poniedziałek, 30 czerwca 2014

MAKIJAŻ & PAZNOKCIE | NOC KUPAŁY

Witajcie!

Wybaczcie dłuższą nieobecność - walczyłam z sesją, ale dzisiaj mogę już powiedzieć, że mam wakacje! Czekam na wyniki jednego egzaminu, ale w razie czego jedna poprawka jakoś ujdzie  w tłumie, zwłaszcza, że z tego przedmiotu jest bardzo niska zdawalność.  Za dwa tygodnie znów zniknę, ale więcej opowiem Wam o tym tuż przed. ;-)

W międzyczasie zgłosiłam się do swojego pierwszego konkursu okołomakijażowego! Marka Catrice zorganizowała konkurs, którego motywem przewodnim była Noc Kupały, czyli po prostu Noc Świętojańska. Byłam zaskoczona, że udało mi się dostać do finału - stanęło przede mną zadanie przygotowania stylizacji - makijażu i paznokci, przy użyciu wszystkich kosmetyków, jakie zostały wysłane finalistkom. W kosmetyczkach znalazło się 5 produktów, wybranych w głosowaniu internetowym - matowy bronzer Sun Glow, paletka cieni Brights, pomadka Princess Peach, maskara Glamour Doll i lakier do paznokci I'm a Greenager. Do wykonania makijażu i zdobienia paznokci mogłyśmy też użyć innych kosmetyków, więc w wolnej chwili między wkuwaniem poszczególnych paragrafów przysiadłam do przygotowania stylizacji.


Szminkę i tusz do rzęs wykorzystałam bardzo klasycznie, bronzer posłużył mi do wstępnego konturowania oraz roztarcia cieni. Paletka niestety jest bardzo słabo napigmentowana, a cienie mocno świetliste, dlatego zdecydowałam się użyć ich jako rozświetlacza oraz nałożyć na wcześniej przygotowany makijaż oka (z użyciem cieni Kobo i z palety Sleek Vintage Romance) - dzięki temu kolor cieni podstawowych (które odpowiadają kwiatom na wianku) uległ zmianie, a cały makijaż zrobił się "bardziej w klimacie" - przecież Noc Świętojańska kojarzy się ze świetlikami i wiankami puszczanymi na wodzie.


No właśnie - a propos wianków. Zielonego lakieru użyłam do stworzenia jednego na moich paznokciach. ;-) Do wykonania całości użyłam takiego mnóstwa lakierów, że dosłownie nie chce mi się wymieniać wszystkich - na pewno było ich więcej, niż 10. 
Stylizację uzupełniłam delikatnym, kwiatowym wiankiem z Glitterowej paczki z Bloggers Day - nie sądziłam, że kiedykolwiek go użyję, a jednak! ;-) 

Jeśli chcecie zobaczyć prace pozostałych 4 dziewczyn, to zapraszam po północy na facebooka Catrice Polska - tam znajdziecie album ze stylizacjami. A wyniki konkursu jutro wieczorem - nie ukrywam, że miło by było wygrać, zwłaszcza, że nagrodą jest paczka kosmetyków o wartości ok. 300 zł :D Niemniej, nawet jeśli nie wygram, uważam, że warto było się pobawić - jestem dumna z paznokci i z pierwszego startu w makijażowym konkursie i awansu do finału! 

Jak Wam się podoba moja interpretacja tematu? Nie przyniosłam Wam wstydu? Puszko, poradziłam sobie z zielonym lakierem? :D

wtorek, 24 czerwca 2014

DENKO | KWIECIEŃ, MAJ & CZERWIEC 2014

Witajcie!

Zbliża się koniec miesiąca, zarazem koniec kolejnego kwartału, dlatego zapraszam Was na zużycia tego okresu - tzw. projekt denko. Nie przedłużam ze wstępem, bo trochę się tych plastików uzbierało ;-)


Apart Natural, nektar do kąpieli
Dla niektórych gorąca kąpiel to opcja tylko na zimę. Ja lubię przynajmniej raz w tygodniu poleżeć w gorącej wodzie z pianą, poczytać książkę czy obejrzeć filmiki na youtube. Nektar z Apartu, pachnący - jak opakowanie sugeruje - pomarańczą i morelą (tą drugą bardziej) był miłym dodatkiem do sobotniego relaksu. Nie miał szczególnych właściwości pielęgnacyjnych, ale tego od płynu czy nektaru do kąpieli nie wymagam. Chcę tylko ładnego zapachu, dużej pojemności i mnóóóóstwa piany!


