niedziela, 21 grudnia 2014

PAZNOKCIE | ORANGE ARABESQUE

Witajcie!

Miesiąc od poprzedniego posta, no nieźle. Pobiłam tym samym chyba rekord w (nie)pisaniu. A co najlepsze, wcale za tym nie tęsknię. Okej, może lecące na łeb na szyję statystyki nie wyglądają najlepiej, ale za to w końcu udało mi się ogarnąć kilka rzeczy, na które nigdy nie miałam czasu - przecież statystyki nie są takie ważne. Dzisiejszy post wcale nie oznacza powrotu - mam po prostu wcześniejsze zobowiązania, które należy wypełnić; gdybyście tęsknili, to zapraszam na youtube - tam jestem zdecydowanie częściej :)

No, ale do meritum - powodem powstania dzisiejszego posta jest kolejna płytka do stempli, tym razem QA88 od BornPrettyStore. Gdy zobaczyłam, jak Ania wykorzystała wzory z niej, stwierdziłam, że fajnie by było przy jakiejś okazji położyć na niej łapki. Okazja się nadarzyła, ale płytka długo czekała na debiut - w końcu 18tka kuzyna zmusiła mnie do ogarnięcia się i w ten sposób powstało zdobienie, które dziś Wam pokażę.

Nie jestem z niego do końca zadowolona; okazało się, że praca z płytką, która nie ma wyodrębnionych wzorów jest odrobinę trudniejsza. Trudno wycelować, żeby na każdym paznokciu znalazł się dokładnie tak samo umiejscowiony wzór. Niemniej, na lewej ręce praaawie mi się udało. :) Kolorystycznie wzór dopasowałam do sukienki, którą wybrałam na 18tkę kuzyna - pomarańczowa skater dress fajnie komponowała się z szarymi dodatkami, a paznokcie zwracały uwagę - głównie... męskiej części rodziny! 



Białe tło to Diadem F-28, na nim odbiłam stemple czarnym lakierem Golden Rose Rich Color 35. Do kolorowania użyłam lakierów Hean, Avon, NYC i Fenix. :)

Sama płytka jest jedną z ładniejszych, jakie mam. Fakt, że cała pokryta jest wzorem pozwala stworzyć wiele różnych wzorów na paznokciach, w dowolnych konfiguracjach. Tak jak wspomniałam, czasem ciężko jest trafić pożądanym fragmentem wzoru na określone miejsce na paznokciu, ale przy odrobinie cierpliwości efekty mogą być naprawdę rewelacyjne. 
Wcześniej nie miałam żadnej ośmiokątnej płytki, tylko okrągłe i prostokątne - różnica w kształcie niestety wpływa negatywnie na komfort używania. Dużo łatwiej pokaleczyć palce, zwłaszcza przy zdejmowaniu ochronnej folii. Rogi są lekko spiłowane, ale zwiększona ilość ostrych krawędzi to zawsze ryzyko, zwłaszcza, jak ktoś jest taką gapą jak ja :)


Na pewno jeszcze nie raz sięgnę po tę płytkę, zwłaszcza, że tym razem nie ograniczają mnie wydzielone wzorki. A jeśli i Wy macie na nią ochotę, to wyżej podlinkowałam Wam bezpośredni adres do niej; kosztuje $2,99, a z moim kodem zniżkowym zapłacicie 10% mniej - EWX31.

Ode mnie na dziś to tyle, mam nadzieję, że niechęć do blogowania kiedyś mi przejdzie i nie będzie już więcej miesięcznych przerw w pisaniu. Tymczasem - do następnego razu!

niedziela, 23 listopada 2014

PAZNOKCIE | CLARET-COLOURED ROSES


Witajcie!

Planowany wpis kolorówkowo-makijażowy przesuwam na później, bo przecież nie byłabym sobą, gdybym nie przetestowała nowej zabawki, gdy tylko ta wpadła mi w ręce!

Zupełnie niedawno pokazywałam Wam płytkę B Loves Plates B.01 geometry is perfect i zdobienia z jej wykorzystaniem: Amethyst Broken Glass,  Falling into chevron czy Pink geometry. Przyszedł czas na blogowy debiut zupełnie nowej płytki, pełnej kwiatowych wzorów, którą pewnie część z Was już widziała albo nawet zamówiła.
Drugą płytką marki B Loves Plates jest B.02 flower power, na której znajduje się 21 całopaznokciowych, kwiatowych wzorów - m.in. róże, kwiaty hawajskie, tulipany i inne. Wzory, podobnie jak w przypadku poprzedniej płytki, mają wymiary 1.6 x 2/2.1 cm, więc idealnie pasują na moje dość szerokie i długie paznokcie. Płytki Ani to pierwsze, których mogę używać do stemplowania na wszystkich paznokciach - zazwyczaj nawet największe wzory pasują mi zaledwie na 2-3 paznokcie, nigdy nie na kciuk.


Po dokładne zdjęcia i prezentację wszystkich wzorów zapraszam do Yasinisi - tam znajdziecie wszystkie kwiaty odbite na kartce oraz prezentację trzeciej płytki - B.03 mind blown, którą ja też Wam wkrótce pokażę.
Ze swojego doświadczenia powiem tylko, że wzory świetnie się odbijają - na zbliżeniach paznokci możecie wypatrzyć jakieś niedoskonałości, ale podejrzewam, że wina leży po stronie lekko porysowanej gumy w stemplu albo lakieru - same wzory są bardzo precyzyjnie i równo wyżłobione. 


Do wykonania tego zdobienia jako bazy użyłam jednego z najulubieńszych nudziaków, którego jakimś cudem Wam jeszcze nie pokazywałam - to OPI My Very First Knockwurst, beż z nutką różu i brązu, który nieodparcie kojarzy mi się... z parówką. Nie wiem dlaczego, nie pytajcie! :-) Sam lakier ma charakterystyczną dla OPI odpowiednio rzadką konsystencję, idealny pędzelek, kryje po dwóch warstwach i wysycha dość szybko bez "wspomagania".
Do stempli wybrałam bordowy lakier Golden Rose Rich Color 28, który po nałożeniu na całą płytkę jest ciemniejszy niż na stemplach (taki jak w butelce na pierwszym zdjęciu), a podczas odbijania, w mniejszym stężeniu, wychodzi ciemnoróżowy, buraczkowy; całość pokryłam jak zwykle topem Sally Hansen Insta Dri.


