niedziela, 27 lipca 2014

KOT W PODRÓŻY | LONDYN 2014

Witajcie!

Już w Londynie zastanawiałam się, czy w ogóle publikować tu posta z jakąś formą relacji. Z jednej strony, obiecałam pokazanie kilku zdjęć, z drugiej - nie chciałabym jednak zalewać tego miejsca falą negatywów. Umówmy się więc, że wyłuskam z ubiegłego tygodnia to, co pozytywne, a Wy przymkniecie oko ;-)

Na początek garść informacji technicznych, gdyby ktoś był ciekawy:
  • bilety lotnicze: w tym roku zafundował mi je LOT (szerzej pisałam o tym w poście Gdzie będę, gdy mnie nie będzie); ich standardowa cena to ok. 1200 zł w obie strony, za dwie osoby. Oczywiście Ryanair czy Wizzair oferują dużo tańsze przeloty, ale takie loty należy rezerwować na długo przed podróżą - czym bliżej daty wylotu, tym drożej. Czasami na tydzień lub dwa wcześniej ceny spadają, ale nie jest to reguła.
  • nocleg: w Londynie o to akurat nie trudno - ogranicza nas tylko zasobność portfela i wyobraźnia. Od pięciogwiazdkowych hoteli, przez hotele, motele i miejsca typu 'bed and breakfast', które oferują dokładnie to, co w nazwie - łóżko i śniadanie. Ja ponownie zdecydowałam się na nocleg w Big Bed w dzielnicy Walthamstow (3 strefa, dobrze skomunikowana z centrum); dwuosobowy pokój z dostępem do łazienki, kuchni, salonu etc. kosztował 45 funtów za noc.
  • poruszanie się po mieście: nie czarujmy się, nie da się wszystkiego zobaczyć 'z buta'. Nieuniknione będzie korzystanie z metra czy autobusów, które wbrew pozorom nie jest trudne - na każdej stacji metra są mapki, a 'tubylcy' chętnie pomogą się odnaleźć. W zeszłym roku korzystałam tylko z metra, w tym roku śmiało wsiadłam do DLR (lekkiej kolei) i autobusów. Korzystałam z Travelcard - tygodniowa, obejmująca strefy 1-3 (dot. metra; autobusami miejskimi, koleją i DLR poruszamy się na niej bez ograniczeń) kosztuje 38 funtów. Najlepiej wyrobić ją sobie na karcie Oyster, która umożliwia także płacenie 'pay as you go' - w przeciwnym razie musimy mieć ze sobą zdjęcie do wyrobienia legitymacji - można to zrobić na każdej stacji metra.
To podstawy, a reszta? Zależy od własnych preferencji. Ja lubię zwiedzanie typu 'zagubienie kontrolowane', czyli obierając konkretny cel błądzę po drodze. W Londynie to możliwe - na każdym rogu są mapki, z których można wywnioskować nie tylko drogę, ale i czas potrzebny na jej pokonanie, stacje metra czy przystanki autobusowe. Taka forma zwiedzania pozwala mi zobaczyć nie tylko te główne, popularne miejsca, ale i przypadkowo trafić w piękne, a niedoceniane zakątki.

Za mną katedra św. Pawła. | Ujęły mnie te ławeczki! Są rozmieszczone w całym Londynie, a każda dotyczy innej książki! 

W tym roku byłam swego rodzaju przewodnikiem, dlatego odwiedziłam tak naprawdę te same miejsca, co rok wcześniej - pierwszego dnia, zaczynając od dzielnicy bankowej, tzw. London City, zobaczyłam St. Paul's Cathedral, Tate Modern, London Bridge, przechodząc wzdłuż Tamizy odhaczyłam z listy Tower Bridge, twierdzę Tower i Shakespeare Globe. Wieczorem wybrałyśmy się z mamą na Picadilly Circus, pochodziłyśmy też po tej okolicy, dochodząc do Trafalgar Square, na którym, przed National Gallery, wyświetlano jakąś operetkę. 