Apis, kremowy żel pod prysznic z miodem i kozim mlekiem
Chociaż był gęsty, aksamitny i dobrze się pienił, to wydawało mi się, że dość słabo mył. W dodatku jego duża wydajność i moje zniechęcenie do zapachu miodu sprawiło, że przemęczyłam z wielkim trudem.

Balea, dusche&creme limonka i aloes
Żele to moje ulubione produkty z oferty marki - szeroki wybór oryginalnych kompozycji zapachowych, dobra wydajność i stosunkowo niska cena zawsze przyciągają mnie magicznie do zakupu. Na minus oczywiście dostępność. Wariant limonka (limetka?) i aloes pachniała świeżo, cytrusowo, zarazem nieco męsko - cieszę się, że mam w zapasie kolejną butelkę tego wariantu!


The Body Shop, bananowy szampon i odżywka do włosów
W końcu odkryłam blogerski hit - i jak widzicie, polubiliśmy się! Nie mam dostępu stacjonarnego do sklepu TBS, ale dobre blogerskie dusze (Sylwia! :*) i wycieczki do Katowic pozwoliły mi zapoznać się z tymi świetnymi produktami. Stosowałam zarówno w duecie, jak i osobno, łącząc z innymi kosmetykami do włosów. Efekt zawsze ten sam - oczyszczone, nie splątane włosy, pachnące bananem, uniesione i lśniące. Jest miłość! (I trzecia butelka szamponu w użyciu :D). 


Avon Advance Techniques, odżywka z marokańskim olejkiem arganowym
Długo zajęło mi jej zużywanie, więcej czasu tak naprawdę spędziła na półce, niż w użyciu. Pamiętam, że miała przyjemną, kremową konsystencję, łatwo się spłukiwała, a włosy zostawiała gładkie i lśniące. Nie mam jednak w zwyczaju wracać do przeciętych produktów, a do tych katalogowych nie mam już zaufania, więc nie będziemy kontynuować znajomości.

Balea, odżywka do włosów farbowanych z kwiatem pomarańczy i moringą
Czymkolwiek kwiat pomarańczy i moringa są (ktoś wie?), w przypadku tej odżywki dawały ładny zapach. Najlepsze efekty uzyskiwałam łącząc tę odżywkę nie z szamponem z serii, a z bananowym ulubieńcem z TBS. Z braku laku wspomagałam się nią też przy myciu pędzli - były miękkie i puszyste ;-)


Borjouis, delikatny płyn do demakijażu oczu
Nie widzę go już na półkach (wydaje mi się, że kupiłam go w 'cenie na do widzenia' w Rossmanie), a szkoda. Ze zmywaniem makijażu oczu radził sobie dobrze, przy eyelinerze w żelu było trochę pod górkę, ale obywało się bez tarcia i pandy pod oczami. Nieco rozgrzewał skórę wokół oczu, redukował puchnięcie, nie podrażniał i nie powodował efektu mgły, a poza tym był bardzo wydajny!

Pisałam o nim w sierpniu ubiegłego roku - napisałam wtedy, że daję mu ok. miesiąca, jeśli o wydajność chodzi. Gdy zaczęłam go oszczędnie używać tylko raz dziennie, rano, starczył na +/- 7 miesięcy! Podtrzymuję wszystko, co pisałam o nim w recenzji - delikatny, dokładnie oczyszcza i nie wysusza.


Eveline Slim Extreme 4D, intensywne serum redukujące tkankę tłuszczową
Nigdy nie wierzyłam w takie specyfiki, ale skoro już to serum znalazło się w moim kartonie 'do zużycia', postanowiłam dać mu szansę. Starczyło na miesiąc codziennego wcierania w brzuch, uda i pośladki. Okazało się, że przy regularnym stosowaniu (i wprowadzeniu racjonalnej diety) faktycznie może pomóc w zmniejszaniu rozmiarów! ;-) Efekt chłodzący, dzięki mentolowi w składzie, jest świetny na lato - a rozgrzewanie pomaga spalić zjedzone lody ;-)

Rexona, Long Lasting Sexy
Ani to long lasting, ani przyjemny zapach (czyli sexy). Był, zużył się, na szczęście. I na tym zakończmy!
 

Farmona Tutti Frutti, cukrowy peeling do ciała, brzoskwinia i mango
Wielkie opakowanie pełne słodko i chemicznie pachnącego, przeciętnego zdzieraka. Drobinki rozpuszczają się pod wpływem wody, pozostawiając na skórze tłustą warstwę. Niby nie składa się tylko z parafiny i zapewnia nawilżenie skóry, ale mnie tylko irytowała. Nie mówię już o podobnie tłustej warstwie na wannie, która doprowadzała do szału każdego, kto się w owej wannie poślizgnie...

