piątek, 30 maja 2014

INGRID | WODA TOALETOWA LOVE STORY: MEMORIES*


Witajcie!

Od niespełna roku moim ulubieńcem w kategorii pachnideł jest zapach Our Moment - niestety, bardzo to widać po ubytkach we flakonie. Ostatnio miałam ochotę na jakąś zmianę, poznanie nowego zapachu, więc gdy nadarzyła się okazja i dostałam propozycję współpracy od firmy Verona, wybrałam m.in. wodę toaletową z serii Love Story. Oprócz wariantu Memories, o którym traktuje dzisiejszy post, dostępne są jeszcze Kisses i Dreams, każdy w innym kolorze kartonowego opakowania i o innej kombinacji nut zapachowych - w Kisses znajdziemy nuty śliwki, mandarynki, róży, lilii i jaśminu na piżmowo-mszanej bazie, natomiast w Dreams - róży, jagód, moreli, jaśminu, fiołków, aromatu drzewnego na bazie piżmowo-waniliowej.


Część dotyczącą zapachu Memories zacznę jednak od opisania aspektów wizualnych i technicznych ;-) Estetyka opakowania i prostokątnego, dość ciężkiego flakonu jest spójna, lekko romantyczna, trochę figlarna - srebrne opakowanie dobrze komponuje się z czarną koronką i bladoróżową wodą. Nie zdecydowałabym się wrzucić tego flakonu do torebki, ale nie z obawy o to, że się potłucze - szkło jest grube i solidne, natomiast zatyczka nieco niestabilna - nie wiem, czy to tylko w moim egzemplarzu, czy we wszystkich.
Opakowanie mieści 50 ml i kosztuje 19 zł, co, przyznacie, jest całkiem niezłą proporcją. Minusem jest dostępność - produktów marki Verona/Ingrid nigdy nie widziałam stacjonarnie.


"Love Story Memories łączy w sobie delikatność a jednocześnie intensywność, przywodząc na myśl piękne wspomnienia. Świeży i subtelny aromat nadaje szyku i elegancji. Jest słodki, kwiatowo-owocowy, z piżmowym akcentem. W nucie głowy dominuje brzoskwinia i grapefruit, w nucie serca malina, jaśmin i fiołek, zaś w nucie głowy* białe piżmo i bursztyn."
W katalogu produktów marki Verona/Ingrid, przy zapachu Memories znajdziemy właśnie taki opis nut zapachowych. Domyślam się, że wkradł się błąd i białe piżmo i bursztyn to nuty głębi, ale nie chcę ingerować w to, co napisał sam producent. Mogę tylko ocenić, czy moje zmysły zostały tą kombinacją zapachową zaspokojone. 

Gdy porównałam wszystkie trzy zestawy aromatów w tej serii, uznałam, że najbardziej 'mój' będzie właśnie Memories - skusiły mnie brzoskwiniowe i malinowe nuty, które w moim wyobrażeniu były słodkie i otulające, a kwiatowe oraz grapefruitowe miały dodawać lekkości. Przy pierwszym kontakcie z tą wodą toaletową aż mnie odrzuciło - wyczuwałam tylko chamski odór alkoholu, a wspomnianych owocowych nut można było ze świeczką szukać. Na szczęście kolejne podejścia wypadły lepiej i śmiało psikałam się tym kosmetykiem, odnotowując co następuje: tuż po wejściu w kontakt ze skórą na pierwszy plan wychodzą świeże, cytrusowe nuty (zapewne za sprawą grapefruita w nucie głowy), brzoskwinia i malina stają się wyczuwalne dopiero po chwili, jakby w drugiej fazie rozkwitu zapachu, łącząc się subtelnie z kwiatowymi aromatami. Ten etap nie do końca przypadł mi do gustu - u mnie budzi negatywne skojarzenia, ale moja mama uznała tę właśnie fazę za najlepszą zapachowo; gdybym odcięła się od obrazów, które w tym czasie przywołuje zapach, pewnie również uznałabym go za ładny. W trzeciej fazie, utrzymującej się na skórze najdłużej, łączą się nuty kwiatowe i ciepłe, otulające - zapewne właśnie te piżmowo-bursztynowe, które podobają mi się najbardziej.

Poprawcie mnie, jeśli się mylę (specjalistką od zapachów i perfum nie jestem), ale woda toaletowa charakteryzuje się raczej krótką trwałością, jeśli chodzi o 'noszenie' na skórze. Nie inaczej jest w przypadku Memories - po 3, 4 godzinach wypadałoby dołożyć kilka kolejnych psiknięć. Na ubraniach czy chustach, apaszkach, zapach utrzymuje się dłużej.

Podsumowując - zapach nie spełnił do końca moich oczekiwań, ale mimo wszystko przyznaję, że jest ładny. No właśnie - tylko ładny; nie na tyle zachwycający czy unikatowy, żebym rozpaczała, widząc ubytek we flakonie. Powiedziałabym, że po prostu adekwatny do przyjemnie niskiej ceny - taki zwykły 'psikacz' na dzień, w sam raz na wiosnę i lato. ;-)

A Wy, po jakie zapachy teraz sięgacie? ;-)

wtorek, 27 maja 2014

WYDARZENIE | BEAUTY LUNCH


Witajcie!

