poniedziałek, 31 marca 2014

WYDARZENIE | BLOGGERS DAY Z GLITTER

Witajcie!

Poniedziałki nie kojarzą się z reguły najlepiej, prawda? W związku z tym dobrze jest przywołać w myślach coś miłego - ja postanowiłam cofnąć się w czasie całkiem niedaleko, bo do soboty - do Bloggers Day z marką Glitter. ;-)


Babeczki były przepyszne - kto się wstydził i nie spróbował - niech żałuje! ;-)
Katowicki salon marki Glitter przygotował dla nas - blogerek urodowych i modowych, wydarzenie związane głównie z prezentacją nowego, wiosennego hair guide, w którym znajdziemy propozycje na proste w wykonaniu, a efektowne fryzury z wykorzystaniem akcesoriów i ozdób z oferty marki. 


Każda z nas miała okazję oddać się w ręce przemiłej fryzjerki Ani, która na naszych głowach w kilka minut czyniła cuda - na zdjęciach niżej zobaczycie koczek z warkoczami na włosach B., mój kwiatowy koczek na donucie oraz upięcie na przedłużonych treską włosach Kapryska.

B. - pani Wiosna ♥

Cóż, no każda wariatka nosi w głowie kwiatka, nie? ;-)
Stylowy Kaprysek ♥
Oczywiście nie zabrakło również przyjemności dla ciała - na stoliku piętrzyły się przepyszne, czekoladowe babeczki, ciasteczka w kształcie gwiazdek i pierścionków (które mylnie wzięłam za kajdanki...), było także coś dla oka - mogłyśmy sobie pochodzić, pomacać i poprzymierzać różne piękne rzeczy - gdyby tylko portfel był bez dna, prawda? ;-)

Zakochałam się w tej opasce, jest przepiękna! ♥


Osobiście gustuję w skromniejszej biżuterii, ale B. uznała, że ten pierścionek jest bardziej fotogeniczny ;-)

Do domu nie wróciłyśmy z pustymi rękami - oj nie! Glitterowe Panie zatroszczyły się o to, by w naszych goodies bag znalazły się modne w tym sezonie kwiatowe ozdoby, bransoletki oraz nowy katalog, a od zaprzyjaźnionej marki Cztery Pory Roku dostałyśmy torby pełne dobroci do smarowania - balsamy do ciała, kremy do rąk i wysuszacz do lakieru ;-)

Bardzo dziękuję pani Patrycji za zaproszenie na Bloggers Day i B. za całodzienną opiekę! Strasznie lubię takie fajne soboty - spotkanie znajomych blogerek oraz poznanie kilku nowych dziewczyn, i to w dodatku w takich przyjemnych okolicznościach, zdecydowanie stanowi o udanym dniu ;-) Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mi dane odwiedzić katowicki salon Glittera albo oddać się w ręce Ani - nigdy wcześniej (i pewnie nigdy później też!) nie miałam tak idealnego koka! Zresztą - zobaczcie sami - nie mogłam powstrzymać się od selfie w lustrze ;-)



poniedziałek, 24 marca 2014

MAZIDŁA DO UST | CARMEX, TBS, TOŁPA, TISANE

Witajcie!

Wydawać by się mogło, że zima już na dobre odeszła, więc pytanie: czemu ja do diaska wyskakuję z postem o pielęgnacji ust tak bardzo po czasie? A no, mam sklerozę po prostu. Zdjęcia przygotowałam dawno, produkty mam jeszcze dłużej, a dopiero dziś, gdy zajrzałam do pudełeczka z balsamami w poszukiwaniu czegoś na moje suche jak wiór skórki wokół paznokci, przypomniałam sobie, że o tych czterech mazidłach miałam napisać. No to siadam i piszę - przecież przed wysmarowaniem się wiosennymi szminkami wypada przygotować do tego usta!

W szranki stają dziś: Carmex Classic, masełko do ust The Body Shop Chocomania, balsam do ust Tisane i balsam-miód do ust Tołpa, które zmierzą się w kilku istotnych kategoriach. Który z nich podbił moje serce (i usta)?


Opakowanie: Wszystkie występują w plastikowych słoiczkach, z których najsolidniejszy wydaje się być ten Carmexowy, do wszystkich trzeba dobrać się palcem/paznokciem, co jak wiemy - jest nieco niehigieniczne.

Szata graficzna: Nie da się ukryć, że do mnie, jako miłośniczki słodyczy, najbardziej przemawia czekoladowe masełko z The Body Shop - wręcz kusi do tego, by po nie sięgnąć. Na drugim miejscu uplasował się miodzik z Tołpy ze względu na estetyczne, minimalistyczne opakowanie, na trzecim Carmex w stylu nieco retro, a ostatnie miejsce zajmuje Tisane - na półce raczej nie zwróciłabym na niego uwagi.


Cena i pojemność, dostępność: Tisane (7zł/4,7g), Carmex (8zł/7,5g), Tołpa (17zł/8g), The Body Shop (22zł/8,5g). Jednocześnie należy zwrócić uwagę, że najszerzej dostępny jest Carmex (w każdym Rossmanie), Tisane również dość często można znaleźć na półkach, masełka z Tołpy nigdy nie widziałam stacjonarnie, natomiast balsam z TBS kupimy tylko w salonie firmowym (których w Polsce jest bodajże 3?).