Vintage Body Oil, peeling do ciała cukrowo-orzechowy
Peeling dwufazowy, który warto wymieszać przed użyciem. Zostawia jeszcze gorszą, tłustą warstwę niż poprzednik, obowiązkowo muszę później sięgnąć na przykład po żel pod prysznic, ale zdzieranie - pierwsza klasa. I wspaniały, świeży, ale słodki zapach - nie spotkałam się nigdy wcześniej z takim aromatem.

Soap&Glory, The Righteous Butter
Masełko do ciała w wersji podróżnej (50ml) przywiozłam w zeszłym roku z Londynu i bardzo oszczędnie je sobie dawkowałam. Wchłania się szybko, nie zostawia białych smug, pachnie oryginalnie i bardzo przyjemnie, ale nie zapewnia jakichś szczególnych właściwości nawilżających czy pielęgnujących. Ot, takie mazidło, za bądź co bądź - grube pieniądze. Ale opakowanie ma słodziutkie, więc pewnie kupię i w tym roku, jak trafię na promocję! :D


Cztery Pory Roku, krem do rąk i paznokci glicerynowy, wiśnia japońska
Zaskoczył mnie fakt, że konsystencja tej podróżnej wersji jest bardziej mokra i lżejsza niż wersji w dużym opakowaniu, ale bez dwóch zdań wpłynęło to na fakt, że używało mi się go bardzo przyjemnie. Wreszcie znalazłam coś, co regularnie wcierałam w dłonie kilka razy dziennie przez 3 tygodnie. Wchłaniał się szybko, nie zostawiał tłustej warstwy, a nawilżał lekko, ale wystarczająco jak na moje ręce.

Soap&Glory, Hand Food
Zbliżył się do końca już w listopadzie, ale zostawiłam sobie ostatnie porcje na później, bo uwielbiałam - zarówno za zapach - podobny jak w balsamie do ciała tej marki, jak i za właściwości. Na pewno przy najbliższej okazji wrzucę go do koszyka i będę dozować przed najbliższy rok ;-)


Amilie, mineralny podkład kryjący
Na podstawie samej próbki ciężko mi coś powiedzieć - kolor dopasowywał się fajnie do mojej cery, krył w zadowalającym stopniu, nie zdecydowałam się jednak na zakup pełnowymiarowego egzemplarza.

Paese, błyszczyk; Avon, błyszczyk Color Trend
Jeśli miałabym z tych dwóch wybierać ulubieńca - stawiam na Paese. Ładniejszy kolor, efekt lustra na ustach, ale nic oryginalnego - podobne produkty oferuje każda tańsza firma.

No name, eyeliner; Wibo, eyeliner wodoodporny
Tego pierwszego nie używałam, nie jestem przekonana do nakładania chińszczyzny na powieki. Zużyłam do malowania kresek na facechartach ;-) Drugi natomiast to zdecydowanie hit - pod koniec kilkumiesięcznego używania zaczął kruszyć się w wewnętrznych kącikach oka, ale wcześniej sprawdzał się bardzo dobrze do szybkich kresek.

My Secret Curly Lash; Wibo Growing Lashes; Benefit They're Real
Maskara z My Secret była za mokra, bym mogła jej używać i nawet odczekanie kilku miesięcy nic nie dało. Co za tym idzie - efekt na rzęsach nie był zbyt ciekawy, a o ksero na powiekach było banalnie łatwo. Nie umywał się nawet do hitu hitów ostatnich miesięcy, czyli zielonej maskary Wibo - dawała mi zarówno efekt dzienny, nienachalny, jak i wieczorowy w razie potrzeby. Nigdy nie zbierałam tylu komplementów dotyczących moich rzęs, jak w czasie używania tego tuszu. Benefit natomiast sprawił, że po aplikacji, chociaż rzęsy były wydłużone, to mogłam je policzyć na palcach jednej ręki, a gigantyczną szczoteczką manewrowało się ciężko, zwłaszcza w kącikach oczu.

Ingrid, baza pod cienie
Pisałam o niej bardzo dawno, a do praktycznie aż do kwietnia sprawowała się u mnie dobrze. Pod koniec używania zauważyłam, że coraz ciężej ją wyjąć z opakowania i rozgrzać w palcach, więc wymieniłam na bazę z Inglota, ale co do jej pozostałych właściwości nie mam żadnych zarzutów.

Eveline, odżywka 8 w 1
Nie zliczę, która to już moja butelka tej odżywki i podtrzymuję wszystko, co mówiłam o niej wcześniej - używana z rozwagą uratowała moje paznokcie. Pisałam Wam zresztą o efektach jej używania w mojej paznokciowej historii.