W minioną niedzielę, 25.05, wybrałam się do Katowic na zorganizowany przez Siostry Ksero - Anię i Asię - Beauty Lunch. Oczywiście, jak to nadgorliwy kot, wybrałam się stosownie wcześniej - no bo co, jeśli nie trafię, pociąg się spóźni, trzeba będzie pomóc, etc. Okazało się jednak, że mapka przygotowana przez Dziewczyny była tak profesjonalna, że z dworca do Bob Klub Cafe, miejsca naszego spotkania, trafiłam błyskawicznie i bezproblemowo. A potem było już tylko lepiej - zapraszam na relację!


fot. http://pedzlem-malowane.blogspot.com/
Po uroczych Organizatorkach wcale nie było widać stresu, chociaż wiem, że to były tylko pozory - przywitały nas co prawda nie chlebem i solą, a uśmiechem i przypinkami, ale to chyba nawet cenniejsze ;-) Na stół wjechały napoje, a gdy zebrały się wszystkie dziewczyny, zaczęła się część oficjalna spotkania. Pani Magda Wróbel, reprezentująca firmę Couleur Caramel opowiedziała nam o marce, produkującej kosmetyki w stu procentach naturalne, a dociekliwość niektórych dziewczyn (pozdrawiam Cię, Kasiu!) zaskoczyła nawet panią Magdę. W międzyczasie Ewelina, blogerka i wizażystka, zaprezentowała na Oli makijaż przy użyciu kosmetyków wspomnianej marki.

fot. http://pedzlem-malowane.blogspot.com/
fot. http://pedzlem-malowane.blogspot.com
Później nastąpiła klasyczna część każdego spotkania blogerek - wymianka. W tym miejscu dziękuję mojej imienniczce, Ewie, za to, że pozwoliła mi przygarnąć swoje lakiery ; * 

Dzięki FoodPandzie nasz wielki stół wręcz uginał się od przepysznej pizzy, dla której zrobiłam sobie cheat day, a i kawa czy drinki nie były problemem. To już mogłaby być pełnia szczęścia, ale nie! Big Baba Cupcakes zafundowała nam wspaniały tort waniliowo-malinowy, którego wjazd na stół wywołał chóralne 'wow!'. Po jednym kawałku myślałam, że się już nie wytoczę ze swojego kącika! ;-)
W międzyczasie okazało się również, że Ania może sobie do CV wpisać nie tylko organizację imprez, ale i talenty rzeźnicze!

fot. http://www.asiablog.pl/
fot. http://www.sophieczerymoja.pl
Na koniec oczywiście obowiązkowe zdjęcia grupowe (przy których okazało się, że łatwiej przestawić śmietnik, niż stadko blogerek!), paznokciowe, siostrzane i inne - na tym zakończyła się oficjalna część imprezy, która płynnie przeszła w nieoficjalną, ale to już nie temat na post... ;-)

fot. http://www.asiablog.pl/
fot. http://www.asiablog.pl/ 

FoodPanda zadbała o nasze brzuszki, a o rozpieszczenie dłoni, ciała, ozdobienie paznokci i uzupełnienie zapasów kolorówki zadbały inne firmy m.in. Paese, Promoto-Promoto, Smart Girls Get More czy Cztery Pory Roku, którym pięknie dziękujemy!


Na koniec oczywiście podziękowania - przede wszystkim należą się Ani i Asi ♥ Dziewczyny, dopięłyście wszystko na ostatni guzik - na tak idealnie przygotowanym spotkaniu jeszcze nie byłam i głośno domagam się edycji drugiej! Może jesiennej? ;-) Medal mojego superbohatera dostaje Ola ♥, za uratowanie mojej pizzy i nawet oślinione koraliki zrzucane mi na nogi, a wielkiego buziaka posyłam w stronę wszystkich uczestniczek spotkania! Po raz kolejny okazało się, że śląskie blogerki są przesympatyczne, otwarte i żadna nie zjadła mnie ani w całości, ani przy użyciu noża i widelca - może dlatego, że była pizza :D! ♥

fot. http://www.asiablog.pl/

czwartek, 22 maja 2014

E.L.F. | CONTOURING BLUSH & BRONZER ST. LUCIA


Witajcie!

Bohater dzisiejszego posta dotarł do mnie w kartoniku, w paczce pełnej dobroci od Asi. Chyba miała dość mojego marudzenia, że nie umiem dojść do porozumienia z różami i nie są widoczne na mojej twarzy. Sprezentowała mi duo (o którym też sama pisała), które miało rozwiązać ten problem. Jak myślicie, udało się? ;-)



Zacznę jednak od tego, że solidne, matowe opakowanie mieści 8g różu i bronzera oraz duże lusterko. Czarny mat łatwo się brudzi, bo oba sprasowane, drobno zmielone kosmetyki lubią pylić, ale mimo to na opakowanie nie ma co narzekać, bo skoro przetrwało podróż z Anglii do mojej kosmetyczki... ;-)

Duo E.L.F. zdecydowanie wymaga delikatnego traktowania - nie tylko dlatego, że pyli, ale też dlatego, że i róż, i bronzer są intensywnie napigmentowane, róż nieco mniej. Nie polecam używać do nich zbitego pędzla, jak Hakuro H24, ale już Blush Brush z RT czy pędzle duo fiber dadzą sobie z tym duo radę. Przy zastosowaniu odpowiedniego pędzla kolor rozkłada się na policzkach równomiernie, nie tworząc plam. Intensywność można budować, dokładając kolejne warstwy. Trwałość oceniam na dość dobrą - po ok. 4-5 godzinach kolor blednie, lekko się ściera, ale wytrzymuje do wieczornego demakijażu.



