poniedziałek, 28 kwietnia 2014

PAZNOKCIE | SKULL BLING


Witajcie!

Jeszcze jeden post paznokciowy i na chwilę dam Wam spokój - od wczoraj mam założone hybrydy i nie spieszy mi się ich pozbywać ;-)

Nooo... Nie jest to zdobienie w moim stylu, prawda? Ale kiedy zobaczyłam różowy, neonowy marmurek Lemax (dziękuję, Promoto-Promoto!), to natychmiast stwierdziłam, że trzeba do niego takiego pseudo-girly-punkowego zdobienia ;-)

Do jego wykonania, oprócz wspomnianego lakieru, wykorzystałam biały Diadem (to już klasyka), czarny liner Wibo, okrągłe ćwieki również z Promoto oraz ozdobę, z którą nigdy wcześniej nie miałam do czynienia. Mowa tu o czarnej czaszce 3D, ozdobionej kilkoma dżetami, którą dostałam od Born Pretty Store - znajdziecie ją pod tym linkiem, w cenie niespełna 2$ za dwie sztuki. Nie powiem, żeby to była najtańsza przyjemność, biorąc pod uwagę aspekty takie jak trwałość czy odporność na zmywacz. Jeśli jednak komuś z Was ten wzór wpadł w oko, to możecie przy zamówieniu wpisać mój kod - EWX31, a dostaniecie 10% zniżki. Przesyłka jest oczywiście darmowa ;-)


Metalową ozdobę przyklejałam na mokry lakier (z uwagi na brak kleju do tipsów, którym zresztą nie zdecydowałabym się potraktować paznokci), więc może dlatego trzymała się tylko kilka godzin - do pierwszego zahaczenia o szlufkę spodni. Nie oczekiwałam jednak, że będzie inaczej - nie mam szczególnie wypukłych paznokci, ale ozdoba jest dość odstająca. W dodatku powierzchnia, która przylega do płytki paznokcia jest nieduża - to tylko krawędzie czaszki.

Wspomniałam o odporności na zmywacz... No cóż, to ozdoba raczej jednorazowa. Mi udało się ją delikatnie oczyścić przy pomocy patyczka kosmetycznego z pozostałości lakieru, ale i tak dojrzałam rozpuszczającą się warstwę czarnej emalii, a spod spodu zaczęła wyzierać rudość miedzy (czy czegokolwiek, z czego ozdoba jest zrobiona :D). Jednorazowa, ale w sumie przy umiejętnym nałożeniu (może na żel?) może zrobić wrażenie na imprezie czy nawet na co dzień. Ja chyba jednak stawiam na klasyczne zdobienia farbami, naklejkami czy lakierami, a Wy? Lubicie takie cuda w 3D?


Na zakończenie jeszcze kilka szybkich słów o lakierze - kryje po dwóch warstwach (chociaż to neon!), szybko wysycha, a drobinki nie skupiają się w jednym miejscu. Nie odbarwia płytki, nie sprawia problemów w czasie zmywania. Będzie z tego różowa, letnia miłość! ♥

piątek, 25 kwietnia 2014

PAZNOKCIE | KOBO LILAC


Witajcie! 

Na wstępie przepraszam za kilkudniową ciszę w eterze - niestety, Internet się na mnie obraził. Okazuje się, że skalę uzależnienia można ocenić dopiero wtedy, gdy dostęp do sieci znika na 4 dni bez ostrzeżenia... Ciekawe, czy gdzieś można zapisać się na odwyk od Internetu... Może jakaś internetowa grupa wsparcia? ;-)

Jak wiecie, zazwyczaj nie pokazuję Wam lakierów solo - zawsze z jakimś zdobieniem. Postanowiłam jednak, że tym razem zrobię mały wyjątek: dla jednego z lakierów z wiosennej, inspirowanej kwiatami serii lakierów Kobo. Trafiły do mnie trzy buteleczki, które możecie zobaczyć z lewej - ciemny róż z czerwonymi podtonami to Anemone, barbiowy róż to Cherry Flover, a błękit z nutą fioletu, o którym opowiem Wam kilka słów dzisiaj to Lilac.


Lilac z nazwy powinien mieć w sobie coś z fioletu, ale jak widzicie - na zdjęciach, jak i zresztą w rzeczywistości, tego nie widać. To przepiękny, czysty błękit, w którym nuty lilii ujawniają się dopiero przy porównaniu go z innym lakierem o podobnym odcieniu. 