+ brak na zdjęciu: dwie butelki genialnego, zielonego zmywacza Isana ;-)


Superdrug, maseczki
W tym kwartale miałam do czynienia z maską ogórkową, z białą czekoladą i tropikalną peel - off. Jak widzicie, ogórkowej nie skończyłam - nałożyłam na twarz, ale po chwili musiałam zmywać, bo skóra mnie wręcz paliła żywym ogniem - obyło się bez alergii i podrażnienia. Bałam się jednak, że może mi zaszkodzić, więc nie powtórzyłam aplikacji. Czekoladowa również piekła w czasie zasychania, ale mniej niż ogórkowa, więc wytrzymałam - skóra, jak zawsze po użyciu tych maseczek, była oczyszczona i nawilżona. Najlepszą opinię mam o tropikalnej maseczce typu peel-off - chociaż nie nawilża tak, jak poprzedniczki, to oczyszcza dużo lepiej i odświeża cerę. Moja ulubiona, jeśli o ofertę Superdrug chodzi! ;-)

Yves Rocher, Evidence, chusteczka zapachowa; Equilibra, maseczka aloesowa


Uff, uporałam się z komentarzem do wyrzutków tego kwartału, mogę śmiało opróżnić torbę i zacząć denkować i zbierać kolejne opakowania. Jak Wam poszły w ostatnich miesiącach zużycia? ;-)

sobota, 21 czerwca 2014

BORJOUIS | PODKŁAD HEALTHY MIX 51 LIGHT VANILLA


Witajcie!

Do tej pory z podkładem (i w ogóle marką) Borjouis było mi bardzo nie po drodze. Wszystko dlatego, że raczej nie jestem skłonna dać za kosmetyk więcej niż 50 zł - właśnie dlatego w moich zbiorach nie znajdziecie Chanel ani Diora. Podczas jednej z promocji dopadła mnie jednak tzw. pomroczność jasna i sięgnęłam po podkład Healthy Mix w odcieniu 51 Light Vanilla (do spółki z korektorem zresztą). Po lekturze recenzji na blogach i po pierwszych użyciach pomyślałam sobie, że może coś z tego będzie, że może znalazłam idealny podkład i skończą się moje poszukiwania. Dzisiaj, pierwszy raz odkąd się maluję, mówię - moja twarz wygląda lepiej bez tego podkładu, niż po jego aplikacji. Nadmienię, że moja cera jest trudna - miejscami przesuszona, generalnie odwodniona, ale szybko przetłuszczająca się, a do ukrycia mam całkiem sporo przebarwień, śladów po trądziku i blizn.

30 ml podkładu umieszczone zostało w szklanym, ciężkim opakowaniu z pompką. Kiedyś, z tego co pamiętam, Borjouis miało ten kosmetyk w plastikowym opakowaniu z pompką typu air-less. Pompka jak na razie się nie zacina, do pokrycia całej twarzy wystarcza mi półtorej 'naciśnięcia'. Wszystko za sprawą naprawdę dobrego, a zarazem naturalnego poziomu krycia - cienka warstwa podkładu ujednolica koloryt cery i ukrywa niedoskonałości, nie demaskując jednocześnie obecności suchych skórek np. w okolicach nosa czy brody. Co za tym idzie - podkład jest wydajny; używam go codziennie od ok. półtora miesiąca i nie widzę dużego ubytku.

Zazwyczaj ciężko mi dopasować kolor podkładu - jestem bardzo blada, ale moja cera nie wpada zdecydowanie ani w róż, ani w żółć - powiedziałabym, że jest zupełnie neutralna, z lekką nutą żółtych tonów. Na lato z palety kolorystycznej podkładu Healthy Mix wybrałam najjaśniejszą propozycję, 51 Light Vanilla, którą większość z Was wybiera na zimę. Dla mnie ten odcień jest zbyt ciemny i żółty na zimę, ale na wiosnę i lato jest w sam raz - zwłaszcza, gdy jestem nieco opalona nie odcina się od szyi.


Producent obiecuje trwałość do 16 godzin, nawilżenie, rozświetlenie, półmatowe wykończenie i owocowy zapach, który pozostaje na skórze. W tym miejscu ja stawiam znaki zapytania. Zacznę od końca - przyjemny zapach wyczuwalny jest tylko z bliska, w czasie aplikacji, ale już nie na skórze, a na pewno nie przez dłuższy czas. Nawilżenie to obietnica, która wydawała mi się najbardziej prawdopodobna do spełnienia, z uwagi na dość mokrą formułę, ale skończyło się tylko na mniejszym uwydatnianiu suchych skórek. Rozświetlenie i półmatowe wykończenie trochę mi się ze sobą kłóciły, gdy czytałam obietnice na opakowaniu - okazało się, że to ładna nazwa na zwykłe, satynowe wykończenie i skórę wyglądającą na tłustą po kilku chwilach. Zdecydowanie nie jest to efekt, jakiego oczekiwałam. 