Wydaje mi się, że zestawienie kolorów St. Lucii nie będzie pasowało tylko blondynkom o jasnej cerze - dla nich może być zbyt wyraziste. Mi pasuje, chociaż jestem blada ;-) Róż ma brudnoróżowy odcień z niewielką domieszką brzoskwini, a widoczne na zdjęciach drobinki nie rzucają się w oko na twarzy - dają tylko delikatny efekt naturalnego blasku, takie zdrowe glow;  bronzer natomiast jest idealnie brązowy - nie ma w nim pomarańczowych, rudych czy ceglastych tonów. Będzie idealny na lato, by uzyskać efekt "skóry muśniętej słońcem", bo do wyraźnego konturowania wolę Honolulu ;-)

Od Asi wiem, że regularna cena zestawu do konturowania to £3.95, więc zdecydowanie nie jest to suma rujnująca portfel, a bardzo adekwatna do tego przyjemnego duo. 


Próba pokazania efektu na policzku skończyła się jak widać powyżej ;-) Bronzer widać lepiej, bo wystarczy dosłownie muśnięcie pędzla, by go zaaplikować, natomiast róż jest słabiej widoczny, ale to mi odpowiada - nie lubię efektu matrioszki. Oko zmalowane paletką Sleek Vintage Romance, na ustach Baby Pink z MUA.

Macie swoje ulubione produkty do konturowania twarzy? Dajcie znać!

wtorek, 20 maja 2014

KOT W KUCHNI | SPAGHETTI Z SZYNKĄ I MLECZKIEM KOKOSOWYM

Witajcie!

Rany, jak dawno nie pojawił się żaden post z cyklu kulinarnych! Dosłownie dwa dni temu, przeglądając archiwum bloga i katalogując stare posty doszłam do wniosku, że czas odkurzyć dwie, zaniedbane serie - modową i kulinarną, dlatego dziś szybki przepis, do którego ilustrację odkurzyłam na dysku. ;-)

Jestem tym typem 'kucharza', który nie trzyma się ściśle przepisu - lubię modyfikować, dodawać swoje składniki i mieszać smaki, szukając idealnych, zaskakujących połączeń. W ten właśnie sposób - kombinując i dosypując na oko, doszłam do przepisu na spaghetti z szynką i mleczkiem kokosowym, który zaprezentuję Wam dzisiaj.



Składniki (na dwie porcje):
200 g makaronu do spaghetti
200 g mleczka kokosowego 
kilka plasterków szynki
½ małej papryki czerwonej 
¼ cebuli 
łyżka masła
½ szklanki startego sera żółtego
sól, pieprz, papryka, 1 suszona papryczka peperoncino

Przygotowanie jest banalnie proste! Zaczynamy od ugotowania makaronu zgodnie z instrukcją na opakowaniu, najlepiej smakuje al dente. Odcedzamy, odstawiamy na bok - czas zająć się sosem.
Na rozgrzanej patelni rozpuszczamy łyżkę masła, podsmażamy na złoto poszatkowaną cebulę i pokrojoną w paseczki szynkę. Dorzucamy pokrojoną w drobne paski paprykę i dusimy pod przykryciem przez ok. 5 minut. Następnie wlewamy mleko kokosowe, wsypujemy ser i mieszamy całość, aż lekko zgęstnieje. Przyprawiamy solą, pieprzem, papryką oraz pokruszoną papryczką peperoncino, po czym na patelnię wrzucamy odsączony makaron i całość mieszamy, by makaron pokrył się sosem.
Porcje makaronu wykładamy na talerze, dekorujemy kleksem pasty guacamole (z awokado) i kilkoma plastrami twardej gruszki - jej słodycz złagodzi pikantny smak sosu. 

Szybkie, proste, a jakie pyszne i sycące! ;-) 

Macie swoje ulubione przepisy na dania z makaronem? Podzielcie się!

niedziela, 18 maja 2014

PAZNOKCIE | IDEALNY LAKIER BABY BLUE? WIBO, COLOUR ALIKE, ZOYA, KOBO.

Witajcie!

Zgodnie z obietnicą spod poprzedniego postu przygotowałam dla Was porównanie lakierów, które mogłyby pretendować do tytułu idealnego baby blue. W komentarzach dałyście znać, że znalezienie takiego lakieru wcale nie należy do najprostszych zadań, dlatego chcę Wam troszkę ułatwić poszukiwania i zaprezentować 5 lakierów, które niewprawne oko mogłoby określić po prostu jako 'niebieskie', a które w porównaniu z innymi ukazują swoje miętowe, fioletowe czy szare oblicza.

