniesieniu figurek, pamiątek i części książek do piwnicy mogłam zagospodarować półki w szafie od nowa - na półkach szafy pod oknem znalazły miejsce koszyczki z kosmetykami, które dotychczas piętrzyły się w łazience, pudło z lakierami, puszka na woski i flakoniki perfum, a pilnuje ich mój 18tkowy prezent od przyjaciół :)
Szafa pod ścianą stała się 'częścią naukową' - miejscem na materiały na studia, encyklopedie, słowniki; na najwyższej półce postawiłam nagrody za najważniejsze konkursy, antyramę z portretem, który dostałam na 15 urodziny od ówczesnej koleżanki czy segregator z kolekcją gazet takich jak Vogue czy Harper Bazaar; swoje miejsce znalazła tam też 'szafeczka' z Netto, w której przechowuję biżuterię, a poza tym pudło z innymi słownikami (mam ich naprawdę dużo, a wcale nie korzystam... :D) i książki dotyczące fotografii, a w kartonach stojących przy biurku trzymam zapas kosmetyków i materiały na studia, np. notatki z zeszłego roku.
Żółtą antyramę, którą dostałam na 18tkę, opróżniłam ze zdjęć i przemalowałam na ten sam brzoskwiniowy róż, który jest na ścianach. Wymieniłam też szkło, które połamało się w czasie remontu i czekam na wenę, by umieścić coś w ramie : )

Koniec tego wywodu - czas na zdjęcia - w opisach pod nimi mini-pomysły DIY, ceny, etc. :)


1. Na biurku znalazło się miejsce dla pędzli do makijażu - nie chciałam przechowywać ich w plastikowych koszykach, jak dotąd, więc w sklepie 'Wszystko za...' kupiłam 3 szklanki z grubego szkła (1,50 zł/sztuka) i wypełniłam je kaszą gryczaną, by kolorystycznie pasowały do pokoju. W większej szklance trzymam pędzle do twarzy, a w małych pędzle do oczu i te, których używam rzadko, a z tyłu mam butelkę z atomizerem, z wodą do zwilżania pędzli.

2. Malowanie się w łazience było złym pomysłem - chociaż mam tam niezłe oświetlenie i genialne lustro, często przesadzałam z kolorem podkładu albo intensywnością różu na policzkach - wszystko przez zbyt ciepłą barwę światła. Przenoszenie codziennie rano wszystkiego do pokoju, by się pomalować, odpadało. Kupiłam więc w Pepco koszyki (2 duże i 6 małych, zapłaciłam ok. 80 zł) i przeniosłam swoją kolekcję tak, by była zawsze pod ręką. Jeśli jesteście ciekawe, jak mam to zorganizowane, i jak wygląda moja kolekcja - dajcie znać, przygotuję o tym post :)
Na dół przeniosłam pudło z lakierami, które czeka na oklejenie, by nie straszyło logiem sklepu obuwniczego, podobnie jak puszka, w której kiedyś dostałam kubek z Nici,  a dziś służy jako pojemnik na Yankee Candle. Kolekcji perfum pilnuje mój urodzinowy kot : )

3. Wyhaczona na promocji w Pepco (19.90 zł) lampka wieczorem tworzy cudny klimat w pokoju, a poza tym świetnie wypełnia przestrzeń na półce z odtwarzaczem DVD, nie rzucając się zbytnio w oczy.


1. W rogu możecie zauważyć przemalowaną antyramę, a na półce z książkami trzymam teraz tylko książki, do których lubię wracać, a także kieszonkowe słowniki, które nie mieszczą się gdzie indziej, a także dokumenty i MP4, by mieć je zawsze pod ręką przed wyjściem.

2. Na parapecie natomiast mają swoje miejsce książki, które aktualnie czytam lub planuję przeczytać (obecnie to 'Sekrety sióstr' C. Dowling, 'Droga do marzeń' K. Mirek i 'Szczęście w twoich oczach' C. Leavitt), kominek, dwie świeczki (jedna pełna, druga już pusta, służąca jako pojemnik na spinacze i pinezki - obie z Tesco), a także duże lusterko ze stroną powiększającą, kupione w Rossmanie za ok. 20 zł.