Na sam koniec zostawiłam sobie kwestię trwałości, bo dla mnie ten aspekt okazał się właśnie największym minusem całego produktu. Podkład zawsze nakładam pędzlem typu flat-top H50s, a później pudruję. Przy wszystkich poprzednich kosmetykach tego typu używałam sypkiego pudru Anti Shine z Kryolanu i miałam kilka/kilkanaście godzin spokoju. Tym razem byłam zaskoczona - ze wspomnianym pudrem Healthy Mix zupełnie nie chciał współpracować i po dwóch godzinach podkład był do zmycia. Lepszą trwałość uzyskałam, zastępując puder Kryolan prasowańcem Rimmel Stay Matte - 4 godziny bez poprawek. Po drodze oczywiście pojawiają się problemy typu ubrudzony od podkładu telefon, kołnierzyk koszuli, zjeżdżające z nosa okulary, chusteczka ścierająca podkład z okolic nosa.
Nie wyobrażam sobie wyjść z domu na 16 godzin i nie spoglądać co chwilę w lusterko, nie sięgać po puder. Wydaje mi się, że najlepszą opcją, by uzyskać 16-godzinną trwałość, byłoby po prostu zmywanie i ponowne nakładanie tego kosmetyku co 4 godziny...

Ostatnio 'modne' jest też nakładanie podkładu na puder. Rzekomo efekty uzyskiwane dzięki tej metodzie są wspaniałe i porażające. Spróbowałam - niestety, chociaż trwałość była nieco lepsza (pierwsze świecenie dopiero po 3 godzinach), to efekt na twarzy zupełnie mi się nie podoba - wszystkie suche miejsca drastycznie podkreślone, a krycie wcale nie lepsze, niż przy klasycznej metodzie.

Podsumowując, myślę sobie - kobito, i po co (było) Ci to. Znów dałam się skusić obietnicom trwałości, recenzjom - znów przyszło mi żałować wydanych pieniędzy. Okazało się, że zwykły krem BB, lekko przypudrowany, wygląda na mojej skórze lepiej, a trzyma się dłużej, niż osławiony Healthy Mix. Nie mówię, że to produkt zły - może na innym typie cery sprawdzi się lepiej. U mnie jednak starcie z hitem blogerek nie wypadło najlepiej.

wtorek, 17 czerwca 2014

INGRID | LOVE STORY LIQUID LIPSTICK 303*



Witajcie!

W maju pokazywałam Wam pierwszą część paczuszki od firmy Verona/Ingrid, dziś kolej na prezentację drugiej recenzji. Nie byłabym sobą, gdybym spośród bogatego w propozycje katalogu marki nie wybrała czegoś do ust. W oko wpadły mi pomadki w płynie, również z serii Love Story. Do wyboru miałam ciemną czerwień, czerwień, oranż, koral, fuksję, pudrowy róż i beż - dość ciekawy przekrój kolorystyczny. Skusiłam się na koral, oznaczony numerem 303 - w rzeczywistości jest bardziej różowy, niż na zdjęciach.

Pomadki opisywane są w katalogu następująco:
Zachwyca intensywnym i wyjątkowo długotrwałym kolorem w połączeniu z niepowtarzalnym blaskiem, który utrzymuje się na ustach przez wiele godzin. Unikalna formuła zapewnia doskonałą pielęgnację oraz nawilżenie. Produkt dostępny w 7 wyjątkowych odcieniach – ciemnej czerwieni, czerwieni, oranżu, koralu, fuksji, pudrowym różu i beżu. Love Story INGRID to pomadka, którą pokochasz!
Z przykrością muszę stwierdzić, że rzeczywistość mocno zweryfikowała obietnice producenta, ale zacznijmy od początku. Pomadka o pojemności 7 ml mieści się w charakterystycznym dla tego typu płynnych produktów do ust opakowaniu z klasycznym aplikatorem. Zdobienia na zakrętce fajnie wpasowują się w stylistykę serii; napis lipgloss nie zgadza się z tym, co w opakowaniu ma się znajdować, natomiast świetnie pasuje do określenia tego, czym mazidło faktycznie jest.