W szranki stają (wszystkie lakiery były prezentowane na blogu, nazwy są podlinkowane):

Wibo Gel Like - Blue Lake
Q by Colour Alike - Miętus
Colour Alike - Drachetka
Zoya - Blu
Kobo - Lilac


Wibo Gel Like - Blue Lake: kolor stworzony przez Gosię z herself-and-i, należący do limitowanej edycji blogerskich lakierów marki Wibo. Charakterystyczna dla lakierów tej marki buteleczka mieści 8.5 ml emalii; puchaty pędzelek z długim uchwytem jest wygodny w obsłudze. Konsystencja dość gęsta, nie rozlewa się na skórki; do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy. W związku z tym, że była to edycja limitowana, obecnie nie jest już dostępna w sprzedaży, ale umieszczam ten lakier w zestawieniu, bo zapewne wiele z Was ma go w swoich zbiorach.

Q by Colour Alike - Miętus: pierwszy lakier marki Colour Alike, jak znalazł się w moich zbiorach. Podobnie jak poprzednik, niedostępny już w sprzedaży. Walcowata buteleczka mieści 8 ml lakieru, pędzelek jest wąski i długi, konsystencja podobnie gęsta. Kryje również po dwóch warstwach.

Colour Alike - Drachetka: lakier należy do kolekcji PZN, inspirowanej oczywiście Poznaniem. Nazwa oznacza latawiec ;-) Pojemność to również 8 ml, pędzelek jest krótszy niż w Miętusie. Konsystencja lejąca, łatwo o zalanie skórek. Do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy. Dostępny na stronie colorowo, tutaj.

Zoya - Blu: najdroższy z prezentowanych tu lakierów - emalie tej marki dostępne są tylko przez internet - np. na stronie Galerii Kosmetyk i na targach, za ok. 40 zł. Charakterystyczna dla marki buteleczka mieści aż 15 ml lakieru, pędzelek jest krótki, puchaty i poręczny. Konsystencja lejąca, ale kryjąca - dwie warstwy zapewniają idealny efekt bez smug.

Kobo - Lilac: buteleczka podobna do tych Colour Alike mieści 7.5 ml, co plasuje ten lakier na ostatnim miejscu, jeśli brać pod uwagę pojemność. Pędzelek jest krótki i jako jedyny z tych wszystkich - płaski. Konsystencja jest wyjątkowo lejąca, a do pełnego krycia potrzebne są aż trzy warstwy, które schną w nieskończoność.Wyróżnia się wyjątkową trwałością - bez topu utrzymuje się na paznokciach niemal tydzień.



Po spojrzeniu na buteleczki może się wydawać, że wszystkie te lakiery są takie same - dopiero umieszczenie ich na próbniku i zestawienie z innymi pozwala dostrzec różnice. Blue Lake i Miętus są niemalże identyczne - oba mają zielonkawe nuty, wpadają w miętę, przy czym Blue Lake jest nieco ciemniejszy; w buteleczce widać też niebieski shimmer, który jednak nie ujawnia się na paznokciach. Drachetka, która solo na paznokciach wydaje się być po prostu błękitna, w porównaniu z innymi lakierami jest... szara! W buteleczce również widoczny jest zielono-niebieski shimmer, który znika po nałożeniu na płytkę paznokcia czy próbnik (widać go na zdjęciu zbiorowym lakierów, pod lampą). Blu to idealnie kremowy, pastelowy, chłodny błękit - zdecydowanie najjaśniejszy i najbardziej baby blue, przynajmniej w moim odczuciu. Lilac to bardziej intensywny odcień błękitu, uzupełniony o fioletowe nuty - w porównaniu z nim inne lakiery wydają się być miętowe. 

Dla mnie idealnym lakierem baby blue okazała się Zoya - Blu, a czy Wy macie swój wymarzony pastelowy błękit? ;-)

Na koniec jeszcze słów kilka o gadżecie, który ułatwił mi prezentację całej piątki - wzorniku. Jakiś czas temu powiedziałabym, że jest mi zupełnie zbędny, a dzisiaj z przyjemnością sięgam po niego, gdy w moje ręce wpada nowa buteleczka lakieru, a nie mogę od razu pomalować nim paznokci ;-) Zresztą jak widzicie - jest w użyciu: swatche na dole to neonowe marmurki Lemaxa ;-)


Ten, który widzicie na górze, to wzornik w kształcie serca, dostępny w Born Pretty Store. Ma 21 'próbnych paznokci' i coś, za co wyjątkowo go polubiłam, a czego nie mają zwykłe, okrągłe wzorniki - uchwyt! Już nie muszę się martwić, że się zagapię i złapię za 'paznokieć' z mokrym lakierem ;-) Zwykły zmywacz nie zrobi mu 'krzywdy' - te plamy, które widzicie pod nazwami lakierów i matowe miejsca to efekt użycia zmywacza do hybryd - aceton i plastik nie lubią się zbytnio. Jeśli macie ochotę go wrzucić do koszyka, to obecnie jest w promocji, kosztuje 1.49$, a z moim kodem EWX31 dostaniecie 10% zniżki (a wysyłka jest darmowa!).

    czwartek, 15 maja 2014

    PAZNOKCIE | ELEGANT BLU


    Witajcie!

