niedziela, 31 sierpnia 2014

KOT W KUCHNI | SMAKI GRUZJI

Witajcie!

Kiedy padła propozycja wyjazdu do Gruzji, kojarzyłam ten kraj w zasadzie z jedną rzeczą - charakterystyczną kuchnią. Nie dziwota więc, że swoją relację z podróży rozpocznę właśnie od tego aspektu - pokażę Wam, co ciekawego w Gruzji można zjeść i jak mniej więcej kształtuje się to cenowo.

Pierwsze spotkanie z gruzińskim sposobem jedzenia i potrawami zaliczyłam już o poranku, tuż po przylocie. W związku z tym, że pierwszą noc spędziłam u typowej, gruzińskiej rodziny, miałam okazję zobaczyć, jak wygląda zwykłe, domowe śniadanie - nie ukrywam, zaskoczyło mnie obfitością i sposobem podania! Pierwsza na stół wjechała oczywiście kawa - ta, którą pili moi gospodarze, była mała i mocna, ja na szczęście dostałam wersję delikatniejszą, rozpuszczalną. Później pani domu podała owoce - winogrona i śliwki, a po nich ciasto. I to nie byle jakie - śniadanie zaczęło się bowiem od tortu z kremem!
Chwila przerwy, zmiana zastawy i na stole pojawiają się: chleb, ser, wędliny, śliwkowy sos - tkemali, sałatka z grubo siekanych ogórków i pomidorów oraz pieczone mięso z kurczaka. Oczywiście moi gospodarze dbali o to, by mój talerz ani przez chwilę nie był pusty - przekonanie Gruzina, że nie jest się już głodnym (nie znając języka!), jest trudniejsze, niż wytłumaczenie tego własnej babci, mówię Wam! 

Takie obfite śniadanie spokojnie wystarczyło mi na cały dzień - dopiero wieczorem zdecydowałam się spróbować chaczapuri.

Chaczapuri imeruli - ok. 1.5-3 GEL.
Chaczapuri (chaczo - twaróg, puri - chleb) to po prostu chleb z serem. Rodzajów tych gruzińskich placków jest kilka, a oprócz nazwy różnią się między sobą kształtem i nadzieniem - na zdjęciu wyżej próbuję chaczapuri imeruli (z serem w środku), ale są też jeszcze wersje z serem na zewnątrz, z fasolą czy mięsem. 
Szczególnym rodzajem chaczapuri, na które warto wybrać się do restauracji, jest chaczapuri adżarskie. Podawane jest w formie łódeczki z ciasta zapiekanej z serem, na którą wybija się jajko i dodaje kawałek masła. By zjeść takie chaczapuri, należy oderwać kawałek ciasta i zamoczyć w masie serowo-jajecznej. W restauracji Samikitno, w której w większości się stołowałam, ten rodzaj chaczapuri podawany jest w różnych rozmiarach - dla mnie najmniejsze było dużo za duże. Ciekawe jak wygląda największe!

Chaczapuri adżarskie - ok. 3-5 GEL
Chinkali - 0.6-0.8 GEL/sztuka
Nie ma kuchni gruzińskiej bez chinkali - sakiewek z ciasta, wypełnionych rosołkiem i siekanym mięsem z kolendrą, warzywami lub grzybami. Ich zjedzenie wymaga odpowiedniej techniki - łapiemy za 'ogonek', obracamy, nadgryzamy, wypijamy rosołek i wtedy dopiero zjadamy resztę, zostawiając ogonek na talerzu. Podobno żeby zaimponować Gruzinom podczas biesiady, wystarczy nie uronić ani kropli - mi się prawie udało ;-)
Próbowałam wersji z mięsem i z grzybami - bardziej smakowała mi chyba ta druga; sakiewki mięsne były zbyt mało pikantne. W ogóle kuchnia gruzińska jest aromatyczna i pełna przypraw, ale za słona na moje kubki smakowe. Jednakże ilość soli w daniach nie dziwi, jeśli weźmie się pod uwagę, że przy temperaturach 45-50* Celsjusza sól dobrze zatrzymuje wodę w organizmie.

Bakłażany z pastą orzechową - ok. 5 GEL.
Potrawą, której koniecznie chciałam spróbować, głównie dlatego, że nigdy nie jadłam oberżyny, były właśnie bakłażany zawijane z pastą orzechową. Okazało się, że podawane są jako przystawka, na zimno. Pasta orzechowa jest dość gorzka, a bakłażany sprawiają wrażenie tłustych i papkowatych - zdecydowanie nie podeszło mi to danie.