Zapach i smak: Na pierwszym miejscu jest bezdyskusyjnie masełko z The Body Shopu - pachnie tak pięknie czekoladą, że ma się ochotę go zjeść (niewskazane!), w smaku jest lekko słodki. Miodzik z Tołpy pachnie lekko, świeżo i bardzo przyjemnie, jakby lekko arbuzem, smaku nie wyczuwam. Carmex pachnie kamforą i mentolem - mi to połączenie kojarzy się z lekami, także niezbyt pozytywnie, smaku również nie jestem w stanie określić. Tisane natomiast pachnie przyjemnie, słodko, nieco wanilią, ale zapach nie jest tak intensywny jak w przypadku masełka z Chocomanii, a w smaku jest leciusieńko słodkawy.



Kolor, konsystencja, zachowanie na ustach: Miodzik z Tołpy, chociaż w opakowaniu zbity, bez trudu roztapia się pod wpływem ciepła palców. W słoiczku bladokremowy, jasny, na ustach natomiast bezbarwny. Nieco bardziej tępe jest masełko z TBS, które z opakowania trzeba wydłubywać paznokciem; w opakowaniu cieliste, źle rozsmarowane na ustach jest widoczne, nieraz zbija się w drobniutkie grudki. Można mieć wrażenie, że ma się na wargach okruchy. Najbardziej zbity i najtrudniejszy w obsłudze jest bez wątpienia żółciutki Carmex - nie odznacza się na ustach, ale trzeba się nieźle natrudzić, by wydobyć go z opakowania. W dodatku zapewnia uczucie mrowienia i szczypania, które początkowo może być przyjemne, ale z czasem powoduje, że mam ochotę otrzeć usta choćby wierzchem dłoni, przy braku chusteczki w pobliżu. Najlepiej w tej kategorii wypada dla mnie Tisane - chociaż jego miodowy kolor i konieczność wyciągania z wąskiego słoiczka paznokciem nie zachęca, to przez fakt, że na ustach szybko się topi, dając lekki połysk, a nie zbiera się na wargach tak, jak masełko TBS, zdecydowanie ma moją sympatię.


Inne zastosowania (suche miejsca, skórki przy paznokciach): Z tej czwórki tylko Tisane nadaje się do zadań specjalnych, takich jak suche skórki przy paznokciach czy podrażniony w chorobie nos. Carmex nałożony na dłonie sprawiał, że skórki pękały mi na potęgę, a Tołpa jest zbyt mało treściwa. Pod szminkę czy pomadkę nadają się Tisane, Tołpa i w niewielkich ilościach TBS.

Nawilżenie, efekt: Carmex wypada zdecydowanie najsłabiej - usta pokryte nim schną, pękają i szczypią - sprawia, że po nałożeniu efekt jest gorszy, niż przed. Masełko TBS wypada lepiej, ale jego słodki smak i zapach sprawiają, że dużo częściej oblizuję usta, więc pozorny efekt nawilżenia znika błyskawicznie. Nieco dłużej nawilżenie utrzymuje się po aplikacji miodziku z Tołpy, ale tylko Tisane zapewnia mi długotrwały efekt nawilżenia i faktycznie wypielęgnowane usta.

Domyślacie się już, jaki będzie werdykt, prawda?
Jest malutki, niedrogi, a na półce w sklepie wcale nie woła 'kup mnie, kup mnie!'. Nie ma zaplecza marketingowego i znanej marki za sobą. Ale to właśnie ten niepozorny balsam do ust Tisane ratował mnie z niejednej naustnej opresji, świetnie sprawdzał się także, gdy moje dłonie wołały o pomstę do nieba, a czerwony, podrażniony kinol straszył z daleka niczym światło stopu. Zastąpił mi najlepszy produkt do ust, jakiego kiedykolwiek używałam (ręcznie robiony balsam od SmykuSmyka) i choć z trudem sięga mu do kolan (bo nie powiem, że nie dorasta do pięt), to jego dzisiejsi konkurenci plasują się w tym pielęgnacyjnym peletonie jeszcze dalej - Carmex odpadł już na starcie ;-)

Jakie jest Wasze ulubione mazidło do ust? ;-)

niedziela, 23 marca 2014

DENKO | STYCZEŃ, LUTY & MARZEC 2014

Witajcie ;-)

Być może część z Was zastanawia się, gdzie podziały się moje denkowe posty. Bez obaw - nadal dzielnie zużywam to, co zalega na półkach i w kartonach, ale zdecydowałam, że w tym roku posty podsumowujące zużycia będą się pojawiać tylko co kwartał. Marzec zbliża się ku końcowi, dlatego zapraszam Was na pierwszy post denkowy w 2014 roku (zużycia oczywiście obejmują styczeń, luty i marzec) ;-)


1. Green Pharmacy, cukrowy peeling do ciała z różą piżmową i zieloną herbatą.
Plastikowy słoiczek dostałam w spadku po Kaprysku i doprawdy nie wiem, co jej w nim nie pasowało! Mnie rozkochał w sobie przede wszystkim zapachem (znacie ten aromat różanego nadzienia w pączkach? Ten peeling dokładnie tak pachnie!), a potem utrzymał dobre wrażenie porządnym zdzieraniem, ale i lekkim nawilżeniem skóry, tym, że nie pozostawiał tłustej warstwy na mnie, na wannie i wszędzie indziej oraz niezłą wydajnością. Na pewno jeszcze sięgnę po niego oraz inne kosmetyki z tej linii zapachowej!