    Obiecywałam ostatnio Mentoskowi (:*), że już nie będę pokazywać Wam zdobień paznokci, ale chyba możemy troszkę przymknąć oko, jeśli w grę wchodzą naklejki wodne, prawda? To nie takie zdobienie, do którego trzeba mieć jakieś wybitne zdolności ;-)

    Baza do zdobienia (i inspiracja tytułu posta) to mój pierwszy lakier marki Zoya. Carter, którą kiedyś Wam pokazywałam należała do B. , a ta jest już zupełnie moja-najmojsza.
    Kiedy jakiś czas temu na Instagramie znalazłam zdjęcie Pshiiit i jej idealnie błękitnego lakieru z Diora, pomysł znalezienia podobnego zdominował wszystkie moje lakierowe zakupy i poszukiwania. Długo szukałam odpowiedniego, bo a to kolor nie taki, a to shimmer, a to coś innego. Myślałam, że dobrym odpowiednikiem mogłaby być Drachetka z Colorowo, ale okazało się, że to nie to - jest minimalnie za ciemna. Dajcie znać, jeśli zainteresowane byłybyście porównaniem tych dwóch lakierów! Dopiero na stronie Galerii Kosmetyk natrafiłam na mój idealny baby blue - Zoya Blu.

    Na początku pewne problemy sprawiała mi dość lejąca konsystencja, ale szybko się do niej przyzwyczaiłam, bo w połączeniu z wygodnym, puchatym pędzelkiem jest w sam raz. Lakier kryje po dwóch warstwach i schnie dość szybko na średni połysk (na zdjęciach pokryty topem). Trwałość nie pozostawia pola do narzekań - u mnie wytrzymuje 3-4 w nienaruszonym stanie, a że zmywa się bez problemów, to na moich paznokciach ląduje często.


    Nie chciałam przesadzać z ozdabianiem lakieru i ukrywać jego uroku, więc dodałam do niego tylko ćwieki i proste, eleganckie zawijasy - naklejki wodne z Born Pretty Store. Za cały arkusz z różnymi rozmiarami swirli zapłacicie w tej chwili 0.99$ tutaj. Do tego zdobienia połączyłam je w pary, ale wykorzystywałam je też solo, na tropikalnym gradiencie - zobaczycie to tutaj.

    Akurat te naklejki wodne różnią się od wszystkich przeze mnie dotychczas używanych jedną cechą - nie są przykryte folią. Nie wpływa to jednak na ich użytkowanie, a dłuższe przechowywanie ich w foliowym opakowaniu, w którym są dostarczane nie poskutkowało zniszczeniem wzoru czy innymi uszczerbkami. Piksele się nie rozjeżdżają, wzór nie rozmywa pod wpływem topu - po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że ta metoda zdobienia paznokci należy do moich ulubionych.

    Jeśli macie ochotę na zakupy w Born Pretty Store, to możecie użyć mojego kodu zniżkowego - EWX31. Da Wam 10% zniżki, przesyłka jest darmowa, a wybór naklejek i innych akcesoriów do paznokci (i nie tylko) bardzo bogaty - chyba warto? ;-)



    wtorek, 13 maja 2014

    CZTERY PORY ROKU | ZMYWACZ LAKIERU HYBRYDOWEGO; ZMYWACZ W ŻELU*


    Witajcie! ;-)

    Recenzowanie Zielonego Boxa trwa - do końca zostały jeszcze tylko dwie recenzje, jedna pozytywna i jedna negatywna. A żeby nie kończyć przygody z Czterema Porami Roku ponuro, to o bublach będzie dziś, a o dwóch udanych produktach następnym razem. ;-) Przypominam, że w cyklu o pielęgnacji dłoni i paznokci z marką Cztery Pory Roki pisałam już o letnich kremach do rąk i przyspieszaczu wysychania lakieru.

    Dzisiaj kilka słów o produkcie, który pewnie u każdej lakieromaniaczki schodzi jak woda - o zmywaczu do paznokci. Wśród nowości marki znalazły się dwa rodzaje: zmywacz do lakieru hybrydowego z lanoliną i olejkiem lemongrass oraz zmywacz w żelu z gliceryną i olejkiem lemongrass. Pojemność obydwu to 60 ml, zamknięte są w niewielkich, poręcznych buteleczkach z niewielkim otworem, ułatwiającym dozowanie produktu. Widziałam je w Hebe oraz Rossmanach, także wnioskuję, że dostępność jest dobra ;-)


