poniedziałek, 22 września 2014

CLINIQUE | CHUBBY STICK 07 SUPER STRAWBERRY

Witajcie!

O Chubby Stickach Clinique w blogosferze mówiło się swego czasu dużo i dobrze, dlatego gdy miniaturka tegoż produktu była dołączona do sierpniowego wydania angielskiego Glamour - nie mogłam sobie odpuścić zakupu.
Z dwóch dostępnych wariantów wybrałam ciemniejszy, z palety fioletów - 07 Super Strawberry; wydawało mi się wtedy, że jaśniejszy - Woppin' Watermelon - nie będzie w ogóle widoczny na moich ustach.
Okazało się, że odcień, który wybrałam, jest dosłownie 2-3 tony ciemniejszy od mojego naturalnego koloru ust, więc jest takim idealnym kolorem 'to-go'. Delikatnie wpada w fiolet/wiśnię, więc jest zarazem w sam raz na nadchodzącą jesień - ciemne szminki to jedyny aspekt tej pory roku, który uwielbiam! 


Chubby Stick to gruba, wykręcana kredka o masełkowej konsystencji, która lekko sunie po ustach, zostawiając nielepiącą się warstewkę koloru. Efekt można stopniować, ale nie uzyska się nią pełnego krycia; do poprawek w ciągu dnia nie trzeba używać lusterka.
Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie trwałość - bez jedzenia i picia kredka utrzymuje się na ustach ok. 4 godzin, ściera się stopniowo i równomiernie, pozostawiając mgiełkę koloru.
Dzięki lekkiej, nawilżającej formule nie podkreśla suchych skórek, wspomaga pielęgnację ust - jest fajnym zamiennikiem zwykłego, bezbarwnego balsamu. W dodatku pasuje do wszystkich makijaży i świetnie sprawdzi się także w dni, kiedy nie mamy ochoty na malowanie, ale chcemy delikatnie poprawić kolor ust.


Jedyny aspekt Chubby Sticków, który sprawia, że nie planuję zakupu kolejnych sztuk, to cena. Wg strony producenta pełnowymiarowy produkt kosztuje 17$, co jednak moim zdaniem nie jest adekwatne - kredki są fajne, wygodne w użyciu, ale za takie pieniądze wolę kupić kryjącą szminkę ;-)

Miałyście do czynienia z taką formą mazideł do ust? Może znacie tańsze 'masełka koloryzujące', które możecie mi polecić?

piątek, 12 września 2014

ORGANIQUE | CUKROWA PIANKA PEELINGUJĄCA


Witajcie!

Pamiętacie, jak w poście Organique w Katowicach pisałam Wam o tym, że skusiłam się na zakup cukrowej pianki peelingującej? Nadszedł czas, by napisać (ku przestrodze) o zderzeniu moich oczekiwań z rzeczywistością. Niestety, okazało się, że nie ma się czym zachwycać...


Zacznijmy oczywiście od tego, że Sugar Whip Peeling, czyli właśnie cukrowa pianka myjąca, mieści się w plastikowym słoiczku o pojemności 100ml, a na jego zakrętce wytłoczone jest logo marki. Co do tych aspektów nie mam oczywiście żadnych zarzutów - opakowanie nie potłucze się przy upadku w łazience, a otworzyć je można również mokrymi dłońmi. 

Po otwarciu pierwsze na co zwróciłam uwagę, to oczywiście wspaniały zapach owoców - moja wersja zapachowa to Owocowy Koktajl i pachnie dokładnie jak napój winogronowy, który lubiłam w dzieciństwie (pamiętacie, Biedronka miała coś takiego, w 1.5-litrowych butelkach! :D). Początkowo byłam nim naprawdę zachwycona i otwierałam słoiczek tylko po to, żeby sobie powąchać. Jak się domyślacie - to się zmieniło. Odniosłam wrażenie, że po jakimś czasie produkt się... utlenił? W każdym razie - zmienił zapach i daleko jest mu już do tego przyjemnego, owocowego aromatu. Nie jestem w tych odczuciach odosobniona - Ania również zwróciła na to uwagę. 


Liczyłam, że w czasie używania przyjemny zapach wróci i utrzyma się na skórze. Niestety, tu też nastąpiło rozczarowanie. W kontakcie z wodą pianka zaczyna pachnieć wręcz nieprzyjemnie, więc w zasadzie cieszę się, że ten aromat nie zostaje ze mną po prysznicu.