Nauczył mnie, że recenzji (także lakierów) nie powinno się wypisywać pochopnie. Zaraz po aplikacji chciałam go skrytykować, nie zostawić na nim suchej nitki. Bo po cóż szeroki, wygodny pędzelek, skoro dziwna, lejąca konsystencja? Co zaskakujące - przy pierwszej warstwie pozalewałam sobie skórki, ale do czasu nakładania drugiej lakier magicznie zgęstniał, na tyle, że aplikacja przebiegła bezproblemowo - czy to w ogóle możliwe?
Potem zirytowało mnie krycie - dwie grubsze warstwy nie wystarczyły, musiałam dołożyć trzecią. I gdyby lakier wysychał szybko, nie narzekałabym jakoś szczególnie. Ale niestety - z drobnym wspomaganiem w postaci wysuszacza Cztery Pory Roku, czekałam dwie godziny, nie mogąc się nawet przysłowiowo podrapać po nosie. Irytujące, czyż nie?


Byłam przekonana, że przy takiej grubości emalii na paznokciu odpryski pojawią się po kilku godzinach, dlatego nawet nie nakładałam topu. I tu nastąpiło największe zaskoczenie. Lakier bez topu - podkreślam BEZ TOPU i innych wspomagaczy - trzymał się w stanie nienaruszonym 5 dni! A zmyłam go tylko dlatego, że znudziły mi się błękitne paznokcie. Nic nie odprysnęło, nic się nie zarysowało, nawet końcówki nie były starte!


Wiem, po tej całej krytyce mogłybyście powiedzieć - szkoda zachodu. A jednak nie, bo mnie Lilac zauroczył kolorem i rozkochał w sobie trwałością. I właśnie dlatego jestem stanie poświęcić dwie godziny, by mieć lśniące paznokcie w pięknym kolorze przez niemalże tydzień. Koniec końców, mądrzejsza o lekcję "nie oceniaj lakieru po aplikacji" jestem na tak! Do tej pory lakiery Kobo się u mnie nie sprawdzały, ale Lilac dał mi nadzieję, że z kwiatową kolekcją się polubię! ;-)

Miałyście do czynienia z którymś z lakierów z tej edycji? One też sprawiają takie problemy i niespodzianki, jak lilaczek?

wtorek, 22 kwietnia 2014

WHAT'S IN MY... BAG?


Witajcie!

Domyślam się, że wiele z Was dzisiaj musiało wrócić do pracy i pewnie wcale Wam się nie chce, prawda? Ani pracować, ani czytać niczego bardziej angażującego mózg ;-) Ja co prawda wracam na uczelnię dopiero w piątek, ale też nie mam ochoty na pisanie czegoś ultrapoważnego. Właśnie dlatego wpadłam na pomysł, że przed rozpoczęciem zajęć ogarnę trochę moją torebkę, a Wam pokażę - co było w niej przed porządkami. Bardzo lubię posty z cyklu what's in my bag, więc jeśli taki pisałyście - podeślijcie mi link! ;-)

Wydaje mi się, że akurat w zakresie porządku w torebce jestem dość ogarnięta - nie mam problemów ze znalezieniem w niej dzwoniącego telefonu (no dobra, dlatego, że zazwyczaj noszę go w kieszeni), nie gromadzę w torbie zbędnych bibelotów. I bez tego jest wystarczająco ciężka!



Torebka, którą zazwyczaj noszę ze sobą na uczelnię, bo mieści wszystko, co potrzebuję, to czarna, skórzana a'la aktówka marki Marta Marzotto. Nie mam pojęcia, czy jest oryginalna - po wpisaniu nazwy w google wyskoczyła mi w odpowiedzi włoska aktorka... Swego czasu bardzo modne były podobne w kroju torebki Mulberry, dlatego gdy znalazłam w second handzie całkiem zbliżoną, w dodatku czarną i zupełnie nową - musiałam ją kupić. I dzielnie towarzyszy mi od ponad roku ;-) Jest pojemna, zapinana na widoczny wyżej klips, ale również na zamek, ma dwie duże przegrody, oddzielone jakby trzecią - zasuwaną saszetką, na plecach jest malutka czwarta kieszonka, a i miejsca na telefon i jakieś drobiazgi nie brakuje.