W tle ta sama katedra, a ja na najpopularniejszym pieszym moście w LDN - Millenium Bridge.
Wieczór na Picadilly Circus.
Drugi dzień zaczęłyśmy od wizyty we wspomnianej galerii, później przywitałyśmy się z Big Benem, Westminster Abbey, wpadłyśmy na herbatkę do Królowej i posiedziałyśmy w St. James' Parku. Wieczorem mama została w pokoju, a ja zaliczyłam szybki prysznic, połknęłam w biegu kanapkę i pojechałam do Stratford - Dzielnicy Olimpijskiej, na pierwsze z dwóch zaplanowanych spotkań. Były drinki Oreo, był spacer, był nocny powrót do domu - wreszcie poczułam się jak na wakacjach. 

Nie przepadam za Oreo, ale ten drink... Moooogę więcej?! :D
 Kolejny poranek to wizyta w Covent Garden - przyznaję, dostawałam oczopląsu od ilości ładnych rzeczy! Najbardziej jednak podobało mi się w muminkowym sklepie - tylko dlaczego nigdzie nie było żadnego gadżetu z Buką?! Kolejny wspólny cel to Chinatown i Soho, a potem odstawiłam mamę do British Musem, a sama popędziłam na kolejne spotkanie. Gdzieś między tym wszystkim było dużo wizyt na Oxford St., dużo czasu spędzonego w Primarku i popołudnie w Westfield - największym centrum handlowym w Europie, a także kilka godzin w Natural History Museum i spacer po Chelsea. 

Jeśli będziecie w okolicy Covent Garden Market, koniecznie zajrzyjcie do muminkowego sklepu!
Gerard St., czyli główna ulica Chinatown.
Chociaż na sobotę zapowiadali deszcze i burze (Asia ostrzegała mnie przed żółtym alarmem), nie ugięłam się i... w pełnym słońcu(!) stałam dwie godziny w kolejce w Hyde Parku. Po co? A no po to, żeby spędzić kilka chwil z Jimem Chapmanem! To jeden z moich ulubionych brytyjskich vlogerów, brat dziewczyn z Pixiwoo i narzeczony Tanyi Burr. Był przemiły, przeprzystojny i jeszcze bardziej brytyjski, niż wydawał się na youtube :) 
 
Don't mind me, loot at him! :D
 W niedzielę wybrałyśmy się z mamą na zatłoczone Camden - nie mogłabym nie pokazać jej miejsca, które wg mnie jest definicją Londynu, wybrałyśmy się też do Regent's Parku - to mój ulubiony park w mieście, głównie ze względu na piękny ogród różany. Ostatniego dnia celem podróży stało się Greenwich - miejsce, do którego przyjeżdżają turyści, by za 7 funtów zrobić sobie zdjęcie z linią zmiany czasu. Mało kto zauważa, że poza płatnym terenem linia ciągnie się dalej - my wiedziałyśmy ;-)

O tą linię to całe zamieszanie!
 
Było mocno pod górkę, ale widoki z góry rewelacyjne - Greenwich, widok na Isle of Docks.
 Jeszcze tylko półtoragodzinna podróż na Heathrow, chaos, opóźniony o 4 godziny samolot, noc na lotnisku w Warszawie, śniadanie na Dworcu Centralnym, 6.5 godziny w pociągu i własne łóżko! Wyjazd bez przygód to nie wyjazd, chociaż tym razem wolałabym sobie ten element odpuścić - ostatnie dwa dni wyjazdu męczył mnie kaszel, katar i gorączka, z którymi zresztą walczę do teraz. 