3. Moje miejsce nadawania do Was! W szufladzie wszystkie akcesoria papiernicze, na półce pod blatem pudło z koralikami i narzędziami do biżuterii, w szafce zapas zeszytów i papierologia (umowy, dokumenty, itd.), a po prawej wspomniane wcześniej kartony (ze sklepu 'wszystko za 5 zł'), a na nich szufladkowy organizer z papierem do drukarki i różnymi potrzebnymi pod ręką rzeczami.


1. Na szafie wspomniane statuetki, portret, gazety, książki i pudełko z biżuterią, a na drzwiczkach szafki przyklejony plan zajęć : )

2. Znienawidzoną zieleń kanapy, której nie mogłam się pozbyć, trzeba było ukryć. Z pomocą przyszła oczywiście narzuta. Po co jednak wydawać 100 zł czy więcej w Jysku, Home and You, czy gdzie indziej, skoro można przejść się do second handu? Za pasiastą, milutką w dotyku narzutę zapłaciłam 12 zł, małe poduszki również są stamtąd, a kosztowały nie więcej, niż 5 zł - mama znalazła je zupełnym przypadkiem :) Brązowe poszewki natomiast powstały z materiału również kupionego za kilka złotych w SH, a uszyła je moja mama - jaśki do obleczenia znalazły się w kanapie :)

3. Moja naukowa szafka - kodeksy, książki, notatki, segregatory, jak to u studentki bywa : )

Jak Wam podoba się moje małe gniazdko? Ja w końcu czuję się w swoim pokoju dobrze i teraz uwielbiam w nim spędzać czas : )

niedziela, 20 października 2013

MAKIJAŻ | ROMANCE W STYLU VINTAGE - PIĘĆ PIERWSZYCH RANDEK

Witajcie!
Jak sam tytuł posta wskazuje - wybrałam się na pięć randek. Zwiedziłam przy tym dużą część świata, nie ruszając się z domu. Pomyślicie pewnie - oszalała, komputer rzucił się jej na mózg. Otóż nie - jestem w pełni zdrowa psychicznie i świadoma swoich słów :D Na randki w różne części świata porwała mnie bowiem... paletka Sleek Vintage Romance!

Nie jestem żółta, to wina ustawień aparatu ;c

Pierwsza randka (nie taka zupełnie pierwsza, bo w jednym z poprzednich postów pokazywałam Wam szybki makijaż przy użyciu VR) odbyła się na życzenie Grumpy. Zuza chciała, bym pokazała w działaniu cień Propose in Prague - to ten w środkowej części powieki. Dołożyłam do niego Meet in Madrid w wewnętrznym kąciku oraz jeden z brązów z paletki MUA w zewnętrznym - randka hiszpańsko-czeska odbyła się w dzień :)
Podkład to klasycznie mieszanka MaxFactor LP i Pharmaceris, do tego puder Mariza, korektor Collection, baza pod cienie Essence I love stage, matowy brąz z paletki Essence Quattro 05 to die for, tusz L'oreal False Lash Wings i Avon Supershock,  róż Amilie Charisse , bronzer MUA i szminka Avon Country Rose.


Na imprezę (która odbyła się notabene na wieczornym, poniedziałkowym wykładzie), Sleek porwał mnie do Hollywood i Londynu, a to za sprawą cieni Honeymoon in Hollywood oraz Love in London. W środkowej części powieki mam cień Papaya Shake z Kobo, dalej fiolet z VR wzmocniony czernią, a złota kreska to sypki pigment z Essence, nałożony wilgotnym pędzelkiem.
Pozostałe kosmetyki - tak jak przy poprzednim makijażu, z drobną różnicą - tutaj róż to MUA Bubblegum, a na ustach mam mleczny błyszczyk z Bell.