    O zmywaczu w formie żelu producent pisze: 
    Zmywacz szybko i skutecznie usuwa wszystkie rodzaje lakierów. Dzięki gęstej, żelowej konsystencji równomiernie rozprowadza się na płytce paznokcia i jest bardzo wydajny. Dokładnie oczyszcza i odtłuszcza płytkę paznokcia, przygotowując ją pod zabieg manicure. Zawiera glicerynę i olejek z lemongrass, które nawilżają i wygładzają skórki wokół paznokci.
    Sama nigdy nie miałam do czynienia z taką formą zmywacza, zawsze sięgałam po klasyczną wersję w płynie. I przy takiej pozostanę, bo chociaż żel jest wydajny, ładnie pachnie (nieco cytrynowo) i ma uroczy, zielonkawy kolor... Na tym kończą się jego zalety. Przede wszystkim ogromnym minusem jest naprawdę nikłe usuwanie lakieru. Z jasnymi, kremowymi emaliami zmywacz radzi sobie jako-tako - dłuższe przytrzymanie pokrytego żelem wacika i pocieranie wystarczą, by usunąć lakier. Natomiast nie ma mowy o zmywaniu ciemnych emalii, brokatów, shimmerów czy piasków - żel nawet ich nie rozpuszcza, przez co do zmycia manicure trzeba zużyć dużo zmywacza i wacików. Obiecane nawilżenie skórek to niestety też pic na wodę, fotomontaż - jedyne, co można w tym zakresie zaznaczyć to fakt, że zmywacz nie wysusza ich nadmiernie (ale o nawilżeniu nie może być mowy, zwłaszcza przy acetonie w składzie).


    Zmywacz do paznokci szybko i skutecznie usuwa lakier zarówno hybrydowy, żelowy, jak i akrylowy. Dokładnie oczyszcza i odtłuszcza płytkę paznokcia, przygotowując ją pod zabieg manicure. Dzięki zawartości lanoliny zmiękcza skórki wokół paznokci, przywracając im naturalny poziom nawilżenia.
    Zmywacz do lakierów hybrydowych, którego podstawowym składnikiem jest ponownie aceton,  radzi sobie ze zmywaniem lepiej, ale tylko zwykłych lakierów kremowych. Brokatów i innych 'specjalnych' lakierów nie rusza, ale znalazłam możliwość jego wykorzystania - świetnie sprawdza się do zmywania różnych rodzajów emalii z wzorników i próbników!
    Próbowałam używać go też do lakierów hybrydowych, bo w końcu do tego jest przeznaczony - tutaj efekt był naprawdę dobry, emalia odchodziła od płytki bez trudu, ale okupiłam to przesuszonymi skórkami. Chociaż używałam tego zmywacza ostatnio ponad tydzień temu, to do dziś moje skórki wyglądają dosłownie koszmarnie... Wątpię, żeby to był naturalny poziom ich nawilżenia...

    Niestety, zmywacze to według mnie najsłabszy punkt nowej oferty Czterech Pór Roku - jeśli chodzi o ten typ produktów, to dalej moim ulubieńcem jest zmywacz z Isany. Nie obiecuje wiele, ale też nie rozczarowuje tak bardzo, jak te dwie, malutkie buteleczki.

    Miałyście do czynienia ze zmywaczami CPR? Jaki jest Wasz ulubieniec do zmywania lakieru? ;-)

    sobota, 10 maja 2014

    RÓŻANA MIŁOŚĆ | PEELING HANDMADE


    Witajcie!

    Mam wielki szacun do osób, które samodzielnie robią kosmetyki - chociaż zawsze lubiłam chemię, to jednak takie zabawy chyba nie są dla mnie. Do tej pory moim creme de la creme był balsam do ust od SmykuSmyka, którym już tutaj zachwycałam się wielokrotnie, ale peeling, o którym Wam dziś napiszę, ma pełne prawo strącić go na miejsce drugie. Tajemnicza, słodka mieszanka, którą widzicie obok, to cukrowy peeling różany, ukręcony przez Magdę - znaną Wam jako magdanawakacjach ;-)

    Plastikowy słoiczek z różaną naklejką nieodparcie kojarzy mi się z domowymi, babcinymi przetworami -  brakuje mi tylko kraciastej serwetki przyczepionej gumką recepturką. I nawet zawartość jest słodka - tak, próbowałam! I powiem Wam, że spokojnie mogłabym go zjeść łyżeczką! ;-)


    Magda zdradziła mi, że na mieszankę składają się: cukier biały (może być też trzcinowy), olej kokosowy, wosk i masło shea, olejek Alverde z dzikiej róży i awokado, odrobina Nuxe, odrobina olejku różanego, suszona lawenda i płatki róży.

    Przy takim składzie nie dziwi mnie ani cudowny zapach, ani intrygujący wygląd, a już na pewno nie właściwości. Nie dość, że cukrowa baza zapewnia naprawdę porządne ścieranie i masaż, to jeszcze potem wkraczają olejki i nawilżają skórę tak, aby po wyjściu z kąpieli peelingujący się delikwent nawet nie pomyślał o sięganiu po balsam do ciała. A i po gąbkę i specyfik do mycia wanny nie trzeba sięgać, bo peeling nie zostawia lepkiej, tłustej warstwy na powierzchniach które napotka.
     

    Pytanie brzmi - czy zdeklasował mój dotychczas ulubiony peeling pomarańczowy od Lirene? Nie. Ale tylko dlatego, że mam go tylko taki nieduży słoiczek i będę go dzielnie oszczędzać! Peeling z Lirene będzie w sam raz do użytku codziennego, w pośpiechu, a gdy będę miała ochotę, by dostarczyć swojej skórze nieco różanej miłości i czas na relaks, sięgnę po prezent od Magdy! O ile oczywiście wcześniej go nie zjem... ;-)

    Peelingu nie kupicie w żadnym sklepie, co oczywiste, ale śledźcie bloga Magdy - od czasu do czasu organizuje rozdania, w których można zgarnąć taki pachnący, słodki słoiczek. Jedno właśnie się zakończyło, ale kto wie, czy niebawem nie pojawi się kolejne!