W środku znalazłam całkiem sporo:
  • parasolka, celowo spięta gumką do włosów - komuś mogłoby się to wydawać dziwne, ale ja mam dwa w jednym - parasolka z zepsutym zamknięciem nie otwiera się przypadkowo, a ja nie zgubię gumki. Wiecie jak to jest - one same giną!
  • zeszyt do wszystkich przedmiotów, kalendarz
  • kodeks na zajęcia - tutaj akurat karny, ale czasem zamienia się miejscami z cywilnym ;-)
  • książka - ratunek przed zaśnięciem w autobusie czy na uczelni. Właśnie skończyłam czytać "Miłość i medycynę sądową" - całkiem niezły kryminał okołomedyczny z wątkiem romansowym.
  • okładka na dokumenty i portfel - buldog, którego dostałam od koleżanek po odejściu z pracy, miał powstrzymywać mnie przez zakupami, ale jakoś mu nie wychodzi... ;-)
  • gumy do żucia, chusteczki i miodowo-cytrynowy Strepsils - pozycje absolutnie obowiązkowe. Nie jestem lekomanką, ale zimą cierpię na przeziębienia, a latem wykańcza mnie klimatyzacja, więc coś na gardło muszę zawsze ze sobą mieć.
  • wsuwki
  • krem do rąk, balsam do ust i jakieś mazidło - zazwyczaj mazidło to po prostu to, z czym na ustach wychodzę rano z domu, ostatnio był to fioletowy lip lacquer z L'Oreal.
  • ulotka reklamująca Dni Opola i stare bilety PKP do Krakowa ;-)
  • zapasowe długopisy
  • telefon i mp4 - nie wyjdę z domu, nie mając ich ze sobą. Albo wyjdę, ale po kilku minutach po nie wrócę. Nie jestem w stanie funkcjonować bez telefonu i muzyki i nie planuję iść na odwyk, nawet nie próbujcie mnie wysyłać!


Wydaje mi się, że zawartość jest całkiem przyzwoita i jednocześnie przewidywalna. Jak widzicie - nie noszę ze sobą kosmetyczki, w torebce nawet nie mam pudru. Na szczęście podkład Lily Lolo z pudrem Kryolan daje mi 7-10 godzin spokoju... Teraz Wasza kolej - co dźwigacie ze sobą na co dzień? ;-)

niedziela, 20 kwietnia 2014

MAKIJAŻ | GATES OF EVERGREEN

zdj. w naturalnym świetle dziennym

Witajcie!

Mój makijaż ostatnio trudno było w ogóle nazwać makijażem - albo rezygnowałam z niego zupełnie, albo składał się tylko z podkładu, pudru, bronzera i tuszu do rzęs. Już nawet nie chce mi się wspominać o tym, że cera znów daje mi popalić, a ja nie mam już siły nakładać kolejnych warstw korektora. Zresztą, on tej kaszki wcale nie ukrywa...
Urządziłam sobie makijażową abstynencję, a paletka Garden of Eden leżała sobie w koszyku, wołając cicho co jakiś czas "no użyj mnie, jestem taka ładna, tak Ci się podobałam, a mnie nie ruszasz! No weź mnie, wybierz mnie!". No to wczoraj, korzystając z chwili wolnego, wyłowiłam ją z koszyka i zmalowałam to, co możecie już zobaczyć na zdjęciu obok. To nie moja autorska propozycja kolorystyczna - podobną, jeśli nie taką samą kompozycję z użyciem paletki Garden of Eden widziałam gdzieś w internecie - dostosowałam ją troszkę do swoich potrzeb, nieco zmodyfikowałam i oto, co wyszło. Dziwnym trafem, ilekroć sięgam właśnie po tę paletę Sleeka, wychodzi mi coś cięższego niż klasyczny dzienniak. No, ale dla mnie to wciąż makijaż na dzień, więc... ;-) Ba! Nawet wczoraj na święceniu ksiądz się mnie nie wystraszył, więc chyba nie jest źle. Co prawda jakaś kobieta upuściła koszyk i jej święconka wylądowała na podłodze, ale to nie przeze mnie. Prawda? ;-)

Zdjęcia zrobiłam jakieś dwie, może trzy godziny po zrobieniu makijażu, a w dodatku dalej nie okiełznałam lampy, więc są jakie są - wybaczcie.


Cienie na bazie Inglot to od zewnętrznego kącika: Forbidden, Python, Paradise on Earth, Gates of Eden i Evergreen, na dolnej powiece Python i Gates of Eden. Brwi podkreśliłam ciemnym brązem z duo cieni Bell, do tego kreska eyelinerem żelowym z Essence (on też na linii wodnej), a na rzęsach mam po warstwie Benefit - They're real i zielonej maskary Wibo. Podkład to oczywiście Pharmaceris w odcieniu Ivory (mam wrażenie, że nawet on jest dla mnie nieco zbyt ciemny...), puder matujący Kryolan, do tego bronzer w7 Honolulu, odrobina różu Bubblegum od MUA i rozświetlacz Essence LE Breaking Down. Na ustach szminka w kolorze baby pink z MUA (na żywo dużo delikatniejsza, niż na zdjęciach).


