niedziela, 26 października 2014

WIBO | GLAMOUR SATIN 5


Witajcie!

Wracam z paznokciowymi postami, tęskniliście? ;-) Powrót nie nastąpiłby pewnie szybko, bo paznokcie na lewej ręce postanowiły się połamać (dlatego na zdjęciach rzadko prezentowana ręka prawa), ale po prostu musiałam pokazać Wam lakier, który skradł moje serce. Paradoksalnie wcale nie w sklepie - tam omijałam go, nie przywiązując wcale uwagi. Dopiero post u Maxi sprawił, że zapałałam do niego miłością. Na dodatek okazało się, że Maxi szuka dla niego dobrego domu, bo nie spełnił jej oczekiwań, więc... No dobrze, przyznaję, wyciągnęłam łapki, bo przecież on jest taki piękny! Nieźle się zdziwiłam, gdy listonosz przyniósł mi wielką paczkę - okazało się, że koleżanka blogerka poszalała i postanowiła wyposażyć mnie w zapas szczęścia na całą jesień ♥


Ten piękniś, który włączył u mnie tryb chciejstwa (a miałam już przecież nie kupować lakierów...) to Wibo Glamour Satin o numerze 5. To piękna, ciepła czerwień, która dzięki obecności drobinek w różnym świetle prezentuje zupełnie inne oblicza - wpada w brąz, czasem w róż, bywa ciemnym winem i zahacza o fiolet. Całą tę tęczę prezentuje jednak dopiero w obecności top coatu - w wersji 'podstawowej' wysycha do satyny, co zresztą charakteryzuje całą tę serię Wibo.
Konsystencja lakieru jest zdecydowanie bliższa rzadszej, nie rozlewa się na skórki, ale trzeba uważać. Kryje standardowo po dwóch cienkich warstwach, które przy pomocy dość krótkiego, puchatego pędzelka, rozkładają się idealnie. Wysycha niestety dość długo, więc jeśli zależy Wam na satynowym wykończeniu, trzeba poczekać nawet 20 minut. Mnie taka wersja nie zachwyciła, więc dołożyłam top.



Różnice w kolorze lakieru w różnym oświetleniu są zasługą wspomnianych drobinek - po dokładnych oględzinach okazało się, że są miedziane (to daje właśnie te ciepłe efekty - brązu, wiśni) i opalizujące na różowo (stąd ta fioletowa poświata). Wydaje mi się, że ten lakier to taki skromniejszy, czerwony odpowiednik Miss Conduct, o którym zawsze marzyłam - może dlatego tak bardzo mi się spodobał! ;-)


Jeśli niebieski lakier z tej samej serii wyglądałby na moich paznokciach tak jak ten, będę musiała dołożyć go do kolekcji - w tych się zakochałam ;-) Co sądzicie o nowościach Wibo? Ja od pewnego czasu przestałam zwracać uwagę na ich lakiery, a okazało się, że to był spory błąd - zwłaszcza, że jak na tak niską półkę cenową (7-8 zł) wypadają naprawdę dobrze!

piątek, 17 października 2014

CALVIN KLEIN | DELICIOUS LUXURY DANGEROUS


Witajcie!

Szczerze mówiąc, głupio mi się po raz kolejny tłumaczyć z nieobecności i obiecywać poprawę. Ta była spowodowana faktem, że dużo się działo, częściowo dobrze (miałam na przykład urodziny, jeśli jesteście ciekawe, jak je spędziłam, to zapraszam do obejrzenia VLOGA, w ogóle zapraszam na kanał na youtubie), w dużej mierze stresowo i źle. Nie mówię, że się takie nieobecności nie będą powtarzać, bo na pewno będą. Wystarczy powiedzieć, że po pierwszym tygodniu na uczelni nie wiedziałam w co ręce włożyć, tyle miałam do zrobienia, a blog zszedł na drugi plan jako jednak mniej ważny aspekt mojego życia.

Koniec marudzenia, czas przejść do konkretów, czyli do kolejnego jesiennego mazidła do ust. Jak wyciągnęłam tę szminkę z koperty (bo przyszła pocztą - Magda uznała, że jej nie odpowiada, dzięki, Sis! ♥) to szczerze mówiąc, nie mogłam się już doczekać jesieni. Bo szminka Calvin Klein Dangerous to właśnie taki mocno jesienny kolor - ciemnoczerwony, wręcz bordowy, winny i wampowy. Na pewno nie będzie pasował każdemu, ale ja mam ten luksus, że nieszczególnie się przejmuję, czy ciemne szminki mi pasują czy nie - po prostu ich używam. To rozwiązuje wiele dylematów ;-)


Wiem, że Madzia znalazła ten egzemplarz na Truskawce, dlatego jeśli poczujecie się zainteresowane, to tam można poszukać. Zanim szminka wpadła w moje ręce, marka Calvin Klein kojarzyła mi się wyłącznie z bielizną, ale za to dość drogą, dlatego domyślcie się, jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam... Co tu dużo mówić, tandetne opakowanie. Czarny plastik może jest "elegancki", ale cienki i nieodporny na upadki czy zarysowania. Opakowanie zamyka się na kliknięcie, ale jest dość ruchome (jeśli wiecie, co mam na myśli), a samo wykręcanie sztyftu trzeba opanować - potrafi się zaciąć i bez odpowiedniej techniki wykręcania się nie obędzie. 