2. Lirene, antycellulitowy peeling myjący.
Pisałam już o nim tutaj, a i w denku pojawiał się wielokrotnie. To mój nieustępujący faworyt w kategorii peelingów myjących do ciała, dlatego z przyjemnością kupuję kolejne tubki. Nie zapowiada się, bym miała zamienić go na coś innego w najbliższej przyszłości.


3. Balea, żel pod prysznic.
Swego czasu po żele Balei sięgałam automatycznie, bo są niedrogie, ładnie pachną, są dość wydajne i nie wysuszają skóry. Wersja tropikalna nie jest wyjątkiem i całkiem miło mi się jej używało, ale mój entuzjazm do produktów tej marki osłabł - zapachy nie są niepowtarzalne, właściwości nie są jakieś szczególne, a o dostępność trudno, więc nie planuję ponownego zakupu kosmetyków marki Balea w najbliższym czasie.

4. Tołpa, delikatny żel pod prysznic.
O ile żel z Balei jeszcze całkiem nieźle się pienił, tak ten przezroczysty przyjemniaczek od Tołpy nie robi tego prawie wcale. Nie da się ukryć - ładnie, subtelnie pachnie, jest delikatny dla skóry i dobrze ją oczyszcza, ale powiedziałabym, że to przeciętniak w średniej klasie cenowej. Ma wygodne opakowanie z dzióbkiem i jest wydajny - to dwa plusy, które mogę wskazać; nie są one jednak na tyle silne, bym zdecydowała się na ponowny zakup. Dla mnie żel powinien być przyjemny w użytkowaniu, charakterystyczny, a nie bezpłciowy, jak ten z Tołpy.


5. Timotei, szampon i odżywka 2 w 1 z olejkiem kokosowym.
Jedyna wersja tego szamponu, z którą polubiły się moje włosy - opcji z olejkiem migdałowym nie mogę przemęczyć, bo na głowie mam siano... No, ale do rzeczy. Po użyciu tego duo włosy miałam miękkie, lśniące, względnie sypkie - byłam zadowolona. Do czasu, aż okazało się, że jest duet, który moim włosom robi jeszcze lepiej - bananowy szampon i odżywka z The Body Shopu, które już niebezpiecznie zbliżają się do końca, a ja nie mam dostępu do TBS, smuteczek!

6. Balea, szampon wiśnia i jaśmin.
Pisałam o nim tutaj, ale dziś już nie jestem już tak zadowolona z jego używania. Włosy przestały być po nim puszyste i uniesione, zaczęły się plątać, a co gorsze - kosmetyk podrażnił mi skórę głowy. Nie dam mu kolejnej szansy, wolę za cenę takich trzech kupić jeden z TBS, z którego będę bardziej zadowolona.


7. Luksja, płyn do kąpieli Pink Sparkle.
Po płyny tej marki sięgam regularnie, uwielbiam ich kompozycje zapachowe. Gdy dowiedziałam się, że firma wypuszcza nowe wersje, szybko wybrałam się do drogerii, by upolować chociaż butelkę, zanim zostaną wykupione. W kilku drogeriach półki były już puste albo nie było zapachów, które chciałam,  w końcu udało mi się trafić na ostatnią butlę "różowego szampana". Strzał w dziesiątkę - piękny zapach + wielka piana = kąpiel to sama przyjemność ;-)

8. Isana, płyn do kąpieli Gute Nacht Bad.
No i tutaj przyjemność była już mniejsza. Przez duży otwór wylewało się zdecydowanie za dużo granatowego płynu, który opornie rozpuszczał się w wodzie,  ilość piany była mniej imponująca, a zapach wyczuwalny był tylko w butelce. Więcej nie skuszę się na kąpiele z Isaną.


9. Green Pharmacy, nawilżający olejek kąpielowy - drzewo herbaciane.
Podobno można używać go jako żel pod prysznic... Cóż, nie próbowałam. Natomiast jako płyn/olejek do kąpieli sprawdza się całkiem nieźle - nie wysusza skóry a lekko ją nawilża, można go dolać też do ciepłej wody i pomoczyć w nim obolałe stopy czy zrobić kąpiel dla dłoni przed manicurem. Jest wydajny i niedrogi, więc być może spotkamy się jeszcze w przyszłości.

10. Tołpa, nawilżający płyn micelarny do mycia twarzy i oczu.
Napisałam już o nim tutaj, więc nie będę się powtarzać. Dodam tylko, że pod koniec opakowania jego zawartość zaczęła wyciekać nie tylko przeznaczonym do tego dzióbkiem, a wszystkimi szczelinami, co ostatecznie zniechęciło mnie do jego ewentualnego używania w przyszłości.


11. Bielenda, łagodny 2-fazowy płyn do demakijażu oczu.
Wspominałam o nim tutaj. Nadal jest moim ulubieńcem w kategorii dwufazówek i smutno mi za każdym razem, gdy sięga dna, bo coraz trudniej jest mi na niego trafić stacjonarnie.