Ser sulguni z miętą - 6 GEL.
Na przystawkę można wybrać także sery, a spróbowanie sera sulguni z miętą jest podobno obowiązkiem, gdy odwiedza się restaurację Oasis Club, otworzoną przez Polaków w Udabnie, na południu Gruzji (trasa do Dawid Gareji). W smaku i strukturze przypomina nieco mozarellę, a mięta dodaje fajnego aromatu.

Charczo.
Zauważyłam, że gruzińska kuchnia nie może obejść się bez mięsa - potwierdziło się to, gdy Kasia wyłowiła ze swojej zupy charczo (zupa podobna do gulaszowej, na mięsie, z ryżem i mieszanką przypraw chmeli suneli) kawał mięsa z kością! Spróbowałam odrobiny i doszłam do wniosku, że przypomina słono-pikantną pomidorową ;-)

Shashlik - szaszłyk wieprzowy - 10 GEL.
Mięso, wszędzie mięso! ;-) Podczas ostatniej wizyty w restauracji Samikitno wybrałam shashlik - szaszłyk wieprzowy, podawany z frytkami i klasycznym dodatkiem, czyli sałatką z grubo siekanych pomidorów i ogórków. Porcja zdecydowanie sycąca, wystarczy dla jednego głodomora ;-)


Co do picia? Albo jasne piwo (niecałe 2 GEL za 0.6 litra), według mnie pachnące bananami i bardziej gorzkie, niż polskie, albo różne rodzaje lemoniady - wyżej po lewej lemoniada z cytryną i blendowaną mięta, którą piłyśmy w pubie KGB. Bez trudu w menu większości restauracji znajdziecie też drinki - po prawej urodzinowa pinacolada (12 GEL). Jeśli Gruzja i alkohol, to oczywiście też wino i wódka (czacza) - ja nie jestem fanką ani jednego, ani drugiego alkoholu, więc tego nie próbowałam.

Kot, miłośnik lemoniady estragonowej w polskiej restauracji Oasis Club. Butelka ok. 1.5-2 GEL, w zależności od miejsca i pojemności.
Jeśli zapytalibyście mnie, co najbardziej smakowało mi w Gruzji, bez wahania wybrałabym kebab z budki przy metrze na Rustaweli (mały 3.5 GEL), który nie załapał się na zdjęcie, oraz to, co widzicie wyżej - lemoniada estragonowa. Tak jak wspominałam, w Tbilisi dostępne są różne rodzaje lemoniady (m.in. czekolada, wiśnia, cytryna, śmietanka, estragon, gruszka), ale ze wszystkich, które próbowałam (cytryna, gruszka, estragon) wybieram właśnie tę, zieloną, smakującą nieco jak anyżkowe cukierki.

2 desery lodowe, 6 kulek i butelka lemoniady - ok. 22 GEL.
Na deser warto spróbować czurczeli - moje nie załapały się na zdjęcie, ale uwierzcie na słowo, jadłam, a nawet przywiozłam do Polski. To nanizane na nitkę orzechy (m.in. włoskie, laskowe) w masie z soku winogronowego. Z daleka wyglądają jak świeczki, ale to takie gruzińskie snickersy ;-) Znajdą tylu fanów, co antyfanów - poczęstowałam nimi kilka osób i wśród nich tylko jedna powiedziała, że są pyszne, reszta uznała, że nie mają smaku.

Wszędzie dostępne są oczywiście lody - polecam jeść w ilościach racjonalnych... My niestety nie umiałyśmy dogadać się z kelnerem (minus większości miejsc w Tbilisi - obsługa nie zna angielskiego), więc przy próbie wybrania smaku do deserów lodowych dostałyśmy nasze desery, w wersji jak z karty, a do tego po trzy gałki osobno... Nigdy nie zjadłam tylu gałek na raz!

Lody z Luca Polare - 2.5 GEL/gałka.
 Nie przeszkodziło nam to jednak w wybraniu się dwa dni później do najlepszej lodziarni w Tbilisi - Luca Polare. Gałka kosztuje co prawda 2.5 GEL, ale jest przynajmniej dwukrotnie większa, niż te, które dostajemy w Polsce, a lody naprawdę przepyszne.