A tu znów zbyt biała... Ech, to kapryśne światło!
Trzecia randkowa propozycja to znów dzienne połączenie moich dwóch ulubionych cieni z tej paletki - Meet in Madrid oraz Honeymoon in Hollywood, na białej kredce NYX, z odrobiną brązu z paletki Essence Quattro 05 to die for.
Lista pozostałych kosmetyków jak wyżej, plus kreska eyelinerem Wibo : )


Czwarta randka była trochę nieudana - malowana w pośpiechu, a tym razem kandydat do mojej ręki okazał się przewrotny. Pamiętacie ze swatchy cień Bliss in Barcelona? Ten granatowo-fioletowy? Tak, to on jest w zewnętrznym kąciku - na oku wyszła z niego szarość podszyta fioletem! Towarzyszy mu srebro Pretty in Paris na większości powieki i Honeymoon in Hollywood na linii dolnych rzęs. Randka okazała się nieudana, bo coś dziwnego działo się tego dnia z moją skórą - cienie, mimo bazy, zaczęły spływać z powieki i rolować się już po dwóch godzinach, podobnie jak podkład z reszty twarzy, chociaż nie zmieniałam pielęgnacji...
Na twarzy wszystko jak przy wcześniejszych makijażach, a na ustach błyszczyk Wibo Rose, który jest bardziej tintem, niż błyszczykiem jako takim : )


A piąta randka upłynęła pod hasłem "jak mogłaś kupić rzęsy a nie kupić kleju!", bo Meet in Madrid i Love in London aż prosiły się o coś wieczorowego. Kupiłam więc słynne Ardell Demi Whispies, tylko z głowy wyleciał mi klej. Przyczepiłam je więc na słowo honoru na to, czym te rzęsy były przyklejone do opakowania. Odklejały się, przesuwały jak cholera, ale coś tam na zdjęciach widać, że są. Ot, moja kreatywność :D

Która z pięciu randek najbardziej się Wam podoba? Mi chyba najbardziej przypadła do gustu trzecia - na pewno będę ją często powtarzać : )

niedziela, 13 października 2013

MAKE UP ACADEMY | SZMINKI 4, 16, MOMENTS

Witajcie :)
Moja szminkomania osiąga niepokojące rozmiary - w drogerii już nie rozglądam się za lakierami, a za mazidłami do ust! :D Podobnie było w Londynie i być może pamiętacie, że przywiozłam stamtąd 3 szminki MUA - czas więc na ich prezentację i krótkie recenzje, zwłaszcza, że ostatnio są mocno eksploatowane.




Gdy weszłam do Superdruga, gdzie dostępne są kosmetyki marki MUA (w większości za śmieszne pieniądze - całego funciaka!), byłam pewna, że nie wyjdę bez szminki w odcieniu '16 Nectar' - zobaczyłam go w tym poście u Asi i już wtedy wiedziałam, że to ten idealny odcień między brzoskwinią a pomarańczą. Nie pomyliłam się - pokochałam go natychmiast. Świetnie sprawdził się latem, a i na jesień doskonale pasuje. : )
Szminka ta jest niestety nieco problematyczna - chociaż pigmentacji nie mam nic do zarzucenia, bo jest naprawdę przyzwoita, to przez wykończenie w kierunku matowego jest nieco tępa w aplikacji, wysusza usta i zbiera się w załamaniach. Kosmetyk ściera się dość szybko, po 2-3 godzinach szminki nie ma już na ustach, ale kolor pozostaje - od biedy można odpuścić sobie poprawki!
Żeby możliwie jak najbardziej zwalczyć te ujemne kwestie szminki, używam zawsze pod nią balsamu, a po nałożeniu ze sztyftu delikatnie rozsmarowuję i wklepuję opuszkiem palca.


W związku z tym, że moje umiejętności robienia zdjęć ustom są nikłe, znalazłam jeszcze zdjęcia 'szminki w akcji' - w tym przypadku dosłownie, bo w końcu to zdjęcie z Bondem :D

Mam nadzieję, że widać pomarańcz. Widać?