12. Lirene, płyn dwufazowy.
Usuwa makijaż, również wodoodporny. No dobre sobie! Kupiłam go, bo był w promocji, a ja na gwałtu-rety potrzebowałam czegoś do demakijażu. Jakiż to był błąd... Bo makijażu nie zmywa. No, może taki, na który składają się tylko cienie. Ale ani z kredką, ani tuszem, o eyelinerze żelowym nawet nie wspominam, nie daje sobie rady. Trzeba się namęczyć, nieraz zatrzeć oko, żeby cokolwiek zeszło. Nie kupię ponownie (zwłaszcza, że trafiłam na całkiem fajny płyn do demakijażu oczu z Borjouis ;-) )!


13. Synergen, peeling do mycia twarzy.
Pilindżek (cytując Diggę) pokazywałam Wam tutaj i nie zmieniłam o nim opinii. Polubiliśmy się i w okresach, kiedy nie mam z cerą większych problemów, jesteśmy w dobrej komitywie. Na czasy trudniejsze muszę wytaczać cięższe działa, jak peeling enzymatyczny z Tołpy, o którym Wam jeszcze napiszę.

14. Novaclear, punktowy preparat zwalczający niedoskonałości.
Poszedł do kosza, bo stał nieużywany od dawien dawna. Skończyły się te czasy, gdy wierzyłam, że taki preparat jest mi w stanie pomóc, dlatego podczas sprzątania łazienki wyciągnęłam go z ciemnego kąta i wyrzuciłam.


15. Vichy, Idealia Pro.
Krem-cudo. Dosłownie. Bo pierwszy raz spotkałam się z kosmetykiem, który nie robi dosłownie nic. Nawet nie nawilża! Poleżał u mnie rok z kawałkiem i podobnie jak Novaclear, pożegnał się ze światłem dziennym podczas gruntownego sprzątania kosmetycznych zakamarków. 

16. Dermacol, make up cover.
A to historia o tym, jak człowiek uczy się na błędach. Kupiłam go jeszcze w liceum, bo wszystkie dziewczyny miały, zachwalały, a ja miałam co ukrywać. Nie wzięłam pod uwagę, że używanie tak ciężkiego i zapychającego produktu nie wyleczy mnie z trądzikowego problemu, a spowoduje jego intensyfikację... Na szczęście w porę poszłam po rozum do głowy i odłożyłam go do pudełka na święte nigdy. Ostatnio znów go wyjęłam, ale tylko po to, by prawie pełną tubkę wyrzucić - żeby przypadkiem nigdy więcej do głowy mi nie przyszło nałożenie go na twarz.


17. Isana, wiśniowy balsam do ust.
Mam do niego pewien sentyment, bo to chyba najstarszy mój balsam do ust w kolekcji. Brakuje mi systematyczności w używaniu, a i moje usta przez większość roku nie wymagają jakiejś szczególnej troski, dlatego zużywanie go trwało horrendalnie długo, ale się udało ;-) Ładnie pachniał, całkiem przyzwoicie nawilżał, kosztował grosze. Ale dobrze, że już go nie ma, bo w kolejce czeka podobnych kilka ;-)

18. Maseczki i próbki.
Nadal triumfy u mnie święcą maseczki Superdrug, przede wszystkim tropikalna peel off. Ta z błotem z Morza Martwego nie była zła, ale nie zauważyłam, żeby jakoś wpłynęła na moją cerę, podobnie zresztą jak maska-peeling enzymatyczny z Tołpy - zniknęło mi po niej/nim kilka suchych skórek, ale to za mały efekt, żebym kupiła maseczkę za 7 zł. ;-) Mus do ciała z figą i daktylami z Farmony, który przysłała mi Jeż, pachniał super, a próbeczka Effaclaru Duo starczyła na tak niewiele, że nawet nie pamiętam jej nakładania.


19. Isana, zmywacz do paznokci. 
Pewnie w ciągu tych trzech miesięcy zużyłam więcej zmywacza, niż widać na zdjęciu, ale tylko te dwie buteleczki ocalały. Dobrze zmywa lakier, nie wysusza mi skórek - dokładnie to, czego oczekuję. A w dodatku w promocji wcale nie kosztuje wiele ;-)

20. Lakiery.
Na zdjęciu efekt sprzątania kartonu z lakierami - egzemplarze zgęstniałe, zbyt rzadkie, źle kryjące, nielubiane - słowem te, których wypadało się już w końcu pozbyć. Za żadnym nie będę tęsknić ;-)

To tyle! Na kolejny odcinek denka zapraszam Was za trzy miesiące ;-) Dajcie znać, jak poszły w ostatnich miesiącach Wasze zużycia - udaje Wam się ograniczać zakupy i chomikowanie kosmetyków, a zużywać to, co zalega? ;-)

środa, 19 marca 2014

PAZNOKCIE | AZTECKA WYCINANKA IN BLUE

Witajcie!