Byłam ciekawa, jak pianka peelingująca wypadnie pod względem konsystencji i siły zdzierania. Faktycznie, w dotyku kosmetyk jest dość lekki, chociaż nie do końca przypomina klasycznie rozumianą piankę. Wyczuwalne są drobinki cukru, które w kontakcie ze skórą jakoś... Znikają? Formuła pianki sprawia, że na sucho, czyli zgodnie z zaleceniem producenta, ciężko rozprowadzić produkt na ciele, a po dodaniu wody nie można mówić o jakimkolwiek zdzieraniu. Poza tym, pianka jest szalenie niewydajna - gdybym zechciała użyć jej do peelingu całego ciała, opakowanie starczyłoby góra na dwa razy! 


Przyjemny zapach, który z czasem się zmienia, kiepskie działanie, niska wydajność - to wszystko pod ładnym szyldem i za, bagatela, 19.90 zł. Mnie cukrowa pianka nie przekonała, ale jeśli Wy jesteście jej ciekawe, to występuje w dwóch pojemnościach - 100ml/19.90zł i 200ml/34.90zł, a znajdziecie ją oczywiście w sklepach Organique i w niektórych sklepach internetowych. Ja pokornie wracam do swojego ulubionego pomarańczowego peelingu myjącego z Lirene i samorobionych zdzieraków. ;-)

niedziela, 7 września 2014

KOT W PODRÓŻY | GRUZJA 2014 - TBILISI, MCCHETA, DAVID GAREJA, UDABNO

Witajcie!

Siądźcie wygodnie przed monitorami - zabieram Was w podróż. Nie bylejaką, bo z Warszawy to ponad 2100 km, ale bez obaw, nie zmęczycie się - no, chyba, że oglądaniem zdjęć ;-) Zapraszam na relację fotograficzno-filmową z mojego tygodnia w Gruzji!

Widok na centrum Tbilisi spod twierdzy Narikala.
Zacznijmy oczywiście od informacji ogólnych:
  • pomysł:  Sama w życiu nie wpadłabym na to, żeby swoje wakacyjne plany związać
    właśnie z wyjazdem do Gruzji. Skąd więc pomysł na podróż w tym kierunku? Mniej więcej w kwietniu na fanpage'u bloga zapytałam Was, do której europejskiej stolicy można jechać tanio, najlepiej samolotem. Padały różne propozycje (które mam oczywiście zamiar wykorzystać w przyszłości), ale jedna zaskoczyła mnie szczególnie - Kasia napisała o Tbilisi. Okazało się, że spędza w Gruzji wakacje i może mnie oprowadzić. Długo się nie musiałam namyślać - po tygodniu byłam pewna, że lecę!
  • bilety lotnicze: Do Gruzji można dostać się na dwa sposoby, jeśli o linie lotnicze chodzi. Albo na lotnisko Kutaisi, oddalone od stolicy o ok. 200 km, na które latają tanie linie lotnicze (Wizzair), albo LOT-em, na lotnisko Tbilisi, ok. 40 min. jazdy od centrum miasta. Oczywiście bilety na tanie linie lotnicze byłyby tańsze, ale w związku z tym, że musiałabym szukać dojazdu w nocy, zdecydowałam się na zakup droższych biletów i lądowanie bliżej celu. Z Warszawy wyleciałam nieco spóźniona, po 23.00, a na miejscu byłam po 3.5 godzinach lotu, ok. 4.30 lokalnego czasu (UTC/GMT +4). Koszt: 1260 zł.
  • dojazd z lotniska: W ciągu dnia nie jest problemem - w godzinach 7:00-22:00 kursują autobusy linii 37 (koszt przejazdu: 50 tetri - ok. 90gr), można również jechać taksówką. Ja miałam jednak duże szczęście i... skorzystałam z gruzińskiej serdeczności! Na 2 miesiące przed wyjazdem, zupełnym przypadkiem poznałam na Instagramie Svietlanę, której mąż, Giorgi, jest kierowcą taksówki. Pominę tutaj całą historię, ale Svieta bardzo pomogła mi w organizacji wyjazdu, odpowiadała cierpliwie na wszystkie pytania i pomagała jak tylko mogła. Dzięki niej i jej mężowi miałam nie tylko transport z lotniska - gdy Svietlana dowiedziała się, że nie mogę zameldować się w hotelu do 14:00 następnego dnia, zaproponowała, że mogę przenocować w jej domu, rano dostanę kawę i śniadanie, po czym Giorgi odwiezie mnie do hotelu - niesamowite, prawda? Niestety, nie miałam okazji poznać jej osobiście, ale jej rodzina - Giorgi, jego rodzice i siostra Marina - przyjęła mnie bardzo ciepło i mimo barier językowych daliśmy radę się dogadać ;-) Koszt: 15$.
  • nocleg: Skorzystałam ze strony booking.com i znalazłam pensjonat Babilina - ulokowany w samym centrum miasta. Chociaż z obiecywaną znajomością angielskiego w hotelu było kiepsko i mogłabym ponarzekać na niewielkie niedogodności, summa summarum nie było źle. Koszt za 5 nocy ze śniadaniami: 375 lari = ok. 650 zł.
  • poruszanie się po mieście i wycieczki: Po Tbilisi śmiało można poruszać się piechotą, ale trzeba być świadomym, że ciężko o klasyczne przejście dla pieszych, a kierowcy nie do końca respektują przepisy ruchu drogowego - tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć! Oczywiście są też autobusy miejskie, które są bardzo tanie i dość dobrze opisane (tablice elektroniczne na przystankach), 2 linie metra i busiki.
    Wycieczki ruszają zawsze z placu Puszkina, w samym centrum miasta, a ich koszt zależny jest od kierunku: wycieczka objazdowa z przewodnikiem, Hop On Hop Off do Mcchety i z powrotem, kosztuje 35 lari, wycieczka do David Gareja z przystankiem w Udabnie - 25 lari.
 To tyle jeśli o czystą teorię chodzi - czas zabrać się za zwiedzanie!