Czułam się w nim zaskakująco dobrze, ale teraz jak patrzę na zdjęcia, to się tylko irytuję - na żywo makijaż naprawdę wyglądał fajnie, a na zdjęciach... Ech. Przyspieszony kurs fotografowania makijażu naprawdę pilnie potrzebny! ;-)

Mam nadzieję, że spędzacie Święta przyjemnie, nie liczycie kalorii, a Zając dotarł do Was objuczony jak wielbłąd :D Mój niestety utknął gdzieś na poczcie - wiem, że paczki są w Opolu, ale już niestety nikt nie pofatygował się, by dostarczyć mi je do domu. Pozostaje mi mieć nadzieję, że po świętach dotrą i nie zmienią w międzyczasie właściciela... Za to Wy zrobiliście mi bardzo miły prezent - tylko dziesięciu osób brakuje do 300 obsów, wow! Czy to znak, że powinnam szykować dla Was jakiś prezent na dwa latka blogowania? ;-)

czwartek, 17 kwietnia 2014

CZTERY PORY ROKU | LETNIE KREMY DO RĄK*


Witajcie!

Wiem, do lata jeszcze kawałek - pewnie żadna z Was jeszcze nie myśli o specjalnych kosmetykach na tę porę roku. Ja też bym nie myślała, gdyby nie paczka od Czterech Pór Roku, w której znalazły się m.in. dwa kremy do rąk - o właściwościach antyseptycznych i antyperspiracyjnych. Sama nie mam takich problemów z dłońmi, natomiast natychmiast pomyślałam o dwóch członkach mojej rodziny, którym tego typu kosmetyk mógłby się dużo bardziej przydać niż mnie. Do testów zaprosiłam babcię i dziadka, dlatego to właśnie ich opinie - zredagowane przeze mnie - przeczytacie dzisiaj ;-)


Krem do rąk o właściwościach antyseptycznych reklamowany jest przez producenta jako produkt dla osób o skórze skłonnej do podrażnień, szczególnie polecamy alergikom, osobom ze skłonnościami do zaczerwień i rogowacenia naskórka, a także w przypadku wszelkiego rodzaju otarć czy zadrapań, gdyż przyspiesza on proces naturalnej regeneracji. 
Do testów przekazałam go dziadkowi - przechodzi chemioterapię i w związku z nią skóra jego dłoni jest niesamowicie wyschnięta i popękana, błyskawicznie tworzą się na niej płytkie, ale bolesne ranki. Długo używał kremu Nivea Soft, ale zaczął przeszkadzać mu zapach - jeśli macie w rodzinie rakowców pewnie wiecie, że w czasie chemioterapii chorzy są bardzo wrażliwi na najdelikatniejsze zapachy i smaki. 

Byłam bardzo ciekawa, co dziadek powie na temat propozycji Czterech Pór Roku - okazało się, że krem z kurkumą, szałwią, masłem shea i olejkiem z drzewa herbacianego w dwa tygodnie stał się jego ulubieńcem. Przede wszystkim - delikatny zapach nie męczył go, nie uprzykrzał używania, przez co regularne wcieranie w dłonie przyniosło oczekiwane efekty. Dłonie odzyskały odpowiedni poziom nawilżenia, stały się miękkie. Suche skórki zniknęły, spękania i ranki zabliźniły się, nie pojawiają się nowe.


Krem do rąk o właściwościach antyperspiracyjnych podsunęłam babci - uznałam, że krem opisywany jako kosmetyk, który dzięki specjalnie dobranym naturalnym składnikom zmniejsza pocenie dłoni, pozostawiając je suche i i przyjemnie schłodzone (...) szczególnie polecany jest latem, dla osób ze skłonnością do nadmiernego pocenia, gdyż zapewnia długotrwałe uczucie przyjemnego odświeżenia, jednocześnie przynosząc ulgę podrażnionej skórze będzie idealny właśnie dla niej - ze względu na tuszę bardzo się poci, a to oczywiście wywołuje dyskomfort i zawstydzenie, zwłaszcza w większej grupie ludzi. Babcia również miała problemy z odpowiednim nawilżeniem dłoni - suche skórki były dla niej codziennością.