Heathrow - makes every journey longer...
Podsumowując (a to miał być taki krótki post!): tym razem Londyn trochę ugasił mój hurra-optymizm, który prezentowałam po powrocie z zeszłorocznych wakacji. Zaczęłam dostrzegać rzeczy, które poprzednio nie rzucały mi się w oczy, coraz więcej z nich zwyczajnie mnie irytowało. Nadal lubię to miasto i polecam wyjazd każdemu, ale nie jestem już tak optymistycznie nastawiona do wyjazdu tam na stałe. Sporo się nauczyłam, utwierdziłam się też w przekonaniu, że najbardziej lubię podróżować sama. Mit, że wyjazdy w pojedynkę są niebezpieczne, a podejmują się tego tylko jacyś żałośni ludzie bez znajomych, został dawno obalony - myślę, że to dobry temat na post ;-)

Nie wiem, co by powiedział na publikację Daniel, ale znajomością z Rafałem się pochwalę! Niedługo będzie największą gwiazdą teatrów na całym świecie, mówię Wam!
Dużym plusem całego wyjazdu były spotkania, o których wspominałam wyżej. Macie tak czasem, że nie widzicie kogoś kilka lat i po tym czasie trochę głupio Wam napisać do tej osoby? Też to mam. Ale gdy tylko wrzuciłam na facebooka info, że będę w Londynie, dostałam propozycję spotkania, zarówno od Daniela, jak i od Rafała. Znamy się od lat szczenięcych, spokojnie mogę powiedzieć, że od podstawówki, ale gdy Daniel wyjechał do UK 8 lat temu, a Rafał 3 lata temu dostał się do jednej z najlepszych szkół tanecznych na świecie, nasz kontakt się urwał. Trochę się obawiałam, jak to będzie, spotkać się po tylu latach, ale okazuje się, że właśnie to były najlepsze momenty wyjazdu. Przy okazji poznałam dwie różne historie 'zaczynania od zera' w Londynie i zdałam sobie sprawę, że ten 'londyński sen', o którym marzyłam (pewnie podobnie jak wiele innych osób), nie jest zawsze taki przyjemny. Myślę, że Rafał i Daniel to przeczytają, więc: dziękuję Wam bardzo! ♥

Na koniec obiecana video-relacja. Jakościowo daleka od ideału, ale aparat, który miał mi służyć do przygotowania tego filmu, zepsuł się jeszcze na lotnisku w Warszawie, więc całość nagrana została telefonem. Nie sposób było nagrać wszystkiego co się działo, ale może spodoba Wam się taka szybka forma wglądu w mój wyjazd. Enjoy! ;-)


Jeśli macie jakieś pytania dotyczące wyjazdu - piszcie, postaram się pomóc. I pochwalcie się koniecznie, gdzie w tym roku byłyście/gdzie się wybieracie! Ja zabieram się do pracy, odpisywania na maile i ogarniania rzeczywistości, bo za niecały miesiąc ruszam w kolejną podróż. ;-)

czwartek, 24 lipca 2014

HAUL | LONDYN ONCE AGAIN

Witajcie!
Melduję, że wróciłam! Nie obyło się bez przygód - samolot powrotny spóźnił się 4 godziny, przez co uciekł mi ostatni pociąg do domu i musiałam spać na lotnisku, a do tego nabawiłam się przeziębienia, chociaż w Londynie było gorąco jak na Majorce - dzięki, klimatyzacjo! Najważniejsze jednak, że jestem już w domu - w końcu mogę sobie odpocząć!
Nad tym, czy i w jakiej formie pojawi się relacja z wyjazdu do Londynu, jeszcze się zastanawiam. Nie mam tak naprawdę wielu zdjęć, głównie dlatego, że moja mama jest niestety beznadziejnym fotografem, a odwiedziłyśmy te same miejsca, w których byłam rok wcześniej; zmontowanie filmu natomiast trochę potrwa i nie wiem, co z tego wyjdzie. W międzyczasie jednak, trzymając się minitradycji z zeszłego roku (tutaj relacja, tu haul), i tym razem zamierzam pokazać Wam, na co wydałam wszystkie pieniądze ;-)