Kolor faktycznie jest intensywny, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że w odpowiednim oświetleniu wydaje się wręcz neonowy, dlatego nie polecałabym nakładać go bez użycia lusterka. Intensywność nie przekłada się jednak na jego trwałość oraz inne aspekty. Tak naprawdę mazidło hucznie określone nazwą płynnej pomadki jest zwyczajnym błyszczykiem - ma błyszczące wykończenie bez drobinek, lekko się klei, a jego trwałość, deklarowana na wiele godzin, jest bardzo przeciętna - 2-3 godziny bez picia i jedzenia. Osiada na szklankach, ściera się od wewnątrz, natomiast z tinta/płynnej pomadki/lakieru do ust ma tyle, że pozostawia na ustach delikatną mgiełkę koloru i... przesusza. A propos koloru - nie jest ani czerwienią, którą widzicie wyżej na zdjęciach, ani obiecywanym koralem - na ustach jest różowy. 

Mój letni makijaż - krem bb, tusz do rzęs, bronzer,  cielisty cień i coś na usta ;-)
Jeśli mam oceniać ten produkt tylko pod kątem tego, czy podoba mi się efekt, jaki daje, to jestem względnie zadowolona - jak z każdego produktu do ust. Natomiast jeśli brać pod uwagę obietnice producenta i ich realizację... Oj, pudło! Na szczęście do letniego makijażu to mazidło jest jak znalazł, a u mnie przecież żaden błyszczyk się nie zmarnuje! ;-)

niedziela, 15 czerwca 2014

CROSS QUESTION | B FOR BEAUTIFUL NAILS

Witajcie!

Zacznę od podziękowań, bo dzisiaj dla mnie i tej strony jest dzień szczególny - dziękuję, że jesteście już tu ze mną dwa lata! Mam nadzieję, że w przyszłym roku o tej porze również będę mogła do Was napisać - nawet nie wiecie, jak ważna stała się dla mnie ta sfera życia, jak bardzo cenię znajomości nawiązane dzięki prowadzeniu bloga, które funkcjonują też w życiu realnym. 

W ten sposób płynnie (mam nadzieję) przeszłam do właściwego tematu tego posta. Od dłuższego czasu w sieci funkcjonuje typ postów Polecane blogi, nie obca internetowi jest też forma wywiadu. Ja również chciałam pokazać Wam osoby, których blogową działalność cenię, które lubię - nie tylko czytać, ale w innej formie. Dlatego właśnie postanowiłam te blogerki zaprosić do swego rodzaju współpracy, a mówiąc inaczej - wzięłam je w krzyżowy ogień pytań, prosząc jednocześnie o przygotowanie oprawy graficznej do postów. Ognistych pocisków jest 7, a do odpowiedzi jako pierwszą wywołałam Anię, którą znacie pewnie jako B. for beautiful nails.

Anię znam osobiście, niezwykle cenię tę znajomość, która już dawno wykroczyła poza blogowe ramy. B. pewnie nie wie, ale to właśnie ona utrzymała mnie w blogowaniu, gdy miałam ochotę rzucić to wszystko w diabły. Co o sobie i blogowaniu powiedziała mi sama Ania? Zapraszam na wywiad!



1. Kim jest B.?
To zwariowana, kurduplowata (165cm) blondynka z głową pełną pomysłów, z pokładem energii mogącym zasilić całe miasto. Szalona snowboardzista z mnóstwem odwagi i samozaparcia, która dzięki desce nauczyła się co to cel i jak osiąga się szczyty. Wiedząca, że wygrywają ci co próbują i dają z siebie wszystko. Barmanka z przypadku i spontanicznego marzenia z zamiłowaniem do zarywania nocy za barem. Dziewczyna, która pokochała neony dopiero dzięki lakierom do paznokci. Odnalazła swoje kolory, to, co dodaje jej pewności siebie. Uwielbiająca stemplowanie i wykończenie holograficzne!
Wewnątrz kiedyś bardzo delikatna i skryta osoba, która przez ostatnie 11 lat nauczyła się być odważna i potrafiąca doceniać siebie, mająca wiarę w swoje możliwości i wiedząca czego chce od życia. Ciągle uśmiechająca się z mnóstwem myśli kłębiących się pod blond czupryną. Często zagubiona, ale silna psychicznie, otwarta, nie bojąca się wyzwań i biorąca od życia garściami. Mega emocjonalna, uczuciowa i zawsze zaangażowana. Perfekcjonistka do bólu robiąca wszystko na 120%. Takie małe, ale z wrodzonym ADHD.
Myślisz, że nie da się upchnąć tego w jednej osobie? Ano da się. Taka B. w pigułce. 