Czekam niecierpliwie na kolejne płytki B Loves Plates - w planach jest podobno płytka z zimowymi wzorami! Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w grudniu, bo mam w tym roku ochotę na bardzo świąteczne paznokcie!

Na zakończenie mała informacja dla Was - w związku z tym, że idą ciężkie uczelniane czasy, mnie bardzo pochłania youtube (na marginesie - zapraszam do subskrypcji! :D), a nie chcę, żeby blog świecił pustkami tak jak ostatnio, postaram się więc wprowadzić jakiś harmonogram postów, ale nie mogę obiecać, że będę pisać tak często, jak kiedyś. Postaram się, żeby to właśnie niedziela była dniem publikacji zarówno na youtubie jak i tutaj, ale proszę o wybaczenie wszelkich przeciągających się przerw :)

środa, 12 listopada 2014

PAZNOKCIE | PINK GEOMETRY

Witajcie!

Robiąc ostatnio porządki w pudłach z lakierami doszłam do wniosku, że mam zatrważająco dużą ilość lakierów, których nie użyłam ani razu, nie mówiąc już o pokazaniu ich Wam. Zmusiłam się więc do pomalowania paznokci, pierwszy raz od dawna wyciągnęłam płytki do stempli i na szybko stworzyłam prosty, ale chyba dość elegancki mix, który wzbudził duże zainteresowanie wśród dziewczyn na uczelni :)


Delikatne tło stanowi jeden z lakierów Models Own, które kupiłam jeszcze w wakacje w Londynie. To delikatnie różowy Pink Veneer z serii Hyper Gel, mającej imitować żelowe paznokcie. Faktycznie, formuła i szkliste wykończenie trochę przypominają żele, ale mam wrażenie, że to cechy charakterystyczne wszystkich (a przynajmniej większości) lakierów tej marki. Podobnie charakterystyczna jest formuła - delikatnie gęsta, nie na tyle, by się ciągnąć i schnąć godzinami, ale ograniczająca spływanie lakieru na skórki. W połączeniu z dobrze przyciętym, dość puchatym pędzelkiem sprawiła, że nakładanie lakieru na płytkę zaliczam do zdecydowanie przyjemnych.


Żeby Modelce nie było nudno, dorzuciłam do niej iskrzący akcent w postaci srebrnego piasku z glitterem Golden Rose Holiday 51 oraz czarno-białe stemple przy użyciu płytki B Loves Plates 01 Geometry is perfect i lakierów Golden Rose Rich Color. Nieco zbyt szybko nałożyłam na to top Sally Hansen i wzór się troszkę rozmył, ale z daleka tego nie widać i połączenie robi fajne wrażenie.


Wybaczcie zwięzłość w dzisiejszym poście - doszłam do wniosku, że tak naprawdę trudno napisać długi i obszerny post o prostym zdobieniu. Wystarczyłoby wrzucić zdjęcia - mówią same za siebie. ;-)

Jeśli mimo wszystko macie ochotę posłuchać mojej gadaniny, to zapraszam, zobaczcie film z październikowymi ulubieńcami. W ogóle hej, wiecie, że mam kanał na youtube? W związku z tym dość sporo się ostatnio dzieje i strasznie mnie to cieszy. Niedługo się okaże, że kręcenie i montowanie wciągnie mnie bardziej, niż robienie zdjęć i pisanie postów... :D

niedziela, 2 listopada 2014

LUSH | HERBALISM

Witajcie!

O czyściku do twarzy i ciała z Lusha pisałam Wam już odrobinę w poście z ulubieńcami, ale Herbalism zasługuje na pełną recenzję, więc bez zbędnych wstępów - zapraszam.

Obietnice producenta brzmią co najmniej dobrze - zielona pasta ze sproszkowanych ziół ma podobno oczyszczać dzięki zawartości glinki, złuszczać dzięki zmielonym migdałom, ożywiać skórę za sprawą wyciągów z szałwii i rozmarynu, detoksykować dzięki proszkowi z pokrzywy i wygładzać na skutek działania rumianku. Najprościej by było, żebym w tym miejscu po prostu przytaknęła wszystkim obietnicom i zamknęła recenzję, bo tak jest - po prostu. Ale jak to uczą nas na studiach - "nie można mówić, że tak po prostu jest, trzeba podać podstawę prawną".

Czyścik, czy też - jak donoszą internety - roladka myjąca (whut?!), umieszczona jest w czarnym, plastikowym, zakręcanym kubeczku o pojemności 100g. Opakowanie jest wygodne w użytkowaniu, wygląda estetycznie na półce, a u mnie budzi dodatkowo dobre skojarzenia (Lush-Londyn). Na kubeczku znajdują się wszystkie potrzebne informacje, włącznie ze składem, który umieszczę niżej, datą produkcji, obrazkowym podpisem osoby, która czyścik dla nas przygotowała i oznaczeniem daty, do której należy produkt zużyć. Tu zatrzymam się na chwilę - z uwagi na to, że produkt jest świeży, ręcznie robiony i ma stuprocentowo naturalny skład, czas na jego zużycie jest krótki - to tylko 3 miesiące. Nawet używając kosmetyku codziennie trudno zużyć go w oznaczonym terminie, ale jest wyjście - czyścik można po prostu zamrozić. Nie zauważyłam zmiany jego działania na skutek mrożenia, także myślę, że to dobra metoda na dłuższe cieszenie się nim. Ciekawostka - na nakrętce znajdziemy informację, że za 5 zużytych opakowań Lusha można odebrać świeżą maseczkę do twarzy! ;-)


Wspomniany skład prezentuje się następująco:
Ground Almonds (Prunus Dulcis), Kaolin, Glycerine, Chlorophyllin Water (CI 75810, Aqua), Nettle, Rosemary and Rice Vinegar Extract, (Urtica Dioica and Rosmarinus Officinalis), Rice Bran (Oryza Sativa), Gardenia Extract (Gardenia Jasminoides), Rose Absolute (Rosa Damascena), Chamomile Blue Oil (Matricaria chamomilia), Sage Oil (Salvia Officinalis), Perfume.
 
Migdały, znajdujące się na pierwszym miejscu w składzie zapewniają peelingowanie, umieszczona dalej glinka porcelanowa (kaolin) ma właściwości ściągające i wysuszające, podobnie jak pokrzywa, pochodna chlorofilu służy wspomaganiu gojenia ran, a ocet ryżowy, któremu czyścik zawdzięcza charakterystyczny zapach, wpływa na odkażanie skóry.