Zacznę od rzeczy, które nie są dla mnie, a znalezienie ich sprawiło najwięcej problemów ;-) Markę Make Up Revolution można było kupić online już jakiś czas temu, więc nie sądziłam, że stacjonarnie pojawi się dopiero na dzień przed moim powrotem do Polski i w dodatku tylko w jednym Superdrugu (na Oxford St.). Moim celem była paletka Iconic 3 (zaskakujące, nie?), ale półki były wymiecione niemalże do czysta - udało mi się jednak kupić palety Acid Brights dla B. i Tamit (£4), a krem Soap&Glory Hand Food (£2.5) leci do Kasi.



Górny rząd to też "zamówienia", nie patrzcie na mnie tak krytycznie! ;-) Models Own Bikini i Flip Flop z kolekcji Polish for Tans są dla Kasi, a Beach Bag (również kolekcja PfT) dla Magdy. Z dolnego rzędu wybrałam sobie Beach Bag (PfT) i Pink Veneer (Hyper Gel), a Daniel ♥ wybrał dla mnie Amethyst (Velvet Goth). Za całość zapłaciłam £20, korzystając z promocji - właśnie dlatego musiałam sobie dokupić trzy sztuki. Gratis dostałam komplementy dotyczące moich paznokci i balsam do ust o zapachu gumy balonowej ;-)


Lush! Chciałoby się powiedzieć - w końcu, prawda? Ale w tym roku te zakupy wcale nie były planowane - wpadłam do Lusha tylko pochodzić, pooglądać i zorientować się, o co to zamieszanie. Trafiłam jednak na niesamowicie sympatycznego, przystojnego sprzedawcę, który przetestował na mnie różne produkty i namówił do zakupu czyścika Herbalism (£6.4). Przy kasie dorzuciłam funta i dostałam miniaturkę New Charity Pot - balsamu do rąk i ciała, z którego zysk w całości przekazywany jest na cele charytatywne. 


W Superdrugu skusiłam się tylko na kultowy rozświetlacz Make Up Academy Undress Your Skin (£3) i zrobiłam zapas ulubionej maseczki peel off - korzystając z promocji 3 za 2, za 6 sztuk zapłaciłam niecałe £4. 


Gdy w Poundlandzie trafiłam na cienie L'oreal Infailible (£1), a w sieci na informację, że są wycofywane, zdecydowałam się na najciekawszy moim zdaniem odcień - 013 Burning Black. To głęboki fiolet/czerń opalizująca na fioletowo - do wyboru był jeszcze niebieski i szary, według mnie zbyt oczywiste i 'płaskie'. Chubby Stick Clinique w odcieniu Super Strawberry był dodatkiem do gazety Glamour - sam magazyn mnie nie interesował, ale dla tego dodatku warto było wydać £2.


Na koniec jeszcze coś z dodatków - pierścionki, tzw. knuckle rings Opia (Primark), kupione za £1.5. W Primarku i na Camden Market skusiłam się jeszcze na kilka bluzek, ale te pokażę Wam już może w 'praktyce'. W tym roku Primark nie robił już na mnie takiego wrażenia, jak poprzednio - okazało się, że gdy wchodzi się do niego na spokojnie, systematycznie przeglądając wieszaki, porównując ceny, materiały czy jakość wykonania, entuzjazm i szał zdecydowanie spada. Najczęstszy argument to oczywiście 'Ewa, czy ty ubierzesz to w Polsce?!' - gdy odpowiedź brzmiała 'Nie, raczej nie', ciuch wracał na półkę. I słusznie! ;-)

Wydaje mi się, że znów udało mi się zrobić w miarę sensowne zakupy - również dlatego, że w przyszłym miesiącu czeka mnie kolejny wyjazd, a tak naprawdę niczego nie potrzebowałam. Pomagała również świadomość, że teraz mam kogo prosić o zrobienie zakupów w UK, więc nie muszę wszystkiego kupić na raz. ;-)

No dobrze, a teraz przyznajcie się - kto tęsknił i kto napisał fajną notkę w międzyczasie, którą muszę przeczytać?! Podsyłajcie linki! ;-)

poniedziałek, 7 lipca 2014

INFO | GDZIE BĘDĘ, GDY MNIE NIE BĘDZIE?