Drugi kolor zachwycił mnie w opakowaniu, po zeswatchowaniu entuzjazm zmalał, by w końcu przerodzić się w stonowaną sympatię. Mowa o odcieniu 4, czyli delikatnym baby pink.
Tutaj historia konsystencji jest diametralnie inna! W zasadzie bardziej przypomina mi balsam koloryzujący, niż szminkę, bo jest 'mokra', lekko sunie po ustach, zostawiając ledwie cień koloru i połysk. Trzeba się więc namachać, by było go dobrze widać, zwłaszcza na naturalnie ciemnych ustach, ale przynajmniej nie widać, jeśli się nią zbyt daleko wyjedzie :)
Ściera się bardzo szybko, nie zostawia koloru jak 'Nectar', ale nie wysusza ust, a nawet powiedziałabym, że lekko je nawilża. Jest idealna, gdy chcemy mieć 'coś' na ustach, ale nie chcemy sięgać po ciemne kolory.

W akcji pokazywałam ją chociażby w ostatnim poście : )

Na koniec brudny, lekko malinowy róż, który ujął mnie nie tyle kolorem, co... faktem, że jest z edycji limitowanej Kiss You, sygnowanej przez One Direction, a w dodatku jego nazwa to tytuł mojej ukochanej piosenki - Moments. Wyróżnia ją opakowanie (z autografem mojego ulubieńca Nialla :D), wzory na sztyfcie, a także cena (3Ł), natomiast pod względem technicznym łączy cechy powyższych dwóch szminek ze zwykłej kolekcji - jest dobrze napigmentowana jak Nectar, ale nie wysusza ust i jest lśniąca jak baby pink o numerze 4.

Cieniutka warstwa w akcji :)
Tanie, plastikowe opakowania, które łatwo się rysują, nie stanowią dla mnie problemu, cena jest dużym plusem, ale przez to, że nie ma pewności, jakie właściwości ma zawartość, nie wiem, czy skuszę się na kolejne kolory.

Pozytywnie jednak zaskoczył mnie jeden, drobniutki fakt, o którym nigdzie wcześniej na blogach nie czytałam. Mianowicie, na spodzie szminki jest 'okienko', które idealnie oddaje kolor szminki w środku. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby ten element nie był... wykręcany!


Zauważyłam to przypadkiem, przygotowując zdjęcia do recenzji - okazuje się, że na dole szminki znajduje się malutki słoiczek z kolejną porcją kosmetyku! To świetne rozwiązanie, gdy chcemy pomalować kogoś innego/pożyczyć szminkę, albo gdy zwyczajnie sztyft się skończy! :) Takie niespodzianki to ja lubię!

Miałyście kiedyś szminki MUA? :)

czwartek, 10 października 2013

SLEEK | VINTAGE ROMANCE

Witajcie :)
Znów zniknęłam na kilka dni - tym razem pochłonęły mnie zajęcia na uczelni, chorowanie (swoją drogą, przez to, że dusząc się, wybiegłam z sali wykładowej, jestem podejrzewana o ciążę :D), praca nad tłumaczeniem książki, a w międzyczasie przekroczyłam mistyczną granicę i skończyłam 20 lat :D Zamiast jednak pokazywać Wam haulu, od razu zaprezentuję jeden z prezentów w działaniu.

Gdy zobaczyłam paletę Sleek - Vintage Romance, zaświeciły mi się oczy. Tak jak do tej pory przekonywałam się, że Sleeki nie są mi potrzebne, tak przy tej nie umiałam sobie tego wmówić. Te fiolety, złota - no jak stworzona dla mnie. Wspomniałam o tym Ewelinie, a ona po prostu kupiła mi ją w prezencie urodzinowym :) We wtorek w końcu ją dostałam oficjalnie, w środę się wymalowałam, a dziś jestem tu z pierwszymi swatchami i szybkim makijażem :)