Na szczęście opakowanie to nie wszystko - liczy się środek. A ten wypada bardzo przyzwoicie. Szminka jest kremowa, jakby mokra, ma świetne krycie, bez trudu sunie po ustach, nie podkreślając suchych skórek. Nie rozlewa się poza wargi, więc nie trzeba do niej dopasowywać konturówki, a sam kształt sztyftu sprawia, że nakładanie jest proste - nie obędzie się bez lusterka ze względu na kolor, ale nie wymaga użycia pędzelka.
Pozytywnie zaskoczyła mnie również trwałość - po nałożeniu szminka odbija światło i wydaje się mokra, z czasem blask znika, ale kolor utrzymuje się na miejscu. Ściera się równomiernie, wymaga poprawek dopiero po kilku godzinach lub po posiłku. Szminka zmatowiona transparentnym pudrem staje się idealnie matowa i trwalsza, chociaż nadal odbija się na szklankach.


All in all, jeśli pominąć aspekt opakowania, można powiedzieć, że to szminka idealna na jesień. U mnie na ustach pojawia się na zmianę z bardzo podobnym, matowym kolorem z Golden Rose, a nie wykluczone, że moja kolekcja bordowych mazideł się jeszcze powiększy - zaskakująco dobrze pasują do szarości za oknem. ;-)

Jakie kolory królują na Waszych ustach jesienią? Znacie kolorówkę marki CK, czy jest Wam obca?

niedziela, 5 października 2014

GOLDEN ROSE | PUDER DO BRWI 104

Witajcie!

Znacie coś takiego jak cringe attack? Kiedy wspominacie coś i automatycznie się krzywicie? U mnie kwaśną minę przywołują m.in. wspomnienia z czasów, kiedy o regulowaniu brwi i jakimkolwiek ich wypełnianiu nie miałam pojęcia. Na szczęście parę lat temu przyszło oświecenie i wtedy w ruch poszły cienie do powiek - na samym początku najciemniejszy matowy brąz paletki Essence Quattro 05 to die for, później ciemny brąz z duo Bell. Ostatnio zaczęła prześladować mnie myśl, że używany kolor jest trochę zbyt ciepły i wypadałoby kupić coś chłodniejszego. Z pomocą przyszła niezastąpiona Ewa - Red Lipstick Monster i jej film o wypełnianiu brwi cieniem - dzięki niemu zdecydowałam się na zakup nowości marki Golden Rose, czyli pudru do brwi.


Produkt znajduje się w kartoniku zawierającym wszelkie istotne informacje, takie jak skład czy datę ważności (w tym przypadku to 24 miesiące, ale powiedzcie - przestrzegacie tych dat przy cieniach?); oprócz kasetki z pudrem w opakowaniu znalazłam też mini-pędzelek - jak możecie się domyślić, nieszczególnie przydatny. Część ze skośno ściętym włosiem jest zbyt duża i gruba, a co za tym idzie - zbyt mało precyzyjna dla moich potrzeb, a samo włosie sztuczne i sztywne. Z drugiej strony umieszczono gąbeczkę, zapewne do rozcierania - chociaż nie wiem, co przy brwiach można byłoby rozetrzeć.


Samo plastikowe opakowanie wykonane jest solidnie, nie otwiera się samo, ale też nie połamiecie sobie na nim paznokci przy próbie otwarcia. W kosmetyczce nie wygląda tanio, a przecież daleko mu do wyższej półki cenowej - 2.5g kosztuje 9.90zł! Co prawda nie ma w nim miejsca na dołączony pędzelek, ale bądźmy szczerzy - i tak większość z nas go wyrzuciła/wyrzuci tuż po zakupie ;-)