Gruzja zachwyca aromatami, a biorąc pod uwagę, że taki niejadek jak ja, codziennie znalazł w menu coś na obiad, docenić można też różnorodność kuchni i serwowanych potraw. W restauracji trudno o pizzę czy spaghetti, więc warto odważyć się i spróbować czegoś nowego - możemy być mile zaskoczeni nieznanymi dotąd smakami!


Kto był w Gruzji i powie mi, co dobrego przegapiłam w menu? A komu pociekła ślinka na widok tych pyszności? ;-) Relacja z podróży oraz wideo na youtube już wkrótce, stay tuned!

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

M·A·C | RUSSIAN RED


Witajcie!

Szminki M·A·C to kosmetyki kultowe i na ich temat powiedziano już chyba wszystko. Mi były do niedawna obojętne - owszem, myślałam o tym, że kiedyś, w odległej przyszłości chciałabym mieć w swojej kolekcji chociaż jedną (koniecznie czerwoną), ale nie robiłam nic, by ją zdobyć. Posty mrMajlajfa, prezentujące kolejne kolory szminek, podsycały apetyt, ale zdrowy rozsądek mówił kategoryczne 'nie'. Do czasu... Bo po raz kolejny uśmiechnęło się do mnie szczęście ;-) Majlajf zorganizował rozdanie, w którym uczestniczki same miały zdecydować, którą szminkę chcą wygrać - ja zostawiłam Wojtkowi wybór; napisałam, że jeśli wygram, chcę, żeby to on za mnie zdecydował między Russian Red a bodajże Patisserie. Iiii... Wygrałam!


W moje ręce trafiła czerwień idealna, której do tej pory w mojej kosmetyczce brakowało. Russian Red, jedna z najpopularniejszych szminek M·A·C, to chłodna, czysta, bardzo kobieca  czerwień, która współgra z większością typów urody i w dodatku optycznie wybiela zęby. 
Już samo opakowanie krzyczy 'luksus!' (przynajmniej w zestawieniu z innymi moimi szminkami) - czarne, ze srebrnymi mikrodrobinkami, skromnym logiem marki, zamykane na klik. Poszczególne kolory z serii podstawowej wyróżniają naklejki na dolnej części sztyftu, na których znajduje się nazwa szminki oraz typ wykończenia. 



Russian Red charakteryzuje się wykończeniem matowym. Nie jest to jednak tępy mat, jaki znamy z drogeryjnych szminek. Sztyft gładko sunie po ustach i równo się rozprowadza, nie podkreśla załamań i suchych skórek (chociaż przed aplikacją warto wykonać peeling). Może lekko wysuszać, ale temu zaradzi odpowiednia pielęgnacja.
Aspekt, który najbardziej mnie zachwycił, to - oprócz koloru - trwałość. Szminka jest nie do zdarcia przez dobre 7-8 godzin, przetrwa nawet jedzenie i picie. Ściera się dość równomiernie, więc nie trzeba co chwilę kontrolować jej stanu w lusterku.

Chociaż cena jest dość zaporowa, jak na portfel studentki - 86zł za 3g, to mam już upatrzone kolejne kolory. Następna będzie na pewno Candy Yum Yum - dzięki Asi miałam okazję ponosić ją kilka godzin na ustach i przepadłam. Mam nadzieję, że nadchodzące urodziny okażą się dobrym pretekstem do zakupu ;-)

Macie którąś ze szminek M·A·C? A może nie ciągnie Was w ich stronę?


czwartek, 21 sierpnia 2014

PAZNOKCIE | FALLING INTO CHEVRON


Witajcie!

Jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, to siedzę teraz na warszawskim lotnisku, czekając na samolot do... Tbilisi! To właśnie o tej podróży wspominałam Wam po powrocie z Londynu. Jak zwykle po powrocie zdam Wam filmowo-fotograficzną relację z gruzińskich wojaży, tymczasem zapraszam na przygotowane wcześniej posty - będą pojawiać się automatycznie. ;-)

Nie da się ukryć, że stemplowanie podoba mi się coraz bardziej ;-) Jeszcze miesiąc czy dwa temu marudziłam, że nigdy nie będę stemplować, że to nie dla mnie - teraz stempel i płytka to akcesoria, po które sięgam najczęściej!