Witajcie!

Przyznaję, straciłam nieco serce do blogowania. Zaczyna mi się przejadać fakt, że kiedyś wszyscy pracowaliśmy na swoją wyjątkowość, oryginalność, staraliśmy się wybić wśród innych miejsc w sieci, a teraz stajemy się marnymi kopiami siebie nawzajem. Kopiami, które mają minimalistyczne szablony z białym tłem, toaletki Malm, pojemniki na pędzle z Ikei, biegną do Biedronki po Batiste i jedzą jak jeden mąż owsiankę, bo to zdrowe i modne. Nie wybielam się, bo niektóre z tych rzeczy też robię, ale nóż mi się w kieszeni otwiera, gdy widzę na instagramie haul - pasta do zębów i wilgotne chusteczki. Chyba kosmetyki i cały ten związany z nimi szał przesłonił nam trochę oczy... No, ale ja dziś nie o tym!

zdjęcia nie miałam jak podpisać, bo w pracy nie mam photoscape, ale jest moje, więc nie kradnij! ;-)
 Dobrze się składa, że zmęczenie materiału dopadło mnie akurat teraz - tuż przed wyjazdem. Nie będę musiała martwić się lecącymi na łeb na szyję statystykami, bo chociaż na miejscu będę miała internet, wolę skupić się na innych rzeczach.
Bierzecie czasem udział w konkursach typu "kup - zarejestruj paragon - odpowiedz na pytanie"? Nie? Ja do tej pory też nie brałam. Z ciekawości jednak sprawdziłam reklamowany w TV konkurs LOT-u i Grześków - "Gdzie grześkość cię poniesie?". Zasady były proste: trzeba było kupić dwa batoniki, zachować paragon i odpowiedzieć na pytanie. Każdego dnia pytanie dotyczyło innego miasta, a nagrodą w danym dniu były dwa bilety lotnicze (tam i powrót) do tego właśnie miasta; pytanie z piątku obowiązywało cały weekend i zwycięzcę wybierano spośród wszystkich weekendowych zgłoszeń.
Złożyło się tak, że nabrałam ochoty na wzięcie udziału, bo miasta, na które miałam chrapkę, wciąż były " w puli" - Londyn i Barcelona. Miałam dwa paragony (w tym jeden podarty, poklejony taśmą, bo mama przez pomyłkę go wyrzuciła, chociaż specjalnie w związku z konkursem kupiła wafle...), więc w piątek, 13.06, wysłałam pierwsze zgłoszenie - weekendowa walka toczyła się o Londyn, a pytanie brzmiało: "Jak spędzisz grześkie 5 o'clock w Londynie?". Wystukałam odpowiedź, podałam numer paragonu, tego nieszczęśliwie podartego, i czekałam. Nie wiązałam z tym konkursem wielkich nadziei, bo przecież tysiące ludzi wysłało swoje zgłoszenia. 
We wtorek stałam sobie grzecznie w kolejce do bankomatu, a tu nagle dzwoni telefon. "Bla, bla, bla, wygrała pani bilety lotnicze do Londynu!". Nie pytajcie o mój wyraz twarzy... :D Formalności zostały szybko dopełnione, hotel zarezerwowany. Udało mi się załapać na ostatni pokój w miejscu, w którym nocowałam w zeszłym roku - prowadzonym przez Polkę, panią Anię - Big Bed. Jest tani, przytulny, łóżka są niesamowicie wygodne, a dzielnica spokojna i dobrze skomunikowana z centrum. 