    Zdarza Wam się kręcić kosmetyki? A może ktoś robi je dla Was? ;-)

    wtorek, 6 maja 2014

    PAZNOKCIE | KOBO CHERRY FLOVER


    Witajcie!

    Jakiś czas temu, w tym poście, pokazywałam Wam moją kwiatową trójkę z nowej serii Kobo, a bliżej przedstawiłam błękitny bez, czyli Lilac. 
    Dzisiaj kolej na następny kwiat - różowy Cherry Flover. Nie wiem, czy w nazwę wkradł się błąd, czy to celowe, ale faktycznie - jest love. ;-)

    Kolor jaki jest - każdy widzi ;-) To dziewczęcy, uroczy róż, bez czerwonych czy fioletowych nut - idealny odcień a'la barbie. Śmiało mogę powiedzieć, że jeden z moich ulubionych kolorów, aczkolwiek nie na tyle wyjątkowy, żeby nie znaleźć go w asortymencie innych firm.

    Aspekty techniczne są podobne jak w przypadku innych lakierów z serii - nie za dużym, szerokim, płaskim pędzelkiem dobrze się manewruje, wykończenie jest kremowe, a konsystencja idealna, by nie zalewać sobie skórek. Kryciem również nie różni się od Lilaca - posiadaczkom krótkich paznokci dwie warstwy wystarczą, ja dołożyłam trzecią, a całość wysychała nieco krócej, niż w przypadku błękitu - po godzinie z kawałkiem byłam gotowa do dalszych zajęć; nadmienię, że nie używałam topu ani przyspieszacza wysychania. Tym razem nie mogę ocenić trwałości, bo nosiłam go na paznokciach tylko dwa dni - później zakładałam hybrydy - ale myślę, że powinna być podobna jak całej serii, czyli naprawdę dobra.



    Zainspirowana nazwą oraz opakowaniem kremu do rąk Cztery Pory Roku (wersja mini - wiśnia japońska) zdecydowałam się nie zostawiać tego lakieru solo; tłem do zdobienia został idealny, pastelowy błękit, Zoya Blu, o którym na pewno jeszcze Wam napiszę - wydaje mi się, że to tańszy dupe dla błękitu Diora! 
    Gałązki natomiast domalowałam z użyciem brązowej farbki akrylowej od Promoto i cienkiego pędzelka z BPS, a kwiaty stworzyłam z kilku kropek sondą - płatki to ten sam lakier, co na sąsiednich paznokciach - Kobo Cherry Flover, a środki to Kobo Anemone.


    Co powiecie na taką wiosnę na paznokciach? ;-) Ja patrzę na nią z przyjemnością - była prosta w malowaniu, a teraz poprawia mi nastrój, gdy za oknem szaro, zimno, a ja siąpię nosem. Swoją drogą, kto to widział, żeby w maju kulić się pod kołdrą, kocem, we frottowych skarpetach na nogach, nie? ;-)

    niedziela, 4 maja 2014

    RIMMEL | 004 PINK ROSE BLUSH*


    Witajcie!

    Ostatnio było mi mocno nie po drodze z różami - bronzer to w moim makijażu pozycja obowiązkowa, ale już z dodatkowym różem nie czuję się zbyt dobrze. Po kilku tygodniach odwyku od tego rodzaju kosmetyków, sięgnęłam na powrót po róż, który jako jeden z niewielu nie robi mi krzywdy na twarzy, a nadaje lekki kolor i delikatny połysk - Rimmel 004 Pink Rose Blush. Trafił do mnie dzięki uprzejmości drogerii e-Zebra na grudniowym spotkaniu w Krakowie - aktualnie nie ma go w sprzedaży, ale podobny, a może nawet ten sam (w innym opakowaniu) znajdziecie tutaj.

    Opakowanie o lekko trapezowym kształcie, mieszczące 4g sprasowanego kosmetyku, wykonane jest z dość grubego plastiku, więc nie obawiam się jakoś szczególnie o to, że się połamie, wrzucany byle jak do kosmetyczki. W dodatku zamyka się na klik, co oczywiście upewnia nas, że zamknęłyśmy róż przed schowaniem. Minusem jest fakt, że strasznie ciężko je otworzyć - uwaga na paznokcie! Ja mój egzemplarz nauczyłam się otwierać zębami, żeby nie połamać paznokci w porannym pośpiechu ;-)


    Kolor w rzeczywistości jest nieco ciemniejszy, niż na zdjęciach - to ciepły, nieco przybrudzony róż z nutką brzoskwini i beżu; jest idealny dla takich bladziochów jak ja -  nie ma możliwości, żeby uzyskać efekt ruskiej baby. Róż jest dobrze sprasowany, ale dość miękki - dobrze łapie się pędzla, ale nie pyli. Najczęściej do jego aplikacji używam pędzla Hakuro H24, bo Blush Brush z Real Techniques traktuje go zbyt delikatnie. 