Były - bo dziś nie ma powodów do narzekań. Krem z szałwią i mentolem lekko ograniczył pocenie się dłoni (chociaż jak na razie nie zniwelował problemu) i przywrócił im pożądaną miękkość i delikatność - czyli cel osiągnięty ;-)


na górze: krem antyseptyczny
na dole: krem antyperspiracyjny
"Testerzy" wskazali też na wspólne cechy obydwóch kremów - lekką, chociaż różną w obu przypadkach, konsystencję - to możecie zaobserwować na zdjęciu wyżej, przyjemny, niedrażniący zapach i szybkie wchłanianie, brak tłustej powłoczki po aplikacji. Poza tym docenili także wydajność i brak efektów ubocznych (alergii, podrażnień), a szczególnie zachwyceni byli oczywiście działaniem. Oboje znaleźli też jeden podstawowy minus: Ewa, ale gdzie my je mamy kupić, jak się skończą? Nigdzie ich nie widzieliśmy! - myślę jednak, że ten aspekt to nie poważny problem. Kremy do rąk z tej linii już są albo niebawem pojawią się m.in. w Rossmanie ;-)

Tym sposobem mini-saga o pielęgnacji dłoni została rozpoczęta - z czasem opowiem Wam jeszcze o kilku innych produktach, które troszczą się o przyzwoity wygląd moich (i nie tylko) rąk. ;-) Znacie kremy z letniej linii Czterech Pór Roku? Jakie macie z nimi doświadczenia?

wtorek, 15 kwietnia 2014

PAZNOKCIE | WIBO CANDY SHOP 1

 

 Witajcie!

Co powiecie na to, bym w taką paskudną pogodę zabrała Was do sklepu ze słodyczami? Co prawda do wyboru są tylko cztery smakołyki, ale za to jakie ;-)

W ofercie naszej rodzimej firmy Wibo pojawiły się ostatnio nowe lakiery w linii nazwanej Candy Shop - do wyboru mamy cztery lakiery dające efekt piasku: brzoskwinię, róż, fiolet i lila. Po zobaczeniu pierwszych swatchy wiedziałam, że do mojej kolekcji musi trafić odcień numer 1.

Wbrew pozorom to nie jakiś niepozorny maluszek - prostokątna buteleczka mieści 8.5 ml emalii, pędzelek jest średniej grubości, dobrze przycięty i fajnie leży w dłoni, a kosztuje tylko ok. 6 zł.

Konsystencja lakieru jest idealna - odpowiednio lejąca, a zarazem na tyle gęsta, żeby emalia kryła po dwóch, cienkich warstwach. Nowy lakiery Wibo schnie szybko - nałożenie dwóch warstw i ich wysychanie łącznie trwa nie dłużej, niż 20 minut. Efekt piasku nie jest do końca taki jak lubię - to nie gruboziarnisty piasek z brokatowymi drobinami, do jakiego przyzwyczaiło nas p2 czy OPI, to bardziej efekt cukrowej posypki jak w lakierach Barry M czy Golden Rose Holiday. Co za tym idzie, matowa powierzchnia jest dużo bardziej gładka i nie zaciąga ubrań czy rajstop. ;-) Trudno mi w tej chwili powiedzieć coś o trwałości, bo noszę go na paznokciach dopiero dwa dni, ale piaski na moich paznokciach trzymają się długo, więc mam nadzieję, że i ten w tej kwestii nie zawiedzie. Zmywanie nie sprawia problemu - mój zielony zmywacz z Isany rozprawia się z cukrowymi drobinkami w mig! ;-)


Kolor jest trudny do określenia - to łososiowy róż z domieszką brzoskwini, w odpowiednim oświetleniu wręcz neonowy. To mój ulubiony kolor na wiosnę i lato, staram się go przemycać w makijażu, stroju lub na paznokciach - do tej pory robiłam to z pomocą lakieru p2 - happy bride, a teraz będę mogła mieszać go z tym cukiereczkiem z Wibo. Widzę w nim także podobieństwo do lakieru Oleski (peaches and cream) - tamten jest jednak bardziej różowy, brakuje mu pomarańczowych tonów.



Czaję się jeszcze na jasny fiolet z tej serii, ale jest ciągle wykupiony; mam nadzieję, że w końcu go gdzieś znajdę, bo wygląda przeuroczo - podobnie jak numerek 1. Która z Was ma ochotę na takiego cukiereczka? A może wolicie inne kolory z serii?

PS. A jeśli ciekawi Was, jakim cudem tak szybko uporałam się z moimi koszmarnymi skórkami i zadziorami, które widzieliście ostatnio - zapraszam niebawem, bo poopowiadam Wam o pielęgnacji dłoni. ;-)

niedziela, 13 kwietnia 2014

PAZNOKCIE | ROSES&DOTS

Witajcie!