Carskie banie siarkowe, dzielnica Abanotubani.
Swoje pierwsze kroki w Tbilisi skierowałam w stronę miejsca, które znałam ze zdjęć i którego nie sposób nie zauważyć, będąc w centrum - mostu Pokoju i Parku Europy. Później spotkałam się z Kasią i wspólnie poszłyśmy w stronę dzielnicy Abanotubani, by zobaczyć carskie banie siarkowe, sekretny wodospad, jedyny meczet w Tbilisi, cerkiew Metechi z pomnikiem legendarnego założyciela miasta - Wachtanga Gorgasali i budynek teatru lalek z zegarem, z którego co godzinę wychodzi anioł, który uderza w dzwon. Pierwszy dzień w Tbilisi zakończyłyśmy w pubie KGB na miętowo-cytrynowej lemoniadzie.

Secret Waterfall

Most Pokoju, tzw. 'podpaska'.
Dzień drugi, z nieba leje się żar, a my wdrapujemy się na górę Mtacmindę, na zboczach której znajduje się panteon słynnych Gruzinów - wśród pomników odnaleźć można m.in. grób matki Stalina. Kolejny cel to park rozrywki z kołem widokowym, do którego (parku, nie koła) wjeżdżamy kolejką jak na Gubałówkę. Po zaliczeniu kilku atrakcji, m.in. rollercoastera, którego nie mogłam sobie odmówić, wracamy autobusem w okolice ulicy Rustaweli. Wieczorem, już sama, idę do parku Rike, by zobaczyć słynne grające fontanny. Wracam do hotelu z duszą na ramieniu, bo jakiś Gruzin postanowił przyczepić się jak rzep i iść za mną przez jakiś czas, a ulice, choć klimatycznie oświetlone, jednak nie budzą mojego zaufania. Na szczęście obywa się bez ucieczek i dodatkowych atrakcji ;-)

Budynek Parlamentu

Widok z Mtacmindy
Kościół św. Dawida
Grające fontanny w parku Rike.
Trzeciego dnia korzystam ze wspomnianego wcześniej autobusu hop on, hop off i w kameralnym gronie zwiedzam Tbilisi z przewodnikiem. Mika, świetnie mówiący po angielsku, pokazuje nam warte uwagi miejsca w mieście, opowiada związane z nimi historie i cały czas pilnuje, żebym wszystko zrozumiała ;-) Jest mniej więcej w moim wieku i bardzo sympatyczny, więc szybko znajdujemy wspólny język i gdy pozostali uczestnicy wycieczki ociągają się z powrotem na miejsce zbiórki, rozmawiamy o gruzińskiej kulturze i polityce, o różnicach między naszymi krajami i mentalności ludzi. 
Wycieczka nie kończy się na samym Tbilisi - celem jest Mccheta, pierwsza stolica Gruzji i położona tam katedra Sweti Cchoweli, wybudowana w XI w. W związku z tym, że mój strój jest ewidentnie nieodpowiedni (do prawie żadnego kościoła w Gruzji nie można wejść w szortach i bluzce z krótkim rękawem), odpuszczam sobie zaglądanie do środka i wybieram spacer dookoła katedry - podjadam winogrona prosto z 'krzaczka' i szukam jakiegoś ładnego drobiazgu dla mamy na straganach. Wracamy do Tbilisi po południu, więc wieczorem Kasia zabiera mnie jeszcze do parku Vake.