W związku z tym, że moje naturalne brwi są dość ciemne i gęste, ale miejscami potrzebują wypełnienia, spośród siedmiu różnych wariantów wybrałam chłodny odcień ciemnego brązu - numer 104.  Na szczęście brakuje mu czerwonych nut, bardziej wpada w szarość, więc świetnie się komponuje z moimi włosami, zwłaszcza teraz, po farbowaniu. :)
Puder zaskoczył mnie świetną pigmentacją, jedwabistą konsystencją i zupełnym brakiem osypywania. Spodziewałam się czegoś bardziej miałkiego i kruszącego się, ale na szczęście kosmetyk jest dobrze sprasowany, ale miękki i z łatwością nabiera się na pędzel. Chociaż puder nie jest wodoodporny, a ja nie utrwalam go dodatkowo w żaden sposób, nałożony rano trzyma się na właściwym miejscu do samego demakijażu, nieraz nawet 12 czy 14 godzin.
Efekt na brwiach można stopniować - z łatwością uzyskamy wyraźne i mocno zarysowane brwi, a przeczesanie ich szczoteczką złagodzi natężenie koloru i krawędzie.


Odnoszę wrażenie, że w blogosferze ostatnio bardzo dużo mówi się o tym produkcie - i bardzo słusznie! Jego szeroka dostępność, niska cena oraz idąca w parze dobra jakość powinny przekonać do podkreślania brwi te dziewczyny, które jeszcze tego nie robią albo szukają idealnego kosmetyku.

Czego używacie do podkreślania brwi? Jesteście zwolenniczkami kredek, cieni czy może farbek?

środa, 1 października 2014

DENKO | LIPIEC, SIERPIEŃ & WRZESIEŃ 2014

Witajcie!

Przyznaję, ostatnio nie byłam dobrą blogerką (ani vlogerką), bo w moim życiu sporo się działo i internet był gdzieś na ostatnim planie, razem z zakupami i szukaniem nowinek kosmetycznych. Okres letni, który już definitywnie zakończyłam, kupując burgundową szminkę, nie obfitował też w zużycia - prawie miesiąc spędziłam w podróżach, zabierając ze sobą odlewki, miniaturki i próbki zgromadzone przez poprzednie miesiące, by ograniczać rozmiar kosmetyczki (która i tak za każdym razem ledwie mieściła się w walizce). Mimo to, pokażę Wam oczywiście co zużyłam w ostatnim kwartale. ;-)


Green Pharmacy, żel pod prysznic z olejem arganowym i figami
Żałuję, że wybór produktów tej marki w drogeriach stacjonarnych jest niewielkie, bo są doprawdy godne uwagi! Ta duża, półlitrowa butla pięknie pachnącego, dobrze pieniącego się żelu starczyła mi na chyba całe wakacje; podoba mi się szata graficzna, opakowanie z dzióbkiem, pojemność i niska cena - w internetowym sklepie GP kosztuje niecałe 10 złotych!

Balea, Dusche&Creme, limetka i aloes
W poprzednim denku również pojawiła się butelka po tym żelu, ale ja w międzyczasie zdania nie zmieniłam - świeży, nieco męski zapach świetnie sprawdzał się latem, żel nie wysuszał ciała i generalnie pod prysznicem się lubiliśmy ;-)

Lirene, antycellulitowy peeling myjący
Ten gagatek pojawiał się chyba w każdym denku, które kiedykolwiek tu opublikowałam - to chyba wystarczy za rekomendację? Kocham i będę kupować, dopóki będą produkować. Lirene, błagam, nie wycofujcie mi go!


Green Pharmacy, szampon do włosów normalnych i przetłuszczających się z nagietkiem lekarskim
Green Pharmacy bardzo często pojawia się na mojej półce pod postacią produktów do włosów. Do tej pory to mama sięgała po szampony z nagietkiem czy rumiankiem częściej niż ja, ale w obliczu mojego, dobijającego dna, szamponu i drugiego, który do mycia włosów nie nadaje się wcale, sięgnęłam po nagietkowy egzemplarz - i zostałam pozytywnie zaskoczona! Nie pieni się nadmiernie, ale dobrze myje, jest wydajny, w duecie z odżywką zostawia włosy miękkie i dobrze układające się.

The Body Shop, szampon bananowy
Sam szampon wypada słabiej, niż odżywka, dlatego po początkowym zachwycie zdecydowałam, że nie kupię go więcej. Podtrzymuję - zostawia włosy oczyszczone, nie splątane, pachnące bananem, uniesione i lśniące, ale okazało się, że ten sam efekt można osiągnąć taniej, niż za 25 zł za butelkę.

Alterra, odżywka do włosów z granatem i aloesem (minis)
Po pierwsze - boski zapach. Po drugie - niska cena. Po kolejne - wydajność, włosy miękkie, lśniące, z dodatkową objętością, podatne na układanie. Sięgnęłam po nią z głupia frant, przed wyjazdem, a znalazłam naprawdę wartościowy kosmetyk!