    Trwałość oceniam na poprawną - nie trzyma się od rana do wieczora (czyli ok. 12-14 godzin), ale od tak lekkiego kosmetyku tego nawet nie wymagam. Spokojnie daje radę przez 5-6 godzin, a potem subtelnie znika. Nie utlenia się, dobrze rozciera na podkładach płynnych i mineralnych, ładnie współgra z większością makijaży. 
    Na koniec zostawiłam sobie kwestię zapachu, chociaż ta nie jest oczywiście w przypadku różu najważniejsza - na twarzy róż nie pachnie, natomiast aromat w opakowaniu przywołuje w mojej pamięci wizję paletki z kosmetykami dla młodej modnisi (7-10 lat) i tamtych perłowych cieni. Nie mogłam ich używać, bo rodzice zabraniali mi się wtedy malować, więc teraz mogę wrócić do słodkiego zapachu, mając go w kosmetyku o o wiele lepszej jakości ;-)


    Bardzo trudno było uchwycić efekt jaki daje, bo jest naprawdę subtelny, a aparat jeszcze do tego zżera kolory, ale mam nadzieję, że na powyższym zdjęciu co nieco wypatrzycie (wiele zależy też od ustawień monitora).

    Rimmel Pink Rose stał się ostatnio moim ulubionym różem - idealnym na dzień, kiedy nie chce mi się wiele robić, a wypada jakoś ożywić twarz. A jaki róż jest w tej chwili Waszym ulubieńcem? ;-)

    piątek, 2 maja 2014

    CZTERY PORY ROKU | PRZYSPIESZACZ WYSYCHANIA LAKIERU*


    Witajcie!

    Chyba każda lakieromaniaczka, tudzież inna zainteresowana tematem osoba, zna specyfiki, które mają na celu przyspieszenie wysychania lakieru. Bo przecież żadna z nas nie lubi odgniecionych śladów po pościeli na świeżo pomalowanych, a pozornie suchych paznokciach? Widziałam już takie magiczne produkty w formie sprayu (np. Essence) oraz lakieru (m.in. Seche Vite, Essie Good to Go, Poshe, Sally Hansen InstaDri) - właśnie z takiego topu przyspieszającego wysychanie korzystam. Forma olejku do tej pory była mi obca - do czasu, kiedy w Zielonym Boxie od Czterech Pór Roku przywędrowała do mnie ich nowość: przyspieszacz wysychania lakieru.

    Szklana buteleczka o pojemności 15 ml dodatkowo opakowana jest estetycznym, biało-zielonym kartonikiem, zawierającym wszelkie potrzebne informacje. Mój trafił od razu do kosza, ale możecie rzucić na niego okiem w podlinkowanym wyżej poście. Sama buteleczka dobrze leży w dłoni, nie wyślizguje się. "Guzik" na uchwycie nie zacina się i z łatwością dozuje odpowiednią ilość oleistego płynu.


    Sposób użycia jest prosty: na wilgotnym lakierze umieszczamy z pomocą pipetki 1-2 krople wysuszacza i delikatnie ruszamy palcem, by pozwolić preparatowi się rozpłynąć po płytce. Dzięki temu przyspieszacz jest naprawdę wydajny, myślę, że jedna buteleczka wystarczy na o wiele dłużej, niż zwykły, lakierowy top. I w przeciwieństwie do lakieru - nie zgęstnieje, więc nie trzeba będzie go wyrzucić po zużyciu zaledwie połowy.

    Preparat reklamowany jest jako specyfik, który ma maksymalnie skrócić czas oczekiwania na wyschnięcie lakieru. Pomalowane paznokcie mają być w 60 sekund suche w dotyku, a po 2 minutach zupełnie suche i błyszczące, natomiast olejek ze słodkich migdałów ma je uelastyczniać i wzmacniać. 


    W praktyce nie jest już tak bajkowo - faktycznie, po minucie, może dwóch lakier jest suchy w dotyku, ale nie na tyle, żeby móc wrócić do swoich obowiązków. Na zupełne wyschnięcie lakier potrzebuje kilku minut - do dziesięciu. Zauważyłam, że różnie kształtuje się to w zależności od marki i rodzaju wykończenia lakieru - np. kremowe KOBO wysychają szybko, do 3 minut, a Essie ze shimmerem schnie małą wieczność - do 15 minut. 
    Połysk faktycznie jest - możecie to podpatrzeć tutaj, a wzmocnienia i uelastycznienia nie zauważyłam - być może dlatego, że ostatnio rzadko maluję paznokcie, więc nie używam wtedy wysuszacza. Dużą zaletą produktu jest fakt, że mimo oleistej formuły nie sprawia, że całe ręce od razu są tłuste, szybko się wchłania w skórki, jednocześnie je nawilżając.

    Summa summarum - przyspieszacz wysychania lakieru od Czterech Pór Roku to ciekawe rozwiązanie dla osób, które nie są przekonane do topów (którym zdarza się obkurczać lakier i odpryskiwać), ale ja jednak nie jestem do niego przekonana na tyle, by odstawić swojego ulubieńca - Sally Hansen Insta Dri. Brakuje mi w nim faktycznego skrócenia oczekiwania na suchy lakier, bo niestety - sam połysk to za mało.

    Miałyście do czynienia z tym przyspieszaczem? Macie swój ulubiony preparat przeznaczony do tego celu? ;-)