Sobór Trójcy Świętej na wzgórzu Eliasza.

Na pierwszym planie kościół Antioch, w tle monastyr Dżwari.

Park Vake.
Kolejny dzień - kolejna wycieczka. Tym razem ruszamy na południe Gruzji, w kierunku David Gareji. Celem jest zobaczenie skalnego klasztoru, w którym do dziś żyje podobno 10 mnichów, a moim prywatnym celem jest dotarcie na granicę z Azerbejdżanem i postawienie tam nogi. Udało się ;-) Droga do David Gareji, którą pokonujemy samochodami, daje mi okazję do przemyśleń - jak zobaczycie na vlogu, po drodze nie ma dosłownie nic. I w zestawieniu z ogromnymi połaciami suchej trawy człowiek robi się taki bardzo, bardzo malutki... Ta wyprawa to też duży test dla wytrzymałości - jest nieziemsko gorąco, nie ma wiatru ani skrawka cienia, nie mówiąc o tym, że nie ma gdzie zaopatrzyć się w wodę...
W drodze powrotnej zatrzymujemy się w Udabnie - wiosce, w której nie ma chyba nic, oprócz... Restauracji otworzonej przez Polaków ;-) Zimne piwo nie smakowało chyba nigdy tak dobrze!

Skalny klasztor David Gareja.
In the middle of nowhere.

Po lewej Gruzja, po prawej Azerbejdżan.
Restauracja Oasis Club w Udabnie ;-)
Przedostatniego dnia wjeżdżamy kolejką linową na Narikalę, twierdzę górującą nad miastem, idziemy do ogrodu botanicznego, wieczorem 'zaliczamy' stadion Dinamo i małe zakupy, potem świętujemy urodziny Kasi, a ostatni dzień mija nam na zwiedzaniu ogrodu zoologicznego, i szwendaniu się po mieście. 

Śmieciowe drzewo życzeń.
Wodospad w ogrodzie botanicznym.
Zoo ;-)
Backstage - blogerka zawsze w pracy! ;-)

To mnie przekonuje ;-)
Kiciusie, kiciusie wszędzie! *-*
Jak zawsze w poście z relacją trudno mi zawrzeć wszystko, co widziałam i robiłam i jeszcze opisać to w przystępnej, interesującej formie. Tym razem mam wrażenie, że szło mi to wybitnie opornie, dlatego zapraszam Was do obejrzenia vloga ;-)


Na koniec oczywiście podziękowania dla Kasi i let me quickly switch to English - thank you, Svietlana, for all your help! 

Na razie starczy tych wojaży, ale... Jak to ja, mam już plany na przyszłoroczne podróże! A Wy, gdzie byłyście w tym roku? ;-)

środa, 3 września 2014

ULUBIEŃCY LATA | LUSH, BIODERMA, MAYBELLINE, ESSENCE, MODELS OWN

Witajcie!

Po powrocie z gruzińskich 45°C w cieniu byłam niemiło zaskoczona jesienną aurą w Polsce. Nie przepadam za upałami, ale widok raptem kilku kresek powyżej zera nie nastraja optymistycznie, nie pomaga nawet fakt, że mogę odpalić woski i wyciągnąć z szafy onesie. Skoro jednak ewidentnie czas rozstać się z latem, mogę zrobić to w przyjemny sposób - pokazując Wam swoich kosmetycznych ulubieńców tego okresu.
Wybrałam ścisłą piątkę, w dodatku w całości są to kosmetyki, których na blogu jeszcze nie pokazywałam - na pewno nadrobię to w najbliższym czasie, dziś tylko kilka słów o każdym z nich. Zupełnie przypadkowo cała piątka to kosmetyki do stosowania na twarz - wygląda na to, że w kategorii ciało nic mnie specjalnie nie zachwyciło. Brak lakieru do paznokci w zestawieniu jest prosty do wytłumaczenia - w wakacje rzadko malowałam paznokcie, a jak już, to lakierami, o których wielokrotnie Wam wspominałam. ;-)