Całość prezentuje się jak widać wyżej i zamknięta jest w matowej, czarnej kasetce z lusterkiem. Wszystkie wiecie, jak wyglądają Sleeki, więc co ja tu będę się rozwodzić. : )
Paleta składa się z 5 cieni metalicznych, 3 satynowych, 3 matów i 1 matu z drobinkami, na szczęście nie jarmarcznymi, a dokładniej są to:
Pretty in Paris - metaliczna biel podszyta srebrem, genialnie napigmentowana
Meet in Madrid - ciepłe złoto o świetnej pigmentacji
Court in Cannes - cudnie napigmentowany metaliczny złoto-brąz
Lust in LA - metaliczne stare złoto z oliwkową nutą, świetna pigmentacja
Romance in Rome  - satynowy granat, nieźle napigmentowany
Propose in Prague - matowy odcień sieny palonej - na swatchach niepozorny, ale na oku daje radę!
Vow in Venice - satyna w kolorze czerwonych winogron, z winną nutką, tak jak powyższy - na swatchach nie pokazuje swoich możliwości
Marry in Monte Carlo - czerwone winogrona w wersji metalik - świetna pigmentacja
Honeymoon in Hollywood - mat z drobinkami, kolejna wariacja na temat fioletu o niezłej pigmentacji
 - Bliss in Barcelona - satynowy cień w trudnym do uchwycenia i opisania niebiesko-fioletowym kolorze i dobrej pigmentacji
Forever in Florence - matowy fiolet z drobinkami, świetnie napigmentowany
Love in London - matowa czerń z drobinkami, fenomenalna pigmentacja

swatche robione w świetle dziennym, z lampą, bez bazy
Wczoraj korzystając z chwili wolnego przed wyjściem na zajęcia zmalowałam szybki makijaż - w całości paletką VR oczywiście :) Cienie co prawda nie wytrzymały 12 godzin (w tym wf-u), ale winę zwalam na nową bazę - okazuje się, że 'I love stage' z Essence nie jest tak dobra, jak miałam nadzieję, że jest, ale to temat na inny post.


Użyte cienie to: Lust in LA (cała powieka ruchoma), Pretty in Paris (cała powieka ruchoma, na Lust in LA), Love in London w zewnętrznym kąciku i na linii dolnych rzęs.

Na razie trudno mi oceniać właściwości cieni, więc potraktujmy ten post jako 'pierwszą randkę' :) Jak dotąd jestem paletką zachwycona, oczarowana pięknymi nazwami, uwiedziona pigmentacją i pewna, że to nie będzie mój ostatni Sleek. Zwłaszcza, że w HexxBOXie przypadła mi do testów 'Snapshots' :D

Jak oceniacie tę paletkę? Macie, a może to nie Wasze kolory? :)

sobota, 5 października 2013

O PERFUMACH OUR MOMENT

Witajcie!
Na wstępie zaznaczę - nie znam się na perfumach, nie umiem opisywać zapachów. Co prawda nie mam problemów z kojarzeniem np. aromatu z człowiekiem, sytuacją, jestem strasznie wrażliwa na zapachy, a i bez pudła rozpoznam, co na obiad mają moi sąsiedzi, gdy w porze gotowania wchodzę na swoje piętro, ale opisywać nut zapachowych po prostu nie umiem. Dlaczego więc biorę się za pisanie posta na temat perfum właśnie?

Po pierwsze - jakiś czas temu dostałam prośbę o pokazanie swojej kolekcji zapachów. Kolekcja wielka nie jest, bo oprócz bohatera dzisiejszego posta liczy jeszcze trzy buteleczki - podróbkę DKNY rodem z Biedronki za całe 7 peelenów, 'Like a girls night out' z Essence oraz 'Miami party' z Avon.
Po drugie - prezentowane dzisiaj perfumy to moje pierwsze 'poważne', czyli nie kupione na bazarku/z katalogu - do tej potem po prostu nie czułam potrzeby kupowania drogich perfum, bo używam ich rzadko. W dodatku mają szczególne znaczenie, bo po pierwsze - są sygnowane przez zespół, który uwielbiam, a po drugie - dostałam je od Asi i zawsze, kiedy po nie sięgam, wysyłam porcję dobrych fluidów za morze ; *
Po trzecie wreszcie - perfumy te absolutnie wpisują się w moje gusta zapachowe i są takie 'moje'. To chyba wystarczająco powodów, by móc o nich napisać kilka słów. Potraktujcie proszę ten post jako 'mam i napiszę Wam o tym, bo je lubię', a nie jako poważną, merytoryczną recenzję.