Czyścik ma zbitą, grudkowatą konsystencję i dopiero w kontakcie z wodą staje się pastą, którą łatwo rozprowadzić na twarzy. Fantastycznie oczyszcza i peelinguje, jednocześnie nie raniąc - zostawia skórę oczyszczoną i gładką, która chłonie krem jak gąbka; nadaje się do zmywania resztek makijażu, koi skórę trądzikową. 
Wbrew temu, co mówi się o tym czyściku, nie nadaje się on do stosowania codziennego, a przynajmniej nie dla posiadaczek skóry mieszanej, wrażliwej - może zbyt mocno ściągać i wysuszać. Podejrzewam, że posiadaczki skóry tłustej mogą być z tego działania zadowolone przy codziennym stosowaniu.


Wiele osób traktuje charakterystyczny zapach Herbalism jako minus. Faktycznie, trzeba się przyzwyczaić do ziołowego, naturalnego aromatu, w którym nie sposób nie wyczuć nut octu, ale zapach ten nie jest drażniący. Może jestem nieco dziwna, ale mi po pierwszych dwóch, trzech użyciach naprawdę się spodobał i jest dodatkowym argumentem, by sięgać po ten czyścik regularnie.

Cieszę się, że dałam się namówić sprzedawcy w Lushu (swoją drogą, jeśli będziecie w Londynie, polecam Wam Lusha w Westfield Stratford City - przemiła obsługa!) właśnie na Herbalism. I chociaż czyścik 'swoje' kosztuje - ok. 40 zł w przeliczeniu na polskie, jest tej ceny warty. Podejrzewam, że gdybym zarabiała w funtach, to byłabym gościem Lusha dość często - nie kuszą mnie ich glitterowe bary do kąpieli, natomiast marzy mi się świąteczny żel Snow Fairy, maska Catastrophe Cosmetic i inne czyściki - Angels on a Bare Skin, Bûche de Noël i Aqua Marina.

Znacie kosmetyki Lusha? Co uważacie za warte zakupu?

niedziela, 26 października 2014

WIBO | GLAMOUR SATIN 5


Witajcie!

Wracam z paznokciowymi postami, tęskniliście? ;-) Powrót nie nastąpiłby pewnie szybko, bo paznokcie na lewej ręce postanowiły się połamać (dlatego na zdjęciach rzadko prezentowana ręka prawa), ale po prostu musiałam pokazać Wam lakier, który skradł moje serce. Paradoksalnie wcale nie w sklepie - tam omijałam go, nie przywiązując wcale uwagi. Dopiero post u Maxi sprawił, że zapałałam do niego miłością. Na dodatek okazało się, że Maxi szuka dla niego dobrego domu, bo nie spełnił jej oczekiwań, więc... No dobrze, przyznaję, wyciągnęłam łapki, bo przecież on jest taki piękny! Nieźle się zdziwiłam, gdy listonosz przyniósł mi wielką paczkę - okazało się, że koleżanka blogerka poszalała i postanowiła wyposażyć mnie w zapas szczęścia na całą jesień ♥


Ten piękniś, który włączył u mnie tryb chciejstwa (a miałam już przecież nie kupować lakierów...) to Wibo Glamour Satin o numerze 5. To piękna, ciepła czerwień, która dzięki obecności drobinek w różnym świetle prezentuje zupełnie inne oblicza - wpada w brąz, czasem w róż, bywa ciemnym winem i zahacza o fiolet. Całą tę tęczę prezentuje jednak dopiero w obecności top coatu - w wersji 'podstawowej' wysycha do satyny, co zresztą charakteryzuje całą tę serię Wibo.
Konsystencja lakieru jest zdecydowanie bliższa rzadszej, nie rozlewa się na skórki, ale trzeba uważać. Kryje standardowo po dwóch cienkich warstwach, które przy pomocy dość krótkiego, puchatego pędzelka, rozkładają się idealnie. Wysycha niestety dość długo, więc jeśli zależy Wam na satynowym wykończeniu, trzeba poczekać nawet 20 minut. Mnie taka wersja nie zachwyciła, więc dołożyłam top.



Różnice w kolorze lakieru w różnym oświetleniu są zasługą wspomnianych drobinek - po dokładnych oględzinach okazało się, że są miedziane (to daje właśnie te ciepłe efekty - brązu, wiśni) i opalizujące na różowo (stąd ta fioletowa poświata). Wydaje mi się, że ten lakier to taki skromniejszy, czerwony odpowiednik Miss Conduct, o którym zawsze marzyłam - może dlatego tak bardzo mi się spodobał! ;-)


Jeśli niebieski lakier z tej samej serii wyglądałby na moich paznokciach tak jak ten, będę musiała dołożyć go do kolekcji - w tych się zakochałam ;-) Co sądzicie o nowościach Wibo? Ja od pewnego czasu przestałam zwracać uwagę na ich lakiery, a okazało się, że to był spory błąd - zwłaszcza, że jak na tak niską półkę cenową (7-8 zł) wypadają naprawdę dobrze!

piątek, 17 października 2014

CALVIN KLEIN | DELICIOUS LUXURY DANGEROUS


Witajcie!

Szczerze mówiąc, głupio mi się po raz kolejny tłumaczyć z nieobecności i obiecywać poprawę. Ta była spowodowana faktem, że dużo się działo, częściowo dobrze (miałam na przykład urodziny, jeśli jesteście ciekawe, jak je spędziłam, to zapraszam do obejrzenia VLOGA, w ogóle zapraszam na kanał na youtubie), w dużej mierze stresowo i źle. Nie mówię, że się takie nieobecności nie będą powtarzać, bo na pewno będą. Wystarczy powiedzieć, że po pierwszym tygodniu na uczelni nie wiedziałam w co ręce włożyć, tyle miałam do zrobienia, a blog zszedł na drugi plan jako jednak mniej ważny aspekt mojego życia.