Ile razy pokazywałam Wam już róże? Kropki już też tu widzieliście... No to najwyższy czas je połączyć (czyżby też po raz kolejny?)! Chociaż tak naprawdę te zdjęcia nie powinny nawet ujrzeć światła dziennego... No, ale to umówmy się, że nie zwrócicie uwagi na koszmarne skórki i ranki, okej? To pokazuję!


A całemu zdobieniu winne są naklejki z Born Pretty Store - obecnie nie ma ich w sprzedaży, ale gdyby się pojawiły i miałybyście na nie ochotę - po prawej stronie, w pasku bocznym, znajdziecie kupon zniżkowy - EWX31 ;-) Tutaj znajdziecie naklejki wodne, ale kategoria nail art kryje dużo więcej wspaniałości - można zatracić się w oglądaniu na długo!

Naklejki dotarły do mnie zapakowane w folię i tekturkę, a sam arkusz przykryty był oczywiście warstwą folii, którą przez zamoczeniem trzeba było zdjąć. Z tyłu owej tekturki znajduje się instrukcja obsługi, ale ja się jej nigdy nie trzymam - wycinam wybrany wzór, moczę, zsuwam palcem z kartonika i nakładam na wyschnięty lakier, po czym osuszam chusteczką i nakładam top. Nie wyobrażam sobie suszenia lakieru suszarką, jak sugeruje producent. No, chyba, że w Chinach czy innym dalekim kraju są specjalne suszarki do paznokci ;-)

Same wzory są naprawdę precyzyjne i dobrej jakości - nie doszukałam się jakichś rozmazanych pikseli, a pod wpływem topu też nic złego się z nimi nie dzieje (dla zainteresowanych: używam Sally Hansen Insta Dri). Naklejki zmywają się bez problemu, nie ma mowy o żadnym zdrapywaniu, piłowaniu i innych szaleństwach. 

Bogaty wybór wzorów, niska cena i łatwość obsługi sprawia, że zdobienie paznokci z użyciem naklejek wodnych jest chyba jedną z moich ulubionych metod - idealnie sprawdza się wtedy, gdy nie mam czasu i ochoty na zabawę z farbkami akrylowymi. ;-)


A Wy lubicie naklejki wodne czy może jednak jesteście zwolenniczkami klasycznego zdobienia lakierami? ;-)

środa, 9 kwietnia 2014

NA GORĄCO | REKLAMA BS KANDYDATEM DO CHAMLETA?

Witajcie!

Nie, nie, w tytule nie ma błędu - Chamlety to nagrody przyznawane za najgorsze reklamy. Zgłoszone propozycje dzieli się na pięć kategorii: reklama drukowana, telewizyjna, internetowa i społeczno-polityczna oraz program communication design. Wbrew pozorom, to nie jakaś malutka akcja - w jury zasiadają naukowcy i specjaliści w tej dziedzinie. W zeszłym roku byli to: prof. Michael Fleischer (Uniwersytet Wrocławski), prof. Grażyna Habrajska (Uniwersytet Łódzki), prof. Alosza Awdiejew (Uniwersytet Jagielloński), dr Michał Grech (Uniwersytet Wrocławski), Dirk Henkelmann dyrektor kreatywny agencji dundp, były dyrektor kreatywny agencji TBWA\ Berlin oraz mgr Mariusz Wszołek (Uniwersytet Wrocławski).

Zeszłoroczni zwycięzcy to m.in.:



Już wiecie, o czym będzie post, prawda? ;-)
Kilkanaście godzin temu w sieci zawrzało - w naszym kosmetycznym światku wyrósł kandydat do tytułu "Najgorszej reklamy roku". Osoba odpowiedzialna za mailing w firmie Bingo Spa wypuściła w świat taką oto reklamę:


Oczywiście natychmiast znalazło się grono fanów broniących interpretacji - najbardziej rozłożyła mnie na łopatki dziewczyna pisząca, że to przecież służący (a to widać po ubiorze), który oferuje swojej pani maski, kremy, etc. do wieczornej pielęgnacji i jak my w ogóle możemy zarzucać firmie coś takiego?!  