LUSH HERBALISM
Mój pierwszy zakup w Lushu utwierdził mnie w przekonaniu, że na pewno jeszcze do tego sklepu wrócę. Czyścik do twarzy Herbalism to podobno delikatniejsza wesja kultowego Angels on a Bare Skin - zielona pasta, która dzięki glince oczyszcza, dzięki zmielonym migdałom złuszcza, a dzięki zawartości mieszanki ziół ożywia, wygładza i detoksykuje. Używam jej 2-3 razy w tygodniu i zauważyłam, że skóra po użyciu jest dobrze oczyszczona, nie podrażniona, a irytujące wysypy niespodzianek ustąpiły. Zdaję sobie sprawę, że to zapewne zasługa zmiany pielęgnacji jako takiej, ale czyścik Herbalism ma w tym swój udział.

BIODERMA PHOTODERM AKN MAT SPF30
Wstyd się przyznać, ale w tym roku po raz pierwszy sięgnęłam po filtry do twarzy. Przed wyjazdem do Gruzji musiałam się zaopatrzyć w jakiś produkt tej kategorii, bo oczami wyobraźni już widziałam te poparzenia, o które u mnie, przy jasnej karnacji, nie trudno. Wybór padł na przeciwsłoneczny krem matujący Bioderma. Produkt zaskoczył mnie dość lejącą się konsystencją i perfumowanym zapachem, ale równocześnie zachwycił skutecznym działaniem - mimo spędzenia wielu godzin na słońcu nie nabawiłam się poparzeń, filtr pozwolił mi równomiernie a zarazem lekko się opalić, nie zapchał mnie i nie pogorszył stanu cery. "Bielenie" o którym czytałam w recenzjach okazało się po prostu delikatnym rozjaśnieniem, wyrównującym koloryt. Pokochałam i wiem, że w przyszłym roku będę używać regularnie!

MAYBELLINE DREAM PURE BB CREAM (oily skin)
Paczka, którą dostałam w zeszłym roku od Asi, obfitowała w dużo fajnych produktów. Wśród nich znalazła się miniaturka kremu BB z Maybelline w odcieniu Medium. Czekałam z jej wypróbowaniem do wakacji i znalazłam swój hit. Poziom krycia jest wystarczający, więc można odpuścić sobie używanie korektora, krem stapia się ze skórą i nie utlenia w ciągu dnia, nie spływa i chociaż przypudrowany wytrzymuje 3-4 godziny, to sądzę, że jak na krem BB to i tak dużo. Kiedy w ciągu wakacji musiałam wykonać makijaż, zawsze wybierałam ten krem zamiast podkładu.

ESSENCE SHIMMER POWDER 01 BELLA'S SECRET
Ja i rozświetlacz - myślałby kto, prawda? A jednak. Rozświetlacz z limitowanej serii Essence Breaking Down 2 leżał u mnie długo nieużywany, aż w końcu w tym roku zmusiłam się, by po niego sięgnąć. Okazało się, że efekt metalicznej, złotej tafli, bez drobinek, idealnie pasuje do letniej opalenizny, a w duecie z bronzerem zapewnia mi satysfakcjonujące konturowanie. Złoty beż (beżowe złoto) fajnie sprawdza się też do rozświetlenia wewnętrznych kącików oka, pod łuk brwiowy, a nawet na całą powiekę ruchomą. Zimą pewnie ustąpi miejsca różowo-srebrzystemu rozświetlaczowi z MUA, ale latem był idealny!

MODELS OWN MOISTURISING LIP BALM
Rzadko się zdarza, że gratis do zakupów okazuje się hitem. Balsam do ust, który dostałam przy zakupach na stoisku MO w Londynie, natychmiast uwiódł mnie zapachem gumy balonowej, więc wrzuciłam go do torebki, by mieć cały czas pod ręką. Myślałam, że skoro ładnie pachnie, to może chętniej będę po niego sięgać - nie myliłam się. Sięgam po niego 2-3 razy dziennie (lub częściej, gdy czuję, że usta wysychają) od mniej więcej miesiąca i zauważyłam znaczącą poprawę kondycji ust. Sztyft Models Own okazał się niezastąpiony podczas lotów, w wysokich temperaturach, nawet w wielu godzinach spędzonych w klimatyzowanych pomieszczeniach. Wróżę nam długą i owocną (a na pewno pięknie pachnącą!) przyjaźń - niskie temperatury i wiatr będą temu sprzyjać ;-)

Miałyście kiedyś któryś z moich hitów? Jacy są Wasi ulubieńcy lata? ;-)