Koniec marudzenia, czas przejść do konkretów, czyli do kolejnego jesiennego mazidła do ust. Jak wyciągnęłam tę szminkę z koperty (bo przyszła pocztą - Magda uznała, że jej nie odpowiada, dzięki, Sis! ♥) to szczerze mówiąc, nie mogłam się już doczekać jesieni. Bo szminka Calvin Klein Dangerous to właśnie taki mocno jesienny kolor - ciemnoczerwony, wręcz bordowy, winny i wampowy. Na pewno nie będzie pasował każdemu, ale ja mam ten luksus, że nieszczególnie się przejmuję, czy ciemne szminki mi pasują czy nie - po prostu ich używam. To rozwiązuje wiele dylematów ;-)


Wiem, że Madzia znalazła ten egzemplarz na Truskawce, dlatego jeśli poczujecie się zainteresowane, to tam można poszukać. Zanim szminka wpadła w moje ręce, marka Calvin Klein kojarzyła mi się wyłącznie z bielizną, ale za to dość drogą, dlatego domyślcie się, jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam... Co tu dużo mówić, tandetne opakowanie. Czarny plastik może jest "elegancki", ale cienki i nieodporny na upadki czy zarysowania. Opakowanie zamyka się na kliknięcie, ale jest dość ruchome (jeśli wiecie, co mam na myśli), a samo wykręcanie sztyftu trzeba opanować - potrafi się zaciąć i bez odpowiedniej techniki wykręcania się nie obędzie. 

Na szczęście opakowanie to nie wszystko - liczy się środek. A ten wypada bardzo przyzwoicie. Szminka jest kremowa, jakby mokra, ma świetne krycie, bez trudu sunie po ustach, nie podkreślając suchych skórek. Nie rozlewa się poza wargi, więc nie trzeba do niej dopasowywać konturówki, a sam kształt sztyftu sprawia, że nakładanie jest proste - nie obędzie się bez lusterka ze względu na kolor, ale nie wymaga użycia pędzelka.
Pozytywnie zaskoczyła mnie również trwałość - po nałożeniu szminka odbija światło i wydaje się mokra, z czasem blask znika, ale kolor utrzymuje się na miejscu. Ściera się równomiernie, wymaga poprawek dopiero po kilku godzinach lub po posiłku. Szminka zmatowiona transparentnym pudrem staje się idealnie matowa i trwalsza, chociaż nadal odbija się na szklankach.


All in all, jeśli pominąć aspekt opakowania, można powiedzieć, że to szminka idealna na jesień. U mnie na ustach pojawia się na zmianę z bardzo podobnym, matowym kolorem z Golden Rose, a nie wykluczone, że moja kolekcja bordowych mazideł się jeszcze powiększy - zaskakująco dobrze pasują do szarości za oknem. ;-)

Jakie kolory królują na Waszych ustach jesienią? Znacie kolorówkę marki CK, czy jest Wam obca?

niedziela, 5 października 2014

GOLDEN ROSE | PUDER DO BRWI 104

Witajcie!

Znacie coś takiego jak cringe attack? Kiedy wspominacie coś i automatycznie się krzywicie? U mnie kwaśną minę przywołują m.in. wspomnienia z czasów, kiedy o regulowaniu brwi i jakimkolwiek ich wypełnianiu nie miałam pojęcia. Na szczęście parę lat temu przyszło oświecenie i wtedy w ruch poszły cienie do powiek - na samym początku najciemniejszy matowy brąz paletki Essence Quattro 05 to die for, później ciemny brąz z duo Bell. Ostatnio zaczęła prześladować mnie myśl, że używany kolor jest trochę zbyt ciepły i wypadałoby kupić coś chłodniejszego. Z pomocą przyszła niezastąpiona Ewa - Red Lipstick Monster i jej film o wypełnianiu brwi cieniem - dzięki niemu zdecydowałam się na zakup nowości marki Golden Rose, czyli pudru do brwi.


Produkt znajduje się w kartoniku zawierającym wszelkie istotne informacje, takie jak skład czy datę ważności (w tym przypadku to 24 miesiące, ale powiedzcie - przestrzegacie tych dat przy cieniach?); oprócz kasetki z pudrem w opakowaniu znalazłam też mini-pędzelek - jak możecie się domyślić, nieszczególnie przydatny. Część ze skośno ściętym włosiem jest zbyt duża i gruba, a co za tym idzie - zbyt mało precyzyjna dla moich potrzeb, a samo włosie sztuczne i sztywne. Z drugiej strony umieszczono gąbeczkę, zapewne do rozcierania - chociaż nie wiem, co przy brwiach można byłoby rozetrzeć.


Samo plastikowe opakowanie wykonane jest solidnie, nie otwiera się samo, ale też nie połamiecie sobie na nim paznokci przy próbie otwarcia. W kosmetyczce nie wygląda tanio, a przecież daleko mu do wyższej półki cenowej - 2.5g kosztuje 9.90zł! Co prawda nie ma w nim miejsca na dołączony pędzelek, ale bądźmy szczerzy - i tak większość z nas go wyrzuciła/wyrzuci tuż po zakupie ;-)


W związku z tym, że moje naturalne brwi są dość ciemne i gęste, ale miejscami potrzebują wypełnienia, spośród siedmiu różnych wariantów wybrałam chłodny odcień ciemnego brązu - numer 104.  Na szczęście brakuje mu czerwonych nut, bardziej wpada w szarość, więc świetnie się komponuje z moimi włosami, zwłaszcza teraz, po farbowaniu. :)
Puder zaskoczył mnie świetną pigmentacją, jedwabistą konsystencją i zupełnym brakiem osypywania. Spodziewałam się czegoś bardziej miałkiego i kruszącego się, ale na szczęście kosmetyk jest dobrze sprasowany, ale miękki i z łatwością nabiera się na pędzel. Chociaż puder nie jest wodoodporny, a ja nie utrwalam go dodatkowo w żaden sposób, nałożony rano trzyma się na właściwym miejscu do samego demakijażu, nieraz nawet 12 czy 14 godzin.
Efekt na brwiach można stopniować - z łatwością uzyskamy wyraźne i mocno zarysowane brwi, a przeczesanie ich szczoteczką złagodzi natężenie koloru i krawędzie.


Odnoszę wrażenie, że w blogosferze ostatnio bardzo dużo mówi się o tym produkcie - i bardzo słusznie! Jego szeroka dostępność, niska cena oraz idąca w parze dobra jakość powinny przekonać do podkreślania brwi te dziewczyny, które jeszcze tego nie robią albo szukają idealnego kosmetyku.

Czego używacie do podkreślania brwi? Jesteście zwolenniczkami kredek, cieni czy może farbek?

środa, 1 października 2014

DENKO | LIPIEC, SIERPIEŃ & WRZESIEŃ 2014

Witajcie!