Do zdobienia, które chciałam Wam dziś pokazać, jako bazę wykorzystałam jak zwykle biały lakier Diadem F-28. Wzór chevron z płytki B. Loves Plates B.01 - geometry is perfect! odbiłam lakierami Models Own Beach Bag (ta neonowa brzoskwinka znajduje się też na kciuku i małym palcu) i Essence 03 A piece of forever - okazało się, że to metaliczne złoto świetnie nadaje się do stempli!


Wzór wydawał mi się dość delikatny, więc dodałam jeszcze ciemniejszy akcent - liść (odbity lakierem Essence 99 wanna say hello), pochodzący z płytki W-22*, którą wybrałam sobie w ramach współpracy od Born Pretty Store.  
Przy okazji wypada powiedzieć kilka słów na temat samej płytki, bo choć niewielkich rozmiarów (średnica 6 cm) - naprawdę zasługuje na uwagę.



Płytka liczy 13 wzorów, najmniejszy ma wysokość ok. 1,0 cm, największy 1,5 cm. Teraz już nawet nie pamiętam z uwagi na który z nich zapragnęłam płytki - podejrzewam, że był to któryś z kwiatowych lub gwiazdki. ;-) Jak widzicie wyżej, wszystkie odbijają się całkiem dobrze - jedynym problematycznym wzorem był właśnie liść. Okazało się jednak, że zmiana stempla na bardziej lepki wystarczyła, by wzór odbijał się dokładnie.
Jeśli płytka wpadła Wam w oko, znajdziecie ją w dziale nail art, dokładniej tutaj - w tej chwili kosztuje 2,99$; przesyłka nierejestrowana jest darmowa, a z moim kodem rabatowym EWX31 dostaniecie 10% zniżki. 

Klasycznie zapytam - jak podoba Wam się takie wykorzystanie stempli? ;-)



poniedziałek, 18 sierpnia 2014

MAYBELLINE | COLOR SENSATIONAL 148 SUMMER PINK


Witajcie! 

Mazidła do ust wszelkiego rodzaju to takie dziwne kosmetyki, które się same mnożą. Mówię Wam, mogę nałożyć sobie ban zakupowy, nie spoglądać nawet w stronę szaf ze szminkami w drogerii, a one jakoś i tak znajdują drogę do mojej kosmetyczki. Nie ma sensu, żebym robiła post zbiorczy, bo ich ilość ciągle się zmienia (na 18.08. stan wynosi: 22 szminki, 1 chubby stick, 1 szminka w kredce, 6 błyszczyków, 4 lakiery do ust), natomiast zamierzam poświęcić każdej lubianej osobny post. 

Bohaterka dzisiejszego posta, szminka Maybelline Color Sensational w odcieniu 148 Summer Pink, trafiła do mnie w czasie majowego -40% w Rossmanie. Wiedziałam, że chcę coś do ust, ale nie bardzo wiedziałam, co konkretnie. Summer Pink przyciągnęła mnie nazwą i kolorem naklejki, więc trafiła do koszyka, a zaraz potem do... ulubieńców!


Plastikowe opakowanie jest charakterystyczne dla produktów Maybelline, bardzo podobne ma żelowy błyszczyk Color Sensational Popstick, o którym pisałam tutaj. Wygląda estetycznie, nie zacina się, nie otwiera w torebce i nie pęka - przetrwało nawet niełatwe warunki w ciasnym bagażu podręcznym.

Szminka CS o właściwościach nawilżających rozprowadza się na ustach dużo łatwiej, niż wspomniany żelowy błyszczyk - jej lekko masełkowa konsystencja sprawia, że sztyft sunie po ustach bez problemów, ale nie topi się i nie łamie. Spokojnie można nakładać ją bez pomocy lusterka, a do poprawek nie trzeba nosić ze sobą pędzelka. A propos poprawek - nie obędzie się bez nich, zwłaszcza po jedzeniu. Bez niego szminka wytrzymuje ok. 4 godzin (uczucie nawilżenia nieco dłużej!), co przy takiej konsystencji jest bardzo dobrym wynikiem.