Znów paznokciowy post, ale mam wrażenie, że to chyba Wasze ulubione? ;-) Tym razem chciałam połączyć w jednym zdobieniu dwa trendy które bardzo mi się podobają: wzory azteckie i paznokcie cut-out, a także kolor, za którym nie przepadam - niebieski. Całość zainspirowana moimi ulubionymi letnimi spodniami, a dedykowane po cichutku fance niebieskości - Alimce! ♥






Do zdobienia użyłam bieli z Diademu (28), kobaltowego lakieru Miss Sporty, srebrnej emalii Hean, farbek akrylowych, tasiemki, ćwieków okrągłych i kilku pędzelków z Promoto-Promoto oraz mniejszych ćwieków kwadratowych, które dostałam swego czasu od Tamit. ♥
Udało mi się nawet powtórzyć wzór na prawej ręce - nie jest idealny, ale głupio byłoby wyjść do ludzi z pomalowanymi paznokciami tylko u jednej dłoni. ;-)

Jak Wam się podoba moja aztecka wycinanka? ;-)

PS. Z prawej strony bloga pojawił się odnośnik do zakładki wyprzedażowej - mam trochę lakierów, kosmetyków i książek do oddania w dobre ręce! : )

poniedziałek, 17 marca 2014

PAZNOKCIE | ST. PATRICK'S DAY

Witajcie!

Większość z Was wie, że mam leciutką obsesję na punkcie tego, co brytyjskie czy irlandzkie. Cóż, nie zamierzam się z tej obsesji leczyć! ;-) Dzisiaj w Irlandii obchodzi się święto narodowe - Dzień Św. Patryka, patrona tego kraju. 17. marca jest wolny od pracy, a obchody skupiają się głównie na noszeniu koloru zielonego, nawiązującego do trawiastego krajobrazu wyspy i symbolizujący koniczynę przypisywaną tradycyjnie świętemu Patrykowi; w kraju odbywają się też liczne parady i festyny, a symbolem charakterystycznym jest shamrock, czyli czterolistna koniczynka. Chciałabym kiedyś zobaczyć to na żywo!

Na razie jednak muszę zadowolić się Irlandią na swoich paznokciach - z okazji Dnia Świętego Patryka zmalowałam sobie na nich to, co z tym krajem kojarzy mi się najbardziej ;-)


Nie mogło obyć się bez trójkolorowej flagi Irlandii (tak, to jest pomarańcz, a nie czerwień! :D), oczywiste były też koniczynki, mieniące się kolorami tęczy. Na serdecznym wysypały się zielone kulki - może po wypiciu Guinessa? :D A tak poważnie, miałam wreszcie okazję wypróbować mini beads czyli znany nam kawior - układałam go na mokrym lakierze (Key Lime Barry M) i pokryłam topem. Top ściągnął z kuleczek kolor i z zielonych zrobiły się srebrne, ale za to trzymały się dzielnie do zmycia, czyli dwa dni ;-)


Na najmniejszym paznokciu nie zmieścił się już cały irlandzki gnom, ale zanim uciekł, zostawił swój kapelusz. Uciekł pewnie dlatego, że odnalazłam ten mistyczny garniec złota na końcu tęczy - pobiegł ostrzec strażników pilnujących skarbu na drugim końcu tęczy!


Trudno mi życzyć Wam wszystkiego zielonego z tej okazji, ale chętnie podzielę się z Wami szczęśliwymi koniczynkami - łapcie! ♣ :D


sobota, 15 marca 2014

HEXXBOX - POZNAJ I TESTUJ Z 1001PASJI | SLEEK ROSE GOLD*

Witajcie!

Na wstępie nie mogę się nie pochwalić - ostatnie (to najgorsze!) zaliczenie za mną. Coś w tym jest, że do trzech razy sztuka - szłam po wyniki nastawiona na to, że będę musiała wyłuskać 250 zł na warunek, a do domu wróciłam z pięknym 4.0 w indeksie! ;-) W dodatku udało mi się powstrzymać od okazjonalnych zakupów, nawet biedronkowy organizer mnie nie skusił - ot, kawałek plastiku, a blogerki szaleją ;-)

A teraz już do rzeczy, czyli jak słusznie wnioskować można z tytułu - będzie o różu. Różu niebylejakim, bo porównywanym do kultowego Orgasmu NARS, do którego wzdycha jeszcze większe grono blogerek, niż to zachwycające się organizerami. Różu, o którym myślałam, że będzie prosty do zrecenzowania i uwinę się z nim szybko, a który sprawił, że recenzję odwlekałam w czasie dobre parę miesięcy. O Rose Gold od Sleeka. 


Zazwyczaj ten 8-gramowy róż ukryty jest w czarnej kasetce z lusterkiem, ale w związku z tym, że mój egzemplarz to tester od drogerii Cocolita jestem tego charakterystycznego opakowania pozbawiona. Nie szkodzi - róż wywędrował do paletki magnetycznej i czasem sobie o nim przypomnę ;-)

Ten róż to same problemy - ale nie w noszeniu, nie w aplikacji, a w zrecenzowaniu. Jak określić kolor? Jedni mówią, że to róż ze złotym poblaskiem, inni wskazują na brzoskwiniowe drobinki, a ja tu widzę jeszcze herbaciane róże. Co najciekawsze - to wszystko prawda! Róż Rose Gold mieni się w zależności od kąta padania światła, przez co zapewnia na policzkach nietypową taflę koloru. Jest miękki, dość 'mokry' - dlatego zaleca się nakładać go grubym pędzlem do pudru lub różu. Potwierdzam - próbowałam wielokrotnie robić to delikatnym Blush Brush z RT i efekt był nędzny. W dodatku pędzelkiem trzeba się namachać, bo efekt jest subtelny, na szczęście możliwy do stopniowania.