Przyznaję, ostatnio nie byłam dobrą blogerką (ani vlogerką), bo w moim życiu sporo się działo i internet był gdzieś na ostatnim planie, razem z zakupami i szukaniem nowinek kosmetycznych. Okres letni, który już definitywnie zakończyłam, kupując burgundową szminkę, nie obfitował też w zużycia - prawie miesiąc spędziłam w podróżach, zabierając ze sobą odlewki, miniaturki i próbki zgromadzone przez poprzednie miesiące, by ograniczać rozmiar kosmetyczki (która i tak za każdym razem ledwie mieściła się w walizce). Mimo to, pokażę Wam oczywiście co zużyłam w ostatnim kwartale. ;-)


Green Pharmacy, żel pod prysznic z olejem arganowym i figami
Żałuję, że wybór produktów tej marki w drogeriach stacjonarnych jest niewielkie, bo są doprawdy godne uwagi! Ta duża, półlitrowa butla pięknie pachnącego, dobrze pieniącego się żelu starczyła mi na chyba całe wakacje; podoba mi się szata graficzna, opakowanie z dzióbkiem, pojemność i niska cena - w internetowym sklepie GP kosztuje niecałe 10 złotych!

Balea, Dusche&Creme, limetka i aloes
W poprzednim denku również pojawiła się butelka po tym żelu, ale ja w międzyczasie zdania nie zmieniłam - świeży, nieco męski zapach świetnie sprawdzał się latem, żel nie wysuszał ciała i generalnie pod prysznicem się lubiliśmy ;-)

Lirene, antycellulitowy peeling myjący
Ten gagatek pojawiał się chyba w każdym denku, które kiedykolwiek tu opublikowałam - to chyba wystarczy za rekomendację? Kocham i będę kupować, dopóki będą produkować. Lirene, błagam, nie wycofujcie mi go!


Green Pharmacy, szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się z nagietkiem lekarskim
Green Pharmacy bardzo często pojawia się na mojej półce pod postacią produktów do włosów. Do tej pory to mama sięgała po szampony z nagietkiem czy rumiankiem częściej niż ja, ale w obliczu mojego, dobijającego dna, szamponu i drugiego, który do mycia włosów nie nadaje się wcale, sięgnęłam po nagietkowy egzemplarz - i zostałam pozytywnie zaskoczona! Nie pieni się nadmiernie, ale dobrze myje, jest wydajny, w duecie z odżywką zostawia włosy miękkie i dobrze układające się.

The Body Shop, szampon bananowy
Sam szampon wypada słabiej, niż odżywka, dlatego po początkowym zachwycie zdecydowałam, że nie kupię go więcej. Podtrzymuję - zostawia włosy oczyszczone, nie splątane, pachnące bananem, uniesione i lśniące, ale okazało się, że ten sam efekt można osiągnąć taniej, niż za 25 zł za butelkę.

Alterra, odżywka do włosów z granatem i aloesem (minis)
Po pierwsze - boski zapach. Po drugie - niska cena. Po kolejne - wydajność, włosy miękkie, lśniące, z dodatkową objętością, podatne na układanie. Sięgnęłam po nią z głupia frant, przed wyjazdem, a znalazłam naprawdę wartościowy kosmetyk!


Kolastyna, płyn micelarny Refresh do cery suchej i wrażliwej
Przeciętniak; do demakijażu twarzy nadawał się dość dobrze, ale z makijażem oczu (zwłaszcza z tuszem czy eyelinerem) nie radził sobie. Więcej nie kupię.

Tołpa, dermoface sebio, mikrozłuszczający żel peelingujący do mycia twarzy
Z tym produktem miałam w sumie love-hate relationship. Po początkowym zachwycie przyszło zwątpienie, a długo po nim zaczęłam doceniać walory pielęgnacyjne tego żelu. Dobrze oczyszczał, delikatnie złuszczał, w razie potrzeby zmywał makijaż, zostawiał skórę lekko zmatowioną; na dłuższą metę znacząco wpłynął na poprawę stanu mojej cery, dlatego teraz, gdy sięgnął dna, a skóra zaczyna mi kaprysić, niecierpliwie przebieram nogami w oczekiwaniu na jakąś promocję.

La Roche Posay, Effaclar Duo
Biję się w pierś - głupia byłam! Głupia, że nie kupiłam go wcześniej, gdy wszyscy się nim zachwycali. Wtedy byłam na nie, dzisiaj żałuję, że nie zaczęłam kuracji nim dużo wcześniej, zanim na twarzy pojawiły mi się blizny, a produkt zmienił się w Effaclar Duo +, który już tak dobrze na nią nie działa. W połączeniu z chociażby żelem Tołpy ta niepozorna tubka dała mi kilka miesięcy względnie ładnej cery - gładka buzio, proszę, wróć!

Cleanic, chusteczki do demakijażu
Kolejny produkt, który kupiłam w związku z podróżami - uznałam, że łatwiej będzie mi wrzucić do torebki paczkę chusteczek, niż targać micela i waciki. Trafiłam w dziesiątkę! Jedna chusteczka wystarczała do dokładnego demakijażu oczu i twarzy, dzielnie zwalczała eyeliner w żelu i odporne tusze. Po przetarciu twarzy wystarczyło ją umyć lekkim żelem i byłam gotowa do spania ;-)


Cztery Pory Roku, zmywacz lakieru hybrydowego
Pisałam już o nim, dlatego nie będę się powtarzać - zaznaczę tylko, że nie byłam z niego zadowolona, więc zużyłam do czyszczenia skórek przy malowaniu paznokci ;-)

Cztery Pory Roku, żel do usuwania skórek
Produkt, który zrewolucjonizował mój manicure - taka cenzurka mogłaby wystarczyć. Przed nim nie miałam pojęcia o odsuwaniu skórek i nie robiłam tego, "po nim" nie wyobrażam sobie spa dla dłoni bez niego. 

Sally Hansen Insta Dri, top coat
Nie chcę nawet sprawdzać, która to moja butelka z kolei. Muszę mieć zawsze jedną w zapasie, bo to najlepszy top jaki miałam (a jak wiecie, przetestowałam też Seche Vite) - nie rozmazuje wzorów, stempli, szybko wysusza i nadaje piękny, szklany połysk.

Diadem, F28
A podobno nie da się zużyć lakieru do końca... ;-) Moja ulubiona biel pod wszystkie zdobienia; wysycha do satyny, więc łatwiej na niej malować farbkami czy stemplować, a do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy.