Żeby nie było, że nie uprzedzałam - kolor szminki różni się od tego, co widoczne jest na naklejce - to nie jest zwykły ciepły róż... Ale, żeby było zabawniej, na stronie Maybelline przedstawiona jest jako zgaszony, brudny róż, wpadający w mauve - to też nie to! W rzeczywistości Summer Pink to róż podbity fioletem, o ciekawym wykończeniu -  daje efekt delikatnie mokrych ust, pokusiłabym się o stwierdzenie, że to wykończenie frost, w którym można szukać przebłysków srebra. Na początku ten efekt  w ogóle mi się nie podobał, ale już po drugiej aplikacji byłam zakochana - i nadal jestem! Szminka świetnie ożywia cały makijaż i idealnie nadaje się na lato ;-)

Summer Pink narobiła mi ochoty na inne szminki z tej serii - możecie mi polecić jakiś kolor?  No, i większy koszyk na mazidła do ust, bo obecny pęka w szwach... ;-)


piątek, 15 sierpnia 2014

B. LOVES PLATES | B.01. GEOMETRY IS PERFECT!*

Witajcie!

Marzenia się nie spełniają, marzenia się spełnia. Brzmi znajomo? Być może znacie już ten cytat z blogów Yasinisi czy B. - cóż, ten wycinek mojej rozmowy z Anią stał się już  swego rodzaju 'hasłem reklamowym' całego przedsięwzięcia, znanego jako B. Loves Plates. 
A, czekajcie - nie wiecie, o co chodzi? Już tłumaczę. Za górami, za lasami... Tak naprawdę w zupełnie nieodległym kawałku Internetu żyje sobie zakręcona blondynka, która oddała swoje serce między innymi lakierom do paznokci i stemplowaniu. Chciałoby się powiedzieć - jak wiele z nas. Ale czy ktoś inny przestał wyłącznie marzyć i postanowił przekuć swoje wizje stworzenia płytek do stemplowania w coś realnego? Jeśli znacie B., wiecie, że tego pozornie awykonalnego zadania mogła podjąć się tylko ona!

Chociaż od początku starałam się być 'realistyczno-pesymistycznym' okiem doradczym, żeby B. nie uniosła się w powietrzu, niesiona na swojej chmurce energii i entuzjazmu, to gdy w moje ręce trafiła jeden z pierwszych egzemplarzy płytki B.01 - geometry is perfect!, moje wątpliwości ustąpiły miejsca fali dumy i radości. W tym miejscu wielkie podziękowania dla Ani - za to, że zniosła moje marudzenie i mimo wszystko powierzyła mi jedno ze swoich 'dzieci' pod opiekę ;-)


Przechodząc do aspektów technicznych: płytka ma wymiary 9,5 x 14,5 cm, a same całopaznokciowe wzory, których na płytce jest 21 - 1,6 x 2,0/2,1 cm. Tył zabezpieczony jest tęczową naklejką, która chroni  brzegi oraz pozwoli bez trudu odnaleźć płytkę wśród innych; wzory osłania niebieska folia ochronna, którą należy zdjąć przed pierwszym stemplowaniem.

Jak z samej nazwy płytki wynika - B.01 geometry is perfect! to zbiór różnych geometrycznych wzorów - od mozaik, przez chevron, 'popękane szkło', kończąc na azteckim princie. Początkowo myślałam, że właśnie ten aztecki wzór będzie moim ulubionym, ale gdy na próbę odbiłam stemple na kartce, przepadłam - nie jestem w stanie wybrać ulubieńca, bo każdy ma coś w sobie. Ponadto wszystkie wzory odbijają się idealnie, co dla mnie było zupełnym novum - zazwyczaj na tyle wzorów któryś jest gorszej jakości. Zresztą, zobaczcie sami! Zdjęcie należy do Yasinisi, na nim (dużo lepiej niż na moim) widać, jak czytelne są wzory:

źródło: http://yasinisi.blogspot.com/2014/07/b-loves-plates-geometry-is-perfect.html

Pokazywałam Wam już efekt 'spękanego szkła' w tym poście, czas na prezentację kolejnego wzoru w akcji:



Tym razem na żółtym lakierze Flormar 420 znalazł się wspomniany aztecki wzór, a saran wrap powstał z połączenia białego Diademu F28, Bell Air Flow i NYC Bowery Black. Spękane, suche skórki nie pozwoliły mi do końca doczyścić okolic płytki, więc proszę o wybaczenie ;-)

Co sądzicie o zrealizowanym marzeniu B.? Jeśli podobnie jak ja nie możecie się już doczekać otwarcia sklepu i kolejnych wzorów, śledźcie B. Loves Plates na facebooku - tam najszybciej pojawiają się newsy ;-)


wtorek, 12 sierpnia 2014

RIMMEL | WONDER'FULL MASCARA WITH ARGAN OIL*


Witajcie!