Z bliska wygląda tak - B. podejrzewała, że to jakiś oryginalny lakier do paznokci ;-) Mamy i złote, i brzoskwiniowe, i różowe drobinki, wszystkie w ciepłej tonacji. Na twarzy natomiast róż... Znika! Okej, może nie zupełnie, ale nie daje ostrej, widocznej plamy koloru, a chmurkę delikatnego różu i piękną, złotą poświatę - z powodzeniem mógłby robić za rozświetlacz! 

Świetnie odbija światło, podkreślając kości policzkowe, ale zarazem jest trudny w sfotografowaniu na mojej twarzy (dlatego właśnie zdjęć w akcji nie będzie, mimo wielu podjętych prób) - ten cudny blask ginie u mnie w cieniu oprawek okularów, a w dodatku podkreśla niedoskonałości, których mi nie brak, dlatego sięgam po niego dość rzadko.

Trwałość przeciętna - ok. 4h na odpowiednio przygotowanej twarzy, potem róż zupełnie znika, zostaje tylko świetlista tafla. Problemów w demakijażu oczywiście nie sprawia, drobinki nie migrują i nie znajdują się znikąd wszędzie ;-)


Tutaj możecie zobaczyć różnice w kolorze w zależności od kąta padania światła - wszystkie zdjęcia zostały wykonane w tym samym oświetleniu (lampa pierścieniowa), w tej samej odległości od żarówki, przy identycznym ustawieniu aparatu. Jeśli uda mi się w końcu uchwycić efekt, który Rose Gold daje na policzkach, uzupełnię post o stosowne zdjęcia.

Rose Gold Sleeka, który dostaniecie m.in. w drogerii Cocolita za 21,90 zł, to dobra alternatywa dla NARS-a, który kosztuje ok. 30 euro. Kolor jest piękny i myślę, że na pewno sprawdzi się latem - już widzę te złote policzki! - ale chyba jednak nie u mnie - zdecydowanie wolę bronzery i róże o wykończeniu matowym - te drobinkowe zbyt zwracają uwagę na moją (znów...) problematyczną cerę. 


Tą recezją kończę wywiązywanie się z obowiązków Recenzentki HexxBox - na koniec pragnę jeszcze raz podziękować Hexx oraz Drogerii Cocolita za umożliwienie mi testów! Mam nadzieję, że będę miała jeszcze kiedyś okazję uczestniczyć w HexxBoxie, a i Wam tego życzę - Asia przygotowała naprawdę profesjonalną akcję testerską i włożyła mnóstwo pracy, żebyśmy mogły pomacać najlepsze produkty wybranych marek. Liczę na to, że kolejne edycje będą cieszyć się niesłabnącą popularnością, a wybrane do testów dziewczyny wywiązywać się będą z powierzonych im przyjemnych obowiązków ;-)
Pozostałe moje opinie na temat produktów z VII edycji HexxBoxa znajdziecie tutaj: paleta Sleek Snapshots, pędzle Hakuro H79, H74, a tutaj pełny katalog recenzji pozostałych uczestniczek.

środa, 12 marca 2014

PAZNOKCIE | RÓŻANA DRACHETKA

Witajcie!

Kiedy w moje ręce trafiła Drachetka, miałam co do niej spore wątpliwości. Chociaż na zdjęciach wyglądała świetnie, na próbniku była niczym obraz rozpaczy. Długo zwlekałam z nałożeniem jej na paznokcie, ale któregoś wieczora przyszła do mnie mama z prośbą o pomalowanie jej paznokci, a że nie może do pracy nosić intensywnych kolorów, postawiłam na szaro-błękitną Drachetkę.


Nakładała się zaskakująco dobrze, kryjąc po dwóch cienkich warstwach. W buteleczce ma turkusowy shimmer, którego na paznokciach (na szczęście) nie widać. Od pozostałych lakierów z colorowo niczym (oprócz koloru oczywiście) się nie różni - wygodny pędzelek, dość rzadka konsystencja, lakier pachnący przy wysychaniu i na paznokciach - ostateczny wyrok: lubimy się ;-)


Nie byłabym sobą, gdybym zostawiła ten lakier solo, prawda? Dodałam groszki białym lakierem z Diademu i róże w dwóch kolorach, zmalowane oczywiście farbką akrylową, a całość jak zwykle pokryłam topem Sally Hansen Insta Dri. Na razie zdobienie nosi się bez uszczerbku od 4 dni, nie zanosi się na to, żeby szybko miało zostać zmyte ;-)




Okazało się, że zdobienie równie dobrze wygląda w wersji łosiosiowo-różowej - miałam okazję zmalować takie właśnie połączenie kolorystyczne na paznokciach koleżanki z roku (pozdrawiam Kasię, jeśli to czyta!) - wyszło słodko i uroczo, czyli tak jak miało!