Na szczęście większość odbiorców zareagowała podobnie jak ja - serdecznym what the hell?! (no, powiedzmy, że właśnie tym...) wymalowanym na twarzy. Świadczą o tym chociażby komentarze oburzonych klientek na fanpage marki - nie zostawiają na firmie suchej nitki. Nie rozumiem wpisów w stylu: musiałam zdezynfekować wannę w miejscu, gdzie stoi Wasz żel!, ale te wyrażające dezaprobatę dla praktyk reklamowych firmy w pełni popieram - bez trudu można dotrzeć nie tylko do tej reklamy, ale i do innych:


Oglądam, czytam i nabieram wątpliwości, czy mamy do czynienia jeszcze z reklamą firmy kosmetycznej czy już z reklamą przybytku uciech wszelakich, w dodatku podszytą rasizmem. Bo dla mnie kolagen nie równa się z roznegliżowaną panią, a na słowo "czekolada" kojarzę nie kobietę o ciemniejszej karnacji, a tabliczkę dobrej Milki...

Jedynym plusem całej tej akcji jest fakt, iż rozgorzała dyskusja na temat granic w reklamie i posuwania się do argumentów erotycznych w promocji. Co ciekawe, wypowiadają się nie tylko kobiety - choćby na fanpage Króliczka Doświadczalnego znajdziecie wypowiedzi mężczyzn, którym przekaz reklamy również się nie podoba. Na koniec przytoczę jedną wypowiedź właśnie z tej dyskusji - Alicja Make Up napisała:
A - zauważcie, że za tę rozkosz na twarzy musicie zapłacić. W jakiej więc roli występuje marka według pomysłodawcy tej reklamy?
No właśnie.

Co sądzicie o tej reklamie? A może znacie inne przykłady równie "wysublimowanych i trafnych" pomysłów marketingowców?

wtorek, 8 kwietnia 2014

PAZNOKCIE | PEACH PANTHER

Witajcie!

Pokazywałam Wam jakiś czas temu, jeszcze na kwadratowych paznokciach, wersję Pink Panther - teraz, gdy patrzę na wykonanie tego zdobienia, na twarzy maluje mi się takie oh, God. No, ale człowiek uczy się na błędach  - dziś prezentuję Wam kolejną odsłonę panterkowego zdobienia - to chyba mój ulubiony motyw na paznokciach ;-)


Uwaga - news. Nie podoba mi się na moich paznokciach efekt holo. Tak, na czyichś paznokciach jestem zachwycona, bo pięknie się mienią tęczowo i błyszczą, ale na moich dłoniach... Nie, jakoś to do mnie nie przemawia. Próbowałam holo topu, próbowałam różnych holo lakierów z Colour Alike, ale polubiłam tylko jeden egzemplarz - Szarą Migotkę. Nie wiedziałam jednak, z czym ją połączyć. Z pomocą przyszedł post u Amethyst - Patrycja zaproponowała holo w połączeniu z miętą, a ja postawiłam na brzoskwiniowy róż - Peaches and Cream by Oleska z blogerskiej kolekcji Wibo.




Wyszło słodko, ale taka cukierkowa holo panterka bardzo mi się spodobała i będę ją powtarzać w innych kombinacjach kolorystycznych ;-) Co prawda to zdobienie nosiłam tylko dwa dni, bo chciałam zdążyć ze zrobieniem wzoru na Światowy Dzień Choroby Parkinsona dla Nailpolis, ale o nim opowiem Wam następnym razem - 10.04, czyli w czwartek ;-)


niedziela, 6 kwietnia 2014

PAZNOKCIE | FORGET ME NOT

Witajcie!

Usiadłam sobie wczoraj i korzystając z wolnego dnia zarządziłam paznokciom mini-spa. W ruch poszły nowości od Czterech Pór Roku, pilniki i polerka, w końcu odżywka i krem. Doszłam jednak do wniosku, że nie chcę spędzić kolejnego tygodnia z niepomalowanymi paznokciami, więc pogrzebałam w pudle z lakierami i znalazłam podszyty niebieskością fiolet (a może podszytą fioletem niebieskość?), którą kiedyś bardzo lubiłam, a której z niewiadomych przyczyn przestałam używać - lakier Essence 125 Absolutely blue.


Nałożyłam dwie warstwy, poczekałam aż wyschnie (w międzyczasie oglądając stare odcinki X Factora :D) i cóż - było ładnie, ale to nie było to. Czegoś mi brakowało. Sięgnęłam więc do koszyczka z ozdobami i wyciągnęłam płytkę no name z (między innymi) drobnymi kwiatuszkami. Stwierdziłam, że co mi tam - spróbuję. No to spróbowałam. Niestety, mój stempel koło tych dobrych nawet nie leżał, więc kwiatuszki były lekko rozmazane, lekko blade - takie nijakie. Uznałam jednak, że nie ma co się poddawać - poprawiłam kwiatki ręcznie przy użyciu pędzla i białego lakieru, dodałam trochę złotych wywijasów, a efekt końcowy... Sami zobaczcie ;-)





Jak podoba Wam się moje pierwsze podejście do prawie-stemplowania? :D Ja nie jestem do końca zadowolona, ale nie poddaję się i będę stemplować dalej - tylko najpierw muszę zorganizować sobie jakiś lepszy stempel ;-)

czwartek, 3 kwietnia 2014

MAYBELLINE | 14HR LIPSTICK INFINITELY FUSCHIA & STAY WITH ME CORAL

Witajcie!