2. Skąd wziął się pomysł na prowadzenie bloga? Kiedy to było, co Cię do tego popchnęło?
To było dawno temu… Tak naprawdę miłość do paznokci zaczęła się jeszcze w podstawówce. Byłam z mamą u kosmetyczki i przekłuwałam sobie uszy, ona była na manicure. Przyssałam się do stojaczka ze wzornikami jak małe dziecko do witryny z cukierkami. Wtedy mnie trafiło. Swoje paznokcie zaczęłam malować już w gimnazjum, ale głównie były to lakiery nude czy zwykły frencz – trenowałam malowanie prostych linii! W liceum zaczęłam piłować paznokcie na łopatki, pierwszy raz pomalowałam paznokcie czerwonym lakierem. I to chyba był przełom. Potem już było tylko gorzej <haha>. Dokładnie 20 listopada 2010 roku wrzuciłam pierwsze zdobienie na paznokciach do albumu na swoim prywatnym Facebooku (wiszą tam do dziś!). Na początku to była zabawa, nie czytałam żadnych blogów (nie wiedziałam nawet o ich istnieniu!), inspiracje czerpałam ze zdjęć znalezionych w internecie. Zaczęłam również malować paznokcie mojej przyjaciółce Agacie – znanej też jako G. Do folderu zdjęcia wrzucałam przez rok. Zaczęło mieć to swój rozgłos, ludzie interesowali się tym co mam na paznokciach mimo, że prezentowane wtedy przeze mnie zdobienia to obraz nędzy i rozpaczy, ale każdy przecież od czegoś zaczynał, nie? Dokładnie 10 grudnia moja Agata założyła bloga kulinarnego. Od tego czasu zaczęła mnie namawiać na założenie swoje kącika w internecie. Przez miesiąc się opierałam, bo ‘kto to będzie czytał’ i ‘o czym niby mam pisać…’. Ale w końcu uległam i założyłam bloga – 24 stycznia 2012 roku. Skąd się wziął pomysł? No właśnie od Agaty, to ona kopnęła mnie w tyłek!


3. Jeśli nie blog, to co? Czym zajmujesz się w wolnym czasie?
O tym można by już chyba napisać książkę, a w każdym razie całkiem niezłe opowiadanie. Blog to tak naprawdę 1/10 tego co robię w życiu… A może 1/15? Sama już się pogubiłam. Opiszę teraz tylko kilka rzeczy, które robię.
Zacznę od mojej pierwszej i największej miłości w moim życiu (zlinczujcie mnie, ale nie, nie są to paznokcie), która zmieniła mnie na zawsze – snowboard. Nie ma niczego w życiu co kochałabym tak mocno jak śnieg, zimę, deskę, świeży puch i to jak staję na samym szczycie żeby zmierzyć się z górą. 8 na 10 najszczęśliwszych momentów wiąże się właśnie z deską. To coś czemu mogłabym poświęcić wszystko – i tak naprawdę poświęciłam coś najważniejszego czyli zdrowie… Szczerze, to nie do końca pamiętam siebie zanim zaczęłam jeździć… Nie wiem kim byłam. Teraz już wiem. Jestem również dziewczyną zakochaną w swoim M. A jak go poznałam? A właśnie przez deskę, na obozie zimowym. Patrzcie jak jedna miłość prowadzi do drugiej! A to trwa już od 6 lat – całkiem sporo ^^.

W życiu popełniłam również kilka szaleństw w postaci kursu barmańskiego i kursu konsultanta ślubnego. Obecnie pracuję jako barman i to moja ulubiona praca (zaraz po pracy instruktora snowboardu!) ze wszystkich jakie miałam okazję w życiu wykonywać. Oprócz tego wszystkiego, co robię zawodowo, kocham pływać. Basen daje mi taką niesamowitą wolność, jest to miejsce gdzie mogę odciąć się od wszystkiego i wyczyścić umysł, uspokoić nerwy. Co jeszcze w wolnym czasie? Uwielbiam oglądać seriale, grać w League of Legends, robić zakupy, spotykać się z przyjaciółmi, gadać po nocy, słuchać godzinami muzyki… ale najbardziej chyba lubię pracować. Tak, mam na imię Ania i jestem pracoholikiem dlatego większość rzeczy, które robię w ‘wolnym czasie’ to praca… To chyba trochę przykre <śmiech>.  