Muszę na jakiś czas przystopować z różami, bo wyjdzie na to, że to jedyny wzorek jaki potrafię namalować... Cóż poradzić, skoro są takie proste, szybkie w wykonaniu, a wszystkim się podobają? ;-)

niedziela, 9 marca 2014

BLOGERKA TEŻ CZŁOWIEK | STUDIA

Witajcie! ;-)

Dziś luźniejszy, niekosmetyczny post, którego stworzenie obiecywałam już dobre parę miesięcy – poopowiadam Wam trochę o moich studiach, chociaż nie ukrywam, że robię to dość niechętnie. Dlaczego?

via radiosygnaly.pl
 
WSTĘP
Zapytacie – dlaczego niechętnie? A no dlatego, że ciężko ugryźć ten temat w taki sposób, by zarówno udzielić odpowiedzi na wszystkie pojawiające się pytania, dać obraz uczelni i kierunku, a jednocześnie nie narzekać zbyt wiele i nie zniechęcić przypadkiem kogoś do studiowania. Poza tym, jestem teraz w takim momencie swojego studiowania, że najchętniej rzuciłabym to wszystko w diabły, więc mogę być nazbyt krytyczna w ocenie. W tym momencie pragnę jeszcze zaznaczyć, że post oparty jest wyłącznie na moich doświadczeniach, uzupełniony o opinie znajomych studiujących ze mną.

MIEJSCE
Część z Was wie, a część dopiero teraz się dowie, że jestem na II roku prawa na Uniwersytecie Opolskim. Często pojawiają się pytania – dlaczego nie Wrocław, dlaczego uniwersytet o raczej kiepskiej renomie?
Powodów jest kilka, zarówno te osobiste, o których nie chcę tutaj pisać, jak i bardziej błahe – zasadniczo, od kiedy myślałam o studiowaniu prawa, widziałam się na Uniwersytecie Jagiellońskim. Na przeszkodzie stanęła matura – na kilka miesięcy przed, gdy sprawdzałam kryteria, na stronie internetowej nie było mowy o konieczności zdawania WOS-u, więc żyłam w tym przeświadczeniu do matury (na której zdawałam matematykę P, j.polski P i R, j. angielski P i R oraz historię R). Dopiero później okazało się, że bez WOS-u nie mam co liczyć na studia w Krakowie. Drugą opcją był Uniwersytet Wrocławski, ale wiedząc, że wykładowcy z Wrocławia wykładają też w Opolu, uznałam, że wyjazd nie ma sensu. Wynajmowanie mieszkania za horrendalne pieniądze w mieście położonym tak blisko uznałam za marnotrawstwo, a poza tym w ogóle nie lubię Wrocławia – zdecydowałam się zostać na UO. Wychodzę z założenia, że tutaj nauczę się tego samego, co w Krakowie czy Wrocławiu, a w przyszłości nikt nie będzie mnie pytał, którą uczelnię skończyłam, jeśli będę dobra w tym, co robię.
Moje zajęcia w większości odbywają się w budynku Wydziału Prawa i Administracji, położonym w centrum Opola; pojedyncze kursy czy lektoraty mają miejsce w innych budynkach, oddalonych kilka kilometrów, ale do tej pory zawsze układało się tak, że miałam odpowiednią ilość czasu, by dotrzeć spacerkiem z jednych zajęć na drugie.

PLAN ZAJĘĆ I PRZEDMIOTY
Trudno mówić cokolwiek o elastyczności planu, bo każdy student będzie odbierał go inaczej – dla jednych kilkugodzinne okienka są dobrym rozwiązaniem, dla innych nie. Ja należę raczej do tej drugiej grupy – wolałabym mieć zajęcia ciągiem, a nie rozciągnięte w całym dniu, tak, że wychodzę z domu o 8.00, a wracam po 19.00. Co z tego, że w trakcie mam np. 2 trzygodzinne okienka, skoro i tak nie zdążę na nich wrócić do domu i zjeść obiadu?
Jak dotąd, najwcześniej zaczynałam zajęcia o 7:30 (lektoraty z angielskiego), a najpóźniej opuszczałam budynek uniwerku ok. 19:30 (kurs ogólnouczelniany); nie liczę tu egzaminów, o których za chwilę.
Jeśli chodzi o przedmioty: na pierwszym roku dużo jest takich zabijaczy czasu, jak technologia informacyjna, Bezpieczny Internet, różne rodzaje historii, filozofia, podstawy ekonomii i inne. Nie neguję, być może są istotne, ale dają poczucie tracenia czasu. Oczywiście obok nich są też wykłady istotne, takie jak prawoznawstwo, prawo rzymskie, łacina czy logika, dziesiątkująca studentów, wstęp do prawa konstytucyjnego (kontynuowane na drugim roku), ustrój organów ochrony prawnej.
Na drugim roku robi się konkretniej: prawo konstytucyjne, cywilne cz. ogólna, cz. zobowiązań, administracyjne, karne, doktryny polityczno-prawne, prawo wyznaniowe; wciąż jednak są przedmioty pozostawiające wiele do życzenia: etyka prawnicza (która u mnie wyglądała raczej jak katecheza w szkole podstawowej), system prawny pomocy społecznej w Polsce, współczesne koncepcje administracji publicznej, współczesne problemy w patologii społecznej, negocjacje prawne, podstawy psychologii i socjologii, prawne i socjologiczne aspekty rozwoju turystyki w Polsce (serio!), metodologia badań administracyjno-prawnych, nauka społeczna Kościoła Katolickiego oraz kursy ogólnouczelniane, tworzone tylko po to, by student miał odpowiednią ilość punktów ECTS, by zaliczyć rok. 