Biogena, odżywka do rzęs i roll-on na przebarwienia
Wrzucam do jednego worka, bo oba produkty są równie beznadziejne. Odżywka do rzęs wzbudziła moje nadzieje - kiedy ją dostałam, rzęsy wypadały mi bardziej niż zwykle, były osłabione. Stosowałam produkt zgodnie z zaleceniem (nawet nie wiecie, ile samozaparcia wymagało ode mnie codzienne smarowanie się tym specyfikiem; ja nie umiem niczego używać regularnie!) i nie zauważyłam żadnego efektu. No, oprócz tego, że teraz moje rzęsy są trudne do okiełznania i rosną każda w swoją stronę...
Roll-on na przebarwienia wylądował w koszu już po drugim użyciu. Zaniepokoiło mnie, że po przejechaniu metalową kulką po skórze zostawał mi na twarzy szary, dziwny ślad, a w miejscu nałożenia skóra zaczynała szczypać. Myślę, że wiele nie straciłam.

Max Factor Lasting Performance, podkład 105 Soft Beige
Mój kolorystyczny niewypał... Dobre trzy lata temu zrobiłam błąd i kupiłam podkład tuż po powrocie z Włoch. Jak możecie się domyślić, byłam wtedy dużo bardziej opalona, niż po jakichkolwiek innych wakacjach, w Polsce czy Anglii. ;-) Zdobyłam się w końcu na wyrzucenie go, bo po takim czasie nie odważyłabym się już nałożyć go na twarz; poza kolorem pozostałe aspekty były w miarę w porządku, chociaż z perspektywy czasu zauważam, że lepiej nałożyć lekki podkład (i pozwolić skórze oddychać), a niedoskonałości ukryć z pomocą korektora ;-)

Maybelline, Dream Pure BB (oily skin, medium)
W wakacje malowałam się tak rzadko, że tester, który dostałam od Asi wystarczył na te 3 miesiące. Pozwolił mi jednocześnie wyrobić sobie pozytywną opinię na temat produktu, więc kupiłam pełnowymiarowe opakowanie, które jednak ze względu na kolor zaczeka do przyszłego roku. 

Rimmel, Wake Me Up, korektor
Wyrzucam bez żadnych uczuć - kiedy go dostałam, nie używałam korektorów pod oczy, później okazało się, że jest za ciemny, odleżał swoje, aż w końcu przy okazji porządków trafił do kosza.

p2, LE Pool Side Party, eyeliner 010 nixie blue
Pozbywam się resztki z bólem serca - niestety, eyeliner zgęstniał i pękał po nałożeniu na powiekę, ale wcześniej był najlepszym wakacyjnym eyelinerem, jaki miałam! Wspaniały, mocny kolor, trwałość nie do zdarcia (nawet płyny do demakijażu kiepsko sobie z nim radziły), niesamowity efekt na oku. Żałuję, że to była edycja limitowana!


Wydaje mi się, że zużycia w tym kwartale nie wypadły najlepiej, ale zrzucam to na karb wyjazdów i zużywania próbek, po których opakowań nie zbierałam i nie przywoziłam do Polski, bo i po co. Część produktów sięga już dna, więc pojawią się pewnie w ostatnim w tym roku poście z tej serii (w grudniu). A jak Wasze koszyki z pustymi opakowaniami? Więcej zużywacie czy kupujecie? ;-)

poniedziałek, 22 września 2014

CLINIQUE | CHUBBY STICK 07 SUPER STRAWBERRY

Witajcie!

O Chubby Stickach Clinique w blogosferze mówiło się swego czasu dużo i dobrze, dlatego gdy miniaturka tegoż produktu była dołączona do sierpniowego wydania angielskiego Glamour - nie mogłam sobie odpuścić zakupu.
Z dwóch dostępnych wariantów wybrałam ciemniejszy, z palety fioletów - 07 Super Strawberry; wydawało mi się wtedy, że jaśniejszy - Woppin' Watermelon - nie będzie w ogóle widoczny na moich ustach.
Okazało się, że odcień, który wybrałam, jest dosłownie 2-3 tony ciemniejszy od mojego naturalnego koloru ust, więc jest takim idealnym kolorem 'to-go'. Delikatnie wpada w fiolet/wiśnię, więc jest zarazem w sam raz na nadchodzącą jesień - ciemne szminki to jedyny aspekt tej pory roku, który uwielbiam! 


Chubby Stick to gruba, wykręcana kredka o masełkowej konsystencji, która lekko sunie po ustach, zostawiając nielepiącą się warstewkę koloru. Efekt można stopniować, ale nie uzyska się nią pełnego krycia; do poprawek w ciągu dnia nie trzeba używać lusterka.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość - bez jedzenia i picia kredka utrzymuje się na ustach ok. 4 godzin, ściera się stopniowo i równomiernie, pozostawiając mgiełkę koloru.
Dzięki lekkiej, nawilżającej formule nie podkreśla suchych skórek, wspomaga pielęgnację ust - jest fajnym zamiennikiem zwykłego, bezbarwnego balsamu. W dodatku pasuje do wszystkich makijaży i świetnie sprawdzi się także w dni, kiedy nie mamy ochoty na malowanie, ale chcemy delikatnie poprawić kolor ust.


Jedyny aspekt Chubby Sticków, który sprawia, że nie planuję zakupu kolejnych sztuk, to cena. Wg strony producenta pełnowymiarowy produkt kosztuje 17$, co jednak moim zdaniem nie jest adekwatne - kredki są fajne, wygodne w użyciu, ale za takie pieniądze wolę kupić kryjącą szminkę ;-)

Miałyście do czynienia z taką formą mazideł do ust? Może znacie tańsze 'masełka koloryzujące', które możecie mi polecić?

piątek, 12 września 2014

ORGANIQUE | CUKROWA PIANKA PEELINGUJĄCA


Witajcie!

Pamiętacie, jak w poście Organique w Katowicach pisałam Wam o tym, że skusiłam się na zakup cukrowej pianki peelingującej? Nadszedł czas, by napisać (ku przestrodze) o zderzeniu moich oczekiwań z rzeczywistością. Niestety, okazało się, że nie ma się czym zachwycać...


Zacznijmy oczywiście od tego, że Sugar Whip Peeling, czyli właśnie cukrowa pianka myjąca, mieści się w plastikowym słoiczku o pojemności 100ml, a na jego zakrętce wytłoczone jest logo marki. Co do tych aspektów nie mam oczywiście żadnych zarzutów - opakowanie nie potłucze się przy upadku w łazience, a otworzyć je można również mokrymi dłońmi. 