Dziewczyny - jaka powinna być szminka idealna? No, śmiało? Dobrze napigmentowana, kryjąca, o pięknym kolorze. Coś jeszcze? No tak, nie wysuszająca ust i trwała. Do tego jakby ładnie pachniała i była w miarę tania to już w ogóle pięknie, prawda? No to mam dla Was całkiem ciekawą propozycję, spełniającą wszystkie te kryteria - szminki Maybelline SuperStay 14hr. 


Dzięki Asi trafiły do mnie dwa odcienie - Infinitely Fuschia (160) i Stay with me Coral (430) - oczywiście nie zaskakuje mnie już to, że na stronie Maybelline takich kolorów... nie ma. W sprzedaży za to są, wg producenta w 20 odcieniach, z czego w Polsce dostępnych jest bodajże 10. Cena za 3,3 grama to ok. 30zł / 7Ł.


Opakowania są lekkie, plastikowe, ale w czasie używania nie pękają. Zamykanie na klik oczywiście upewnia nas, że kosmetyk zamknęłyśmy, a przezroczysty dół opakowania oraz naklejka z nazwą i numerem koloru ułatwia znalezienie ich wśród innych. Wyglądają odrobinę tanio, ale nie mam im tego za złe - liczy się przecież zawartość.

Kolory zostały lepiej oddane na zdjęciach ust.
Oba kolory są dobrze napigmentowane, przez co trzeba niezwykle uważać przy nakładaniu. Dobrze jest użyć pędzelka i koniecznie malować się przed lusterkiem - no, chyba, że chcemy efektu a'la Miranda Sings, to okej. Konsystencja szminek jest dość zbita, nie suną po ustach tak gładko, jak szminki nawilżające. Gdy wyschną, nie odbijają się na ubraniu czy kubkach, nie rozlewają poza kontur ust i schodzą równomiernie, a podczas demakijażu trzeba się troszkę napracować, bo jakby wpijają się w usta.

Pomadki są idealnie matowe, nie ma mowy o nachalnych drobinkach czy nieestetycznym połysku, dlatego trzeba nakładać je na dobrze przygotowane usta. Nie wysuszają (no, chyba, że używamy ich codziennie), ale lubią podkreślić suche skórki - dlatego tak ważne jest nawilżenie ust przed ich malowaniem. Jedyny aspekt, w którym producent minął się z prawdą, to trwałość. Obiecywane 14 godzin to moim zdaniem pic na wodę, fotomontaż. Na pewno są trwalsze niż inne produkty do ust, ale oceniłabym ich możliwości na 8 godzin z drobnymi poprawkami po jedzeniu.

Połysk to wina lampy ;-)
Infinitely Fuchsia to po prostu czysta, intensywna fuksja - mocny róż z domieszką fioletu. Przypomina mi nieco szminkę Kate Moss dla Rimmela w odcieniu 20, o której pisałam tutaj, chociaż jest od niej mniej fioletowa. Pachnie słodko i owocowo, w zapachu nie wyczuwam chemicznego aromatu, ale zapach malinowej mamby czuć tylko w sztyfcie.


Stay with me Coral to coś pomiędzy czerwienią a pomarańczą, z przewagą tych pierwszych nut kolorystycznych - daleko mu do koralu, jaki lubię, czyli mieszanki różu i pomarańczy. Zapach owoców, który czuć w sztyfcie podbity jest chemicznym aromatem, dużo bardziej wyczuwalnym niż w przypadku wersji fuksjowej. 

Z uwagi na kolor częściej sięgam po Infinitely Fuschia - a Wam który odcień bardziej się podoba? Przy najbliższej okazji w drogerii przyjrzę się, czy są dostępne jakieś inne, fajne kolory - co prawda zapas szminek wystarczy mi na długie lata, ale dobrze wiedzieć, co w trawie piszczy ;-)

Na koniec oczywiście po raz kolejny dziękuję Asi za przesyłkę - będę Ci robić za to śniadania przez cały tydzień! ♥, natomiast za pomoc w przygotowaniu zdjęć szminek w akcji dziękuję Ewelinie - sama bym pewnie męczyła się z tym dużo dłużej ;-)