ILOŚĆ MATERIAŁU I EGZAMINY
Temat-rzeka… Zacznijmy od łatwiejszego aspektu, czyli egzaminów – nie ma żadnej reguły na ich formę, co roku wykładowcy zmieniają swoje metody. Dotychczas nie miałam jeszcze żadnego egzaminu ustnego, chociaż w sesji letniej będą na pewno dwa – prawo karne i wyznaniowe. Zdarzają się testy, są egzaminy z pytaniami ogólnymi i kazusami, są też takie, w których jest i trochę testu, i pytań otwartych i jakieś tabelki do wypełnienia.
Ilość materiału jest… porażająca. Jeśli liczycie na to, że wystarczy przejrzeć książkę tuż przed egzaminem i to wystarczy – nic bardziej mylnego. Okej, udawało mi się to w pierwszym semestrze, ale teraz to niemożliwe – nawet wielokrotne przeczytanie książki od deski do deski, skryptów i opracowanie pytań, które dostajemy od starszych lat nie dają gwarancji, że się zda. Bardzo dużo zależy od szczęścia, tego, do której grupy się trafi, w  której turze się pisze i jaki humor ma wykładowca, który sprawdza egzamin. Nieraz wystarczy napisać cokolwiek, byle czytelnie (nawet przepis na ciasto), a nieraz nawet napisanie wszystkiego nie jest wystarczające i słyszy się „dwa, bo napisała pani za mało!”. Czasem dwa dni przed egzaminem wykładowca przysyła kilkadziesiąt stron materiałów, które trzeba ogarnąć w trybie ekspresowym, a bywa i tak, że egzaminy są dzień po dniu i na naukę jest mikroskopijna ilość czasu.
Jeśli ktoś sądzi, że uczyć się będzie musiał dopiero w sesji – dobry żart! Może na początku studiów – potem przyjdą ćwiczenia, na które trzeba będzie nauczyć się 100, 200 stron w ciągu tygodnia, do tego przeczytać jakieś materiały, przygotować referat, etc. Prawo to nie kierunek dla totalnych leniuchów!

LUDZIE I WYDARZENIA
Och, jak ja bardzo chciałabym ominąć ten punkt! Nie ma reguły, jak na każdych studiach są ludzie fajni i niefajni, z pasją i tacy, którzy są na tych studiach tylko dlatego, że nie wiedzieli, co ze sobą zrobić. Są tacy, którzy od samego początku zachowują się tak, jakby byli już na sali sądowej albo co najmniej na aplikacji, a niektórzy są dziecinni i ich głównym zajęciem jest rozsiewanie głupich plotek. Ot, życie! Na szczęście mam swoje niewielkie grono dobrych znajomych i wśród niemalże 140 osób, które obecnie są na roku, mam kogoś, do kogo mogę się odezwać ;-)
Natomiast w kwestii wydarzeń kulturalnych i tematycznych UO całkiem daje radę – mamy Piastonalia, liczne koncerty w Studenckim Centrum Kultury, całe mnóstwo konferencji i spotkań ze specjalistami i prężnie działające koła naukowe. Drugą kwestią jest możliwość uczestniczenia w nich – naprawdę podziwiam osoby, które są w stanie ogarnąć studiowanie, ELSĘ (Europejskie Stowarzyszenie Studentów Prawa), koła naukowe i życie prywatne. 

PLAN NA PRZYSZŁOŚĆ
Mój plan jest bardzo prosty – jeśli oczywiście uda mi się skończyć studia w terminie i bez problemów: specjalizacja karnistyczna > obrona magisterki > aplikacja ogólna w Krakowie > bycie prokuratorem. W razie czego mam plan B, ale wolałabym go oczywiście nie wprowadzać w życie… ;-)

Mam nadzieje, że poruszyłam wszystkie kwestie, o które pytaliście – jeśli coś pominęłam, odpowiem w komentarzu, dajcie znać! A blogerki studiujące - co studiujecie? ;-)

czwartek, 6 marca 2014

PAZNOKCIE | MARMUREK STRAWBERRY

Witajcie!

Jakoś tak dziwnie się dzieje, że moja każda wizyta u Ani kończy się przywiezieniem do domu kolejnego lakieru. Dzisiejszy post pojawia się dlatego, że... byłam u niej wczoraj! ;-) Tym razem Ania postanowiła mi sprezentować marmurkowy lakier Lemax, wiedząc jak bardzo lubię odcienie różu na paznokciach. ♥


Nie da się ukryć, że lakier budzi u mnie skojarzenia z lodami truskawkowymi - zarówno przez kształt buteleczki, jak i kolor - to  słodki, rozbielony róż, usiany mnóstwem drobniutkich, czarnych kropeczek. Na paznokciach drobinki nie giną, nakładają się równomiernie - są integralną częścią emalii, a nie dodatkiem.



Lakier jest dość rzadki, ale nie rozlewa się na skórki, a długi, szeroki, płaski i równo ścięty pędzelek pomaga dokładnie go rozprowadzić na płytce. Kryciem byłam miło zaskoczona - na moich długich paznokciach wystarczyły dwie cienkie warstwy, jedynie na kciukach dołożyłam trzecią. Schnięcie jest w porządku, ale dla pewności i tego lśniącego efektu, który uwielbiam, nałożyłam warstwę Insta Dri od Sally Hansen.


Jak się Wam podoba marmurkowa propozycja Lemaxu? Wiem, że blogosfera swego czasu szalała na ich punkcie - ja, jak to ja, dopiero teraz zaczynam ;-)