Po otwarciu pierwsze na co zwróciłam uwagę, to oczywiście wspaniały zapach owoców - moja wersja zapachowa to Owocowy Koktajl i pachnie dokładnie jak napój winogronowy, który lubiłam w dzieciństwie (pamiętacie, Biedronka miała coś takiego, w 1.5-litrowych butelkach! :D). Początkowo byłam nim naprawdę zachwycona i otwierałam słoiczek tylko po to, żeby sobie powąchać. Jak się domyślacie - to się zmieniło. Odniosłam wrażenie, że po jakimś czasie produkt się... utlenił? W każdym razie - zmienił zapach i daleko jest mu już do tego przyjemnego, owocowego aromatu. Nie jestem w tych odczuciach odosobniona - Ania również zwróciła na to uwagę. 


Liczyłam, że w czasie używania przyjemny zapach wróci i utrzyma się na skórze. Niestety, tu też nastąpiło rozczarowanie. W kontakcie z wodą pianka zaczyna pachnieć wręcz nieprzyjemnie, więc w zasadzie cieszę się, że ten aromat nie zostaje ze mną po prysznicu.

Byłam ciekawa, jak pianka peelingująca wypadnie pod względem konsystencji i siły zdzierania. Faktycznie, w dotyku kosmetyk jest dość lekki, chociaż nie do końca przypomina klasycznie rozumianą piankę. Wyczuwalne są drobinki cukru, które w kontakcie ze skórą jakoś... Znikają? Formuła pianki sprawia, że na sucho, czyli zgodnie z zaleceniem producenta, ciężko rozprowadzić produkt na ciele, a po dodaniu wody nie można mówić o jakimkolwiek zdzieraniu. Poza tym, pianka jest szalenie niewydajna - gdybym zechciała użyć jej do peelingu całego ciała, opakowanie starczyłoby góra na dwa razy! 


Przyjemny zapach, który z czasem się zmienia, kiepskie działanie, niska wydajność - to wszystko pod ładnym szyldem i za, bagatela, 19.90 zł. Mnie cukrowa pianka nie przekonała, ale jeśli Wy jesteście jej ciekawe, to występuje w dwóch pojemnościach - 100ml/19.90zł i 200ml/34.90zł, a znajdziecie ją oczywiście w sklepach Organique i w niektórych sklepach internetowych. Ja pokornie wracam do swojego ulubionego pomarańczowego peelingu myjącego z Lirene i samorobionych zdzieraków. ;-)

niedziela, 7 września 2014

KOT W PODRÓŻY | GRUZJA 2014 - TBILISI, MCCHETA, DAVID GAREJA, UDABNO

Witajcie!

Siądźcie wygodnie przed monitorami - zabieram Was w podróż. Nie bylejaką, bo z Warszawy to ponad 2100 km, ale bez obaw, nie zmęczycie się - no, chyba, że oglądaniem zdjęć ;-) Zapraszam na relację fotograficzno-filmową z mojego tygodnia w Gruzji!

Widok na centrum Tbilisi spod twierdzy Narikala.
Zacznijmy oczywiście od informacji ogólnych:
  • pomysł:  Sama w życiu nie wpadłabym na to, żeby swoje wakacyjne plany związać
    właśnie z wyjazdem do Gruzji. Skąd więc pomysł na podróż w tym kierunku? Mniej więcej w kwietniu na fanpage'u bloga zapytałam Was, do której europejskiej stolicy można jechać tanio, najlepiej samolotem. Padały różne propozycje (które mam oczywiście zamiar wykorzystać w przyszłości), ale jedna zaskoczyła mnie szczególnie - Kasia napisała o Tbilisi. Okazało się, że spędza w Gruzji wakacje i może mnie oprowadzić. Długo się nie musiałam namyślać - po tygodniu byłam pewna, że lecę!
  • bilety lotnicze: Do Gruzji można dostać się na dwa sposoby, jeśli o linie lotnicze chodzi. Albo na lotnisko Kutaisi, oddalone od stolicy o ok. 200 km, na które latają tanie linie lotnicze (Wizzair), albo LOT-em, na lotnisko Tbilisi, ok. 40 min. jazdy od centrum miasta. Oczywiście bilety na tanie linie lotnicze byłyby tańsze, ale w związku z tym, że musiałabym szukać dojazdu w nocy, zdecydowałam się na zakup droższych biletów i lądowanie bliżej celu. Z Warszawy wyleciałam nieco spóźniona, po 23.00, a na miejscu byłam po 3.5 godzinach lotu, ok. 4.30 lokalnego czasu (UTC/GMT +4). Koszt: 1260 zł.
  • dojazd z lotniska: W ciągu dnia nie jest problemem - w godzinach 7:00-22:00 kursują autobusy linii 37 (koszt przejazdu: 50 tetri - ok. 90gr), można również jechać taksówką. Ja miałam jednak duże szczęście i... skorzystałam z gruzińskiej serdeczności! Na 2 miesiące przed wyjazdem, zupełnym przypadkiem poznałam na Instagramie Svietlanę, której mąż, Giorgi, jest kierowcą taksówki. Pominę tutaj całą historię, ale Svieta bardzo pomogła mi w organizacji wyjazdu, odpowiadała cierpliwie na wszystkie pytania i pomagała jak tylko mogła. Dzięki niej i jej mężowi miałam nie tylko transport z lotniska - gdy Svietlana dowiedziała się, że nie mogę zameldować się w hotelu do 14:00 następnego dnia, zaproponowała, że mogę przenocować w jej domu, rano dostanę kawę i śniadanie, po czym Giorgi odwiezie mnie do hotelu - niesamowite, prawda? Niestety, nie miałam okazji poznać jej osobiście, ale jej rodzina - Giorgi, jego rodzice i siostra Marina - przyjęła mnie bardzo ciepło i mimo barier językowych daliśmy radę się dogadać ;-) Koszt: 15$.
  • nocleg: Skorzystałam ze strony booking.com i znalazłam pensjonat Babilina - ulokowany w samym centrum miasta. Chociaż z obiecywaną znajomością angielskiego w hotelu było kiepsko i mogłabym ponarzekać na niewielkie niedogodności, summa summarum nie było źle. Koszt za 5 nocy ze śniadaniami: 375 lari = ok. 650 zł.
  • poruszanie się po mieście i wycieczki: Po Tbilisi śmiało można poruszać się piechotą, ale trzeba być świadomym, że ciężko o klasyczne przejście dla pieszych, a kierowcy nie do końca respektują przepisy ruchu drogowego - tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć! Oczywiście są też autobusy miejskie, które są bardzo tanie i dość dobrze opisane (tablice elektroniczne na przystankach), 2 linie metra i busiki.
    Wycieczki ruszają zawsze z placu Puszkina, w samym centrum miasta, a ich koszt zależny jest od kierunku: wycieczka objazdowa z przewodnikiem, Hop On Hop Off do Mcchety i z powrotem, kosztuje 35 lari, wycieczka do David Gareja z przystankiem w Udabnie - 25 lari.
 To tyle jeśli o czystą teorię chodzi - czas zabrać się za zwiedzanie!