Spędzę w Londynie nadchodzący tydzień (14-22.07) i chociaż wcale tego wyjazdu w tym roku nie planowałam (bo w sierpniu skreślę z listy kolejną, nową stolicę), to niesamowicie się cieszę, że to tak wyszło. Tym razem nie nastawiam się na imprezy i zakupy, zrobiłam za to szczegółową listę miejsc, do których pójdziemy ;-) Jeśli możecie polecić mi jakieś fajne miejsce, którego nie ma w przewodnikach ani na tych internetowych listach typu "10 rzeczy, które warto zobaczyć w Londynie" - dajcie znać! ;-) 
A, właśnie! Być może zastanawiacie się, kogo zabieram ze sobą - z którą blogerką urządzę sobie angielski sabat. Jadę z moją najwierniejszą z wiernych wspierających - zawsze przy mnie, niemal od 21 lat. Czas najwyższy, żeby Mama Cat zobaczyła kawałek świata! ;-)

Na czas nieobecności być może przygotuję Wam jakąś notkę, ale jeśli nie starczy czasu - wybaczcie i odpocznijcie ode mnie. Mam nadzieję, że po powrocie znów będzie mi się chciało blogować ;-)

czwartek, 3 lipca 2014

PAZNOKCIE | RANDOM DOTS


Witajcie!

Manicure ozdobiony kropkami, czyli tak zwany dotticure, to chyba taki rodzaj zdobienia, który nie może nie wyjść i każdy sobie z nim poradzi. Zamiast kupować sondy - tego śmiesznego czegoś z kulkami na końcach, wystarczy użyć główki od szpilki wbitej w gumkę od ołówka - sama tak zaczynałam ;-)



Mój dotticure w odcieniach fioletu zmalowałam już jakiś czas temu, na egzamin, śmiejąc się, że te kropki są tak randomowe jak moja wiedza z prawa administracyjnego. Wczoraj w nocy okazało się, że egzamin zdałam (i to na 4.0!), więc chyba nie było aż tak źle ;-)

Do wykonania zdobienia użyłam białego lakieru Diadem F28 oraz fioletów/róży Paese, Savina i Lemax. Te limonkowe kropeczki, które widzicie na paznokciach, to neonowe ćwieki z Born Pretty Store. Tym razem skusiłam się na karuzelę* mieszczącą ok. 300 sztuk ćwieków, okrągłych i w kształcie gwiazdek, w sześciu różnych kolorach - znajdziecie ją tutaj. Ozdoby nakładam zawsze na mokry lakier przy pomocy świecy i pokrywam top coatem. Te neonowe ćwieki są dość małe - mają 2-3 mm, i dość płaskie, dzięki czemu dobrze przylegają do płytki, nie haczą i naprawdę trudno jest je przypadkowo zerwać, niszcząc całe zdobienie.


Jeśli wpadły Wam w oko, to na stronie BPS są teraz dostępne za 5.99$, a mój kod zniżkowy EWX31, wpisany przy zamówieniu, da Wam 10% zniżki (a wysyłka nierejestrowana jest darmowa!). Na pewno będę po te ćwieki sięgać często tego lata, jak tylko paznokcie przestaną mi się na potęgę kruszyć... ;-)


Tak z innej beczki -  po sesji miałam w planach pojawiać się tutaj częściej, ale złożyło się tak, że kilka następnych dni spędzę w pracy, a zaraz potem wyjeżdżam, a w zasadzie wylatuję na nieplanowany na ten rok trip! Część z Was, która śledzi mnie na fanpage czy instagramie, wie, o jakim wyjeździe mówię - reszta dowie się z przedwyjazdowego wpisu ;-) Pomarudzę Wam o tym, że naprawdę warto brać udział w konkursach, nawet jeśli szanse na wygraną wydają się bardzo nikłe... ;-)