4. Co w blogowaniu przychodzi Ci najłatwiej, a czego najbardziej w byciu częścią tej społeczności nie lubisz?
Oj musiałaś zadać to pytanie!
Najłatwiej? Chyba wyrażanie samej siebie. Nie mam z tym najmniejszych problemów i uwielbiam pokazywać to, jaka jestem, za pomocą zdobienia na paznokciach, zdjęć i słów. W blogowaniu kocham możliwość dzielenia się z innymi tym, co człowiek sam osiąga. Uwielbiam kontakt z czytelnikami – to taki mój mały świat, gdzie spotykam się z ludźmi, którzy podzielają tę samą pasję, co ja. I ostatnia rzecz, która uwielbiam w blogowaniu najbardziej – nawiązywanie znajomości. To niesamowite jak blogosfera łączy ludzi. Przepraszam bardzo, ale gdyby nie blog to nigdy byśmy się nie poznały!!! To samo tyczy się już naprawdę pokaźnego grona osób, które kocham, uwielbiam, które mnie wspierają mimo, że mieszkają w różnych miastach Polski. To jest w tym wszystkim najpiękniejsze.
A teraz ta gorsza część pytania... Niestety blogosfera tak jak ma dużo plusów, ma mnóstwo minusów. Nienawidzę powszechnej zazdrości i hejtu, który krąży jak jakieś tornado. Nie lubię też braku oryginalności i pomysłu na siebie. Każdy z nas jest inny, a ludzie nie potrafią być oryginalni. W końcu tworzymy swój własny kąt w sieci więc niech on będzie wyjątkowy i nasz, a nie skopiowany. Głupie pytania i nieczytanie notek – to chyba powszechne na wszystkich blogach, że ludzie nie czytają tego co piszemy, a szkoda, bo czasem można się czegoś dowiedzieć ^^ Ech, tak to można by chyba bez końca, ale mimo wszystko staram się skupić na tych pozytywnych rzeczach, a złe spychać na dalszy plan. Bo przecież ma być to przyjemność. Wiem, że najbardziej ze wszystkiego cenię sobie przyjaźnie, które udało mi się dzięki blogosferze zyskać. Na przykład przyjaźń z Tobą!


5. Czy jest coś, o czym - jako blogerka - marzysz?
Oj tak. Sama dobrze wiesz, że jest coś o czym marzę niesamowicie i niedługo ma się to marzenie spełnić… ale nie mogę mówić o tym głośno! Jeszcze nie teraz. Więc zasiejmy ziarenko tajemnicy, a niespodzianka na pewno się uda :)
Mam też marzenie żeby kiedyś wybrać się do prawdziwej fabryki lakierów, stworzyć swój własny lakier. Bądź co bądź udało mi się już to zrobić. Firma Colour Alike z mojej inicjatywy stworzyła holo top – B. a star. Ale jednak stworzenie lakieru własnymi rączkami to co innego. Zawsze też chciałam pracować w firmie lakierowej. Być częścią tego co sprawia innym tyle radości. Nawet poczyniłam pewne kroki w przeszłości w tym kierunku, ale na razie zawisło to w powietrzu – może kiedyś!


6. Wyobraź sobie, że możesz pstryknąć palcami i stworzyć jeden, idealny kosmetyk lub lakier, ale nie możesz zatrzymać go dla siebie. Co by to było i komu byś go sprezentowała?
Hm, kosmetyk idealny… myślę, że zrobiłabym jakąś fuzję tego co kocham najbardziej. Stworzyłabym coś czym mogłabym jednocześnie pomalować paznokcie, wyczarować kolorową kreskę na oku i nietuzinkowo przyozdobić swoje usta. Taki lakiero-szminko-cień. Do tego na pewno byłby to kosmetyk zmieniający kolor oraz zapach w zależności od nastroju w jakim jesteśmy. Tak bardzo przecież potrafimy być zmienne, gdzie w jednej minucie się śmiejemy, a w drugiej płaczemy. Nie możemy przecież w obu tych sytuacjach wyglądać tak samo, mam rację? Komu bym go podarowała? Z racji tego, że znajomości blogowe są dla mnie wyjątkowo ważne to na pewno sprezentowałabym go moim blogerskim przyjaciółkom!

7. Ostatnie pytanie – czy możesz zdradzić mi coś o sobie, coś, czego nie wiedzą Twoi czytelnicy?
Nienawidzę szpinaku, wątróbki, grzybów i owoców morza. Odgłos styropianu i celofanu przyprawia mnie o gęsią skórkę. Swojego lewka (przytulankę) zabieram wszędzie ze sobą, nawet na obozy, gdzie jadę do pracy. Nigdy nie zasnę mając guziki od kołdry przy głowie. Prędzej wyemigrują na księżyc. Jednym z największych moich marzeń jest zjechać na snowboardzie po piasku!

Ewuś dziękuję Ci za ten wywiad i za możliwość mimo wszystko poznania samej siebie z innej strony. Na co dzień nie zastanawiamy się kim jesteśmy, jak to się stało, że doszliśmy do tego momentu w życiu, w którym akurat się znajdujemy. To miłe czasem sobie to uświadomić :) Dziękuję :*