Zazwyczaj unikam publikowania recenzji produktu zaledwie po tygodniu jego używania; tym razem jednak to sama marka Rimmel dała swoim ambasadorkom 7 dni na ocenę ich nowego produktu - maskary Wonder'Full.
W związku z tym poddałam tę nowość w swojej kosmetyczce intensywnym testom, by zdążyć z recenzją, póki w drogeriach trwają promocje 'na start'. W tej chwili cena tego tuszu znajduje się gdzieś w przedziale 20-30 zł, w zależności od drogerii.
Nie wiem, jak można w tak krótkim czasie ocenić aspekty pielęgnacyjne (podobno olej arganowy zawarty w składzie ma wpływać na poprawienie kondycji rzęs, wygładzić je, odżywić i dodać im blasku), także tę część recenzji pozwolę sobie pominąć ;-)


Pierwsze, co zwraca uwagę, to solidne, miedziano-złote, zamykane na klik opakowanie z logo Rimmel na zakrętce. Przyciąga uwagę w kosmetyczce, ponadto mam wrażenie, że profilowana część opakowania lepiej leży w dłoni w czasie malowania rzęs. 

Poprawcie mnie, jeśli się mylę, ale chyba najważniejszy 'składnik' dobrego tuszu do rzęs to szczoteczka. Miłośniczki klasycznych, niedużych aplikatorów nie będą zadowolone - Wonder'Full wyposażona jest w wielką silikonową szczotę z niezliczoną ilością ząbków, ustawionych rzędami. Co ciekawe, mimo wielkości jest naprawdę giętka i łatwo nią operować nawet w kącikach oczu. Nabiera odpowiednią ilość produktu, który w miarę równo rozprowadza na rzęsach. 


Zazwyczaj tusz musi odleżeć swoje, zanim będzie nadawał się do użytku. Wonder'Full robi nam tu pozytywnego psikusa i nadaje się do malowania od razu - dla mnie na samym początku był minimalnie zbyt wilgotny, ale pod względem konsystencji teraz jest już idealny.

Wszystko pięknie - ładnie, no ale co z efektem, jaki daje nowa maskara Rimmel? 
Cóż, zdecydowanie nie jest to efekt 'wow', powiedziałabym, że nienachalny, dzienny. Pierwsza warstwa wygląda bardzo delikatnie i naturalnie (zbyt lekko jak dla mnie), kolejne zdecydowanie potęgują efekt, ale! Nawet przy trzech warstwach rzęsy są sprężyste, nieobciążone, dodatkowe warstwy nie powodują tworzenia się grudek tuszu czy sklejania.
Zamiast obiecywanego przez producenta pogrubienia widzę przede wszystkim wydłużenie, ale nie stanowi to dla mnie problemu, zwłaszcza, że tusz nie kruszy się i nie stawia oporów przy zmywaniu.



Postanowiłam jeszcze poddać tusz testom 'ekstremalnym', by sprawdzić, jak zachowa się w kontakcie z wodą/łzami oraz w trakcie pocierania. Tutaj niestety nastąpiła klęska - sama woda nie zrujnowała makijażu, ale już pierwsze mrugnięcie sprawiło, że tusz odbił się na powiece. Pocieranie na sucho nie wyrządziło wielkich szkód, spowodowało tylko lekkie rozmazanie się tuszu, natomiast pocieranie na mokro zamieniło mnie w ubłoconą pandę - cały tusz emigrował z rzęs na policzki.

Summa summarum Wonder'Full może nie jest maskarą, która zagwarantuje każdemu wachlarz idealnie rozczesanych, pogrubionych rzęs, ale do codziennego makijażu nada się świetnie. Mam nadzieję, że za jakiś czas nie zmieni swoich właściwości i nie rozczaruje mnie, bo wtedy zdecydowanie będę Wam ją odradzać. Na razie polecam miłośniczkom nieprzerysowanego, naturalnego looku.
Tak na marginesie - nie macie wrażenia, że teraz do wszystkiego dodaje się olejek arganowy? Zastanawiam się, czy np. w tuszu do rzęs ma on szanse pokazać swoje właściwości, czy to tylko chwyt reklamowy i wabik na klientów...?

Miałyście okazję sprawdzić nowość Rimmel na swoich rzęsach? Co sądzicie o maskarze Wonder'Full? ;-)

piątek, 8 sierpnia 2014

PAZNOKCIE | AMETHYST BROKEN GLASS

Witajcie!