Carskie banie siarkowe, dzielnica Abanotubani.
Swoje pierwsze kroki w Tbilisi skierowałam w stronę miejsca, które znałam ze zdjęć i którego nie sposób nie zauważyć, będąc w centrum - mostu Pokoju i Parku Europy. Później spotkałam się z Kasią i wspólnie poszłyśmy w stronę dzielnicy Abanotubani, by zobaczyć carskie banie siarkowe, sekretny wodospad, jedyny meczet w Tbilisi, cerkiew Metechi z pomnikiem legendarnego założyciela miasta - Wachtanga Gorgasali i budynek teatru lalek z zegarem, z którego co godzinę wychodzi anioł, który uderza w dzwon. Pierwszy dzień w Tbilisi zakończyłyśmy w pubie KGB na miętowo-cytrynowej lemoniadzie.

Secret Waterfall

Most Pokoju, tzw. 'podpaska'.
Dzień drugi, z nieba leje się żar, a my wdrapujemy się na górę Mtacmindę, na zboczach której znajduje się panteon słynnych Gruzinów - wśród pomników odnaleźć można m.in. grób matki Stalina. Kolejny cel to park rozrywki z kołem widokowym, do którego (parku, nie koła) wjeżdżamy kolejką jak na Gubałówkę. Po zaliczeniu kilku atrakcji, m.in. rollercoastera, którego nie mogłam sobie odmówić, wracamy autobusem w okolice ulicy Rustaweli. Wieczorem, już sama, idę do parku Rike, by zobaczyć słynne grające fontanny. Wracam do hotelu z duszą na ramieniu, bo jakiś Gruzin postanowił przyczepić się jak rzep i iść za mną przez jakiś czas, a ulice, choć klimatycznie oświetlone, jednak nie budzą mojego zaufania. Na szczęście obywa się bez ucieczek i dodatkowych atrakcji ;-)

Budynek Parlamentu

Widok z Mtacmindy
Kościół św. Dawida
Grające fontanny w parku Rike.
Trzeciego dnia korzystam ze wspomnianego wcześniej autobusu hop on, hop off i w kameralnym gronie zwiedzam Tbilisi z przewodnikiem. Mika, świetnie mówiący po angielsku, pokazuje nam warte uwagi miejsca w mieście, opowiada związane z nimi historie i cały czas pilnuje, żebym wszystko zrozumiała ;-) Jest mniej więcej w moim wieku i bardzo sympatyczny, więc szybko znajdujemy wspólny język i gdy pozostali uczestnicy wycieczki ociągają się z powrotem na miejsce zbiórki, rozmawiamy o gruzińskiej kulturze i polityce, o różnicach między naszymi krajami i mentalności ludzi. 
Wycieczka nie kończy się na samym Tbilisi - celem jest Mccheta, pierwsza stolica Gruzji i położona tam katedra Sweti Cchoweli, wybudowana w XI w. W związku z tym, że mój strój jest ewidentnie nieodpowiedni (do prawie żadnego kościoła w Gruzji nie można wejść w szortach i bluzce z krótkim rękawem), odpuszczam sobie zaglądanie do środka i wybieram spacer dookoła katedry - podjadam winogrona prosto z 'krzaczka' i szukam jakiegoś ładnego drobiazgu dla mamy na straganach. Wracamy do Tbilisi po południu, więc wieczorem Kasia zabiera mnie jeszcze do parku Vake.

Sobór Trójcy Świętej na wzgórzu Eliasza.

Na pierwszym planie kościół Antioch, w tle monastyr Dżwari.

Park Vake.
Kolejny dzień - kolejna wycieczka. Tym razem ruszamy na południe Gruzji, w kierunku David Gareji. Celem jest zobaczenie skalnego klasztoru, w którym do dziś żyje podobno 10 mnichów, a moim prywatnym celem jest dotarcie na granicę z Azerbejdżanem i postawienie tam nogi. Udało się ;-) Droga do David Gareji, którą pokonujemy samochodami, daje mi okazję do przemyśleń - jak zobaczycie na vlogu, po drodze nie ma dosłownie nic. I w zestawieniu z ogromnymi połaciami suchej trawy człowiek robi się taki bardzo, bardzo malutki... Ta wyprawa to też duży test dla wytrzymałości - jest nieziemsko gorąco, nie ma wiatru ani skrawka cienia, nie mówiąc o tym, że nie ma gdzie zaopatrzyć się w wodę...
W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Udabnie - wiosce, w której nie ma chyba nic, oprócz... Restauracji otworzonej przez Polaków ;-) Zimne piwo nie smakowało chyba nigdy tak dobrze!

Skalny klasztor David Gareja.
In the middle of nowhere.

Po lewej Gruzja, po prawej Azerbejdżan.
Restauracja Oasis Club w Udabnie ;-)
Przedostatniego dnia wjeżdżamy kolejką linową na Narikalę, twierdzę górującą nad miastem, idziemy do ogrodu botanicznego, wieczorem 'zaliczamy' stadion Dinamo i małe zakupy, potem świętujemy urodziny Kasi, a ostatni dzień mija nam na zwiedzaniu ogrodu zoologicznego, i szwendaniu się po mieście. 

Śmieciowe drzewo życzeń.
Wodospad w ogrodzie botanicznym.
Zoo ;-)
Backstage - blogerka zawsze w pracy! ;-)

To mnie przekonuje ;-)
Kiciusie, kiciusie wszędzie! *-*
Jak zawsze w poście z relacją trudno mi zawrzeć wszystko, co widziałam i robiłam i jeszcze opisać to w przystępnej, interesującej formie. Tym razem mam wrażenie, że szło mi to wybitnie opornie, dlatego zapraszam Was do obejrzenia vloga ;-)


Na koniec oczywiście podziękowania dla Kasi i let me quickly switch to English - thank you, Svietlana, for all your help! 

Na razie starczy tych wojaży, ale... Jak to ja, mam już plany na przyszłoroczne podróże! A Wy, gdzie byłyście w tym roku? ;-)