To tyle przydługiego wstępu - przedstawiam Wam bohatera posta, czyli perfumy Our Moment by One Direction.

Z uwagi na to, że zdjęcia w tym poście nie wymagają wierności kolorystycznej, troszkę je podbarwiłam :D
O premierze tego zapachu pisałam już w czerwcu, TUTAJ. Odsyłam Was do tamtego wpisu, gdyż tam umieściłam obietnice producenta i historię powstania pomysłu na produkt. Resztę oraz moje zdanie znajdziecie poniżej, ale najpierw obejrzyjcie ten krótki filmik ; )




Zacznijmy oczywiście od opakowania. Różowy kartonik ze zdjęciami chłopaków, który widzicie na pierwszym zdjęciu, kryje szklaną, nieregularną w kształcie, dość masywną, ale nie toporną buteleczkę, zwieńczoną a'la koroną. Nie ukrywam, ucieszyłam się, że przy pojemności 30 ml również jest takie opakowanie - wcześniej do mediów podana była informacja, że dopiero przy pojemności 50 ml perfumy będą tak opakowane.
Korona ma również swoją mikro-historię - chłopcy podobno chcą, żeby wszystkie ich fanki czuły się jak księżniczki, więc razem z perfumami dali nam wszystkim korony :D
Ponadto w kartoniku znalazłam małą karteczkę z podziękowaniami za zakup oraz kodem, uprawniającym do wzięcia udziału w loterii. Oczywiście oczyma wyobraźni widziałam już, jak wygrywam bilet na koncert, ale radość była przedwczesna - oferta nie działa w Polsce.


Nuty zapachowe perfum Our Moment prezentują się następująco:
nuta głowy: różowy grejpfrut, owoce leśne, czerwona porzeczka
nuta serca: świeża frezja, płatki jaśminu, plumeria
nuta bazy: kremowe piżmo, nuty drzewne, biała paczula

Dla mnie, jako niewprawnego 'wąchacza', na początku wyczuwalne są delikatne, świeże owoce i kwiaty, później aromat staje się nieco bardziej pudrowy (ale nie w babciny sposób!) i otulający. Jedno psiknięcie wystarcza, by zapach był wyczuwalny cały dzień (oczywiście z każdą kolejną godziną słabiej i mniej świeżo i owocowo, a bardziej 'ciepło'). Po pierwszych użyciach byłam miło zaskoczona, że nie znika w kilka godzin, a nawet po 12 godzinach od aplikacji aromat jest minimalnie wyczuwalny.


Nie jestem wielką fanką wylewania na siebie perfum, ale dla tego zapachu robię wyjątek i sięgam po niego może nie na co dzień, ale przy większej okazji albo po prostu gdy mam gorszy dzień - ten zapach świetnie poprawia mi humor!
Gdybyście były go ciekawe, od od 15 października będzie można go dostać w Douglasie - nie sprawdzałam, jak kształtuje się cenowo, ale powinno to być ok. 140 zł za 100 ml.

Jakie są Wasze ulubione zapachy? :)

PS. Już jutro spotykam się z Dziewczynami  na III Opolskim Spotkaniu Blogerek Kosmetycznych! Strasznie szybko zleciał czas od naszego ostatniego spotkania, więc już troszkę mi tych naszych ploteczek brakowało : ) Mam nadzieję tylko, że nikt nie ucieknie, słysząc jak koszmarnie churcholę - jak to po rozpoczęciu semestru bywa, dopadło mnie przeziębienie :D