Zdobienie, które chciałabym Wam dziś pokazać zdecydowanie nie należy do moich najbardziej udanych i cały czas zastanawiam się, co mi w nim nie leży. 
Pokazuję je jednak z dwóch, a w zasadzie trzech przyczyn - po pierwsze to moje pierwsze udane podejście do stempli całopaznokciowych! Do tej pory nigdy nie wychodziły, bo stary stempel przypominał twardością kawałek cegły, ale po stuningowaniu nowego stempla od B. efekty są o niebo lepsze. 
Po drugie, strasznie dawno nie pojawił się tu post związany z paznokciami, a zauważyłam, że zazwyczaj te zdobienia, które mi się podobają, Wy przyjmujcie letnio i odwrotnie - może tym razem się okaże, że to, które mi nie do końca pasuje, Wam przypadnie do gustu.

Trzecia, zarazem najważniejsza przyczyna to historia samego wzoru. Pochodzi on bowiem z pierwszej płytki zupełnie nowej marki - B. Loves Plates. Brzmi znajomo? Tak, dobrze kojarzycie - to marka stworzona przez polską blogerkę, śmiało mogę powiedzieć - królową stempli - B. Dostąpiłam zaszczytu przetestowania płytki B.01 - geometry is perfect! - zanim pojawi się ona w regularnej sprzedaży (a to już niedługo!). O samej płytce napiszę więcej w którymś z kolejnych postów, na razie pokażę Wam tylko pierwsze efekty jej użycia.



Baza do stempli to oczywiście niezastąpiony biały lakier Diadem F28, a stemple wykonane są czarnym Golden Rose Rich Color 35. Do kolorowania użyłam lakierów: Barry M Prickly Pear, Golden Rose Sweet Color 39, OPI Dim Sum Plum i Hean 844. 
Wzorowi 'połamanego szkła' towarzyszy najtrudniejszy do sfotografowania lakier, jaki kiedykolwiek miałam - Models Own Amethyst; o nim będzie jeszcze w przyszłości.


Na koniec standardowe pytanie - kolejne, tym razem całopaznokciowe, stemplowe podejście jest do przyjęcia, czy zmywać i nie mówić głośno, że próbowałam? ;-)

wtorek, 5 sierpnia 2014

WYDARZENIE | ORGANIQUE W KATOWICACH

Witajcie!

Jeśli mieszkacie na Śląsku i do tej pory cierpiałyście na deficyt miejsc, w których można kupić produkty Organique, mam dla Was dobrą wiadomość - 1.08. otwarte zostało stoisko tej marki w Silesia City Center w Katowicach. 

Wyspa już z daleka przyciąga zapachem. Ilość produktów Organique zebrana na niewielkiej przestrzeni może przyprawić o oczopląs i szaleństwo zmysłów - nie dość, że większość produktów można powąchać (a kombinacje zapachowe są naprawdę niesamowite!), to jeszcze problemem nie jest ich przetestowanie. Panie pracujące na wyspie są bardzo sympatyczne i kompetentne, chętnie udzielają informacji na temat zastosowania kosmetyków czy ich składów, także gdybyście od nadmiaru wrażeń nie umiały się zdecydować - oddajcie się w ich ręce, a na pewno będziecie zadowolone ;-)



Podczas otwarcia, na które zaproszone zostały niektóre śląskie blogerki kosmetyczne, można było skorzystać z bezpłatnego masażu dłoni - do wyboru były różne balsamy - m.in. winogronowy, na który zdecydowała się B., Afryka wybrana przez Asię czy żurawinowy, który wybrałam dla siebie, a także olejek sezamowy z olejkami eterycznymi - zabieg był zadziwiająco przyjemny; chociaż całość odbywała się w centrum handlowym, można było odpłynąć i naprawdę się zrelaksować, a moje suche skórki dookoła paznokci zdecydowanie potrzebowały takiego nawilżającego kopa.



Oczywiście nie obyłoby się bez małych zakupów, także spodziewajcie się recenzji pianki peelingującej, która swoim zapachem owocowej sałatki chwyciła mnie za nos i serce ;-)
Jeśli będziecie w pobliżu, koniecznie zajrzyjcie na wyspę Organique - polecamy my - trzy atomówki! ;-)

Bajka, Bójka i Brawurka, a na ustach u wszystkich cukier, słodkości i inne śliczności - Candy Yum Yum MAC.