Kolastyna, płyn micelarny Refresh do cery suchej i wrażliwej
Przeciętniak; do demakijażu twarzy nadawał się dość dobrze, ale z makijażem oczu (zwłaszcza z tuszem czy eyelinerem) nie radził sobie. Więcej nie kupię.

Tołpa, dermoface sebio, mikrozłuszczający żel peelingujący do mycia twarzy
Z tym produktem miałam w sumie love-hate relationship. Po początkowym zachwycie przyszło zwątpienie, a długo po nim zaczęłam doceniać walory pielęgnacyjne tego żelu. Dobrze oczyszczał, delikatnie złuszczał, w razie potrzeby zmywał makijaż, zostawiał skórę lekko zmatowioną; na dłuższą metę znacząco wpłynął na poprawę stanu mojej cery, dlatego teraz, gdy sięgnął dna, a skóra zaczyna mi kaprysić, niecierpliwie przebieram nogami w oczekiwaniu na jakąś promocję.

La Roche Posay, Effaclar Duo
Biję się w pierś - głupia byłam! Głupia, że nie kupiłam go wcześniej, gdy wszyscy się nim zachwycali. Wtedy byłam na nie, dzisiaj żałuję, że nie zaczęłam kuracji nim dużo wcześniej, zanim na twarzy pojawiły mi się blizny, a produkt zmienił się w Effaclar Duo +, który już tak dobrze na nią nie działa. W połączeniu z chociażby żelem Tołpy ta niepozorna tubka dała mi kilka miesięcy względnie ładnej cery - gładka buzio, proszę, wróć!

Cleanic, chusteczki do demakijażu
Kolejny produkt, który kupiłam w związku z podróżami - uznałam, że łatwiej będzie mi wrzucić do torebki paczkę chusteczek, niż targać micela i waciki. Trafiłam w dziesiątkę! Jedna chusteczka wystarczała do dokładnego demakijażu oczu i twarzy, dzielnie zwalczała eyeliner w żelu i odporne tusze. Po przetarciu twarzy wystarczyło ją umyć lekkim żelem i byłam gotowa do spania ;-)


Cztery Pory Roku, zmywacz lakieru hybrydowego
Pisałam już o nim, dlatego nie będę się powtarzać - zaznaczę tylko, że nie byłam z niego zadowolona, więc zużyłam do czyszczenia skórek przy malowaniu paznokci ;-)

Cztery Pory Roku, żel do usuwania skórek
Produkt, który zrewolucjonizował mój manicure - taka cenzurka mogłaby wystarczyć. Przed nim nie miałam pojęcia o odsuwaniu skórek i nie robiłam tego, "po nim" nie wyobrażam sobie spa dla dłoni bez niego. 

Sally Hansen Insta Dri, top coat
Nie chcę nawet sprawdzać, która to moja butelka z kolei. Muszę mieć zawsze jedną w zapasie, bo to najlepszy top jaki miałam (a jak wiecie, przetestowałam też Seche Vite) - nie rozmazuje wzorów, stempli, szybko wysusza i nadaje piękny, szklany połysk.

Diadem, F28
A podobno nie da się zużyć lakieru do końca... ;-) Moja ulubiona biel pod wszystkie zdobienia; wysycha do satyny, więc łatwiej na niej malować farbkami czy stemplować, a do pełnego krycia wystarczą dwie warstwy.


Biogena, odżywka do rzęs i roll-on na przebarwienia
Wrzucam do jednego worka, bo oba produkty są równie beznadziejne. Odżywka do rzęs wzbudziła moje nadzieje - kiedy ją dostałam, rzęsy wypadały mi bardziej niż zwykle, były osłabione. Stosowałam produkt zgodnie z zaleceniem (nawet nie wiecie, ile samozaparcia wymagało ode mnie codzienne smarowanie się tym specyfikiem; ja nie umiem niczego używać regularnie!) i nie zauważyłam żadnego efektu. No, oprócz tego, że teraz moje rzęsy są trudne do okiełznania i rosną każda w swoją stronę...
Roll-on na przebarwienia wylądował w koszu już po drugim użyciu. Zaniepokoiło mnie, że po przejechaniu metalową kulką po skórze zostawał mi na twarzy szary, dziwny ślad, a w miejscu nałożenia skóra zaczynała szczypać. Myślę, że wiele nie straciłam.

Max Factor Lasting Performance, podkład 105 Soft Beige
Mój kolorystyczny niewypał... Dobre trzy lata temu zrobiłam błąd i kupiłam podkład tuż po powrocie z Włoch. Jak możecie się domyślić, byłam wtedy dużo bardziej opalona, niż po jakichkolwiek innych wakacjach, w Polsce czy Anglii. ;-) Zdobyłam się w końcu na wyrzucenie go, bo po takim czasie nie odważyłabym się już nałożyć go na twarz; poza kolorem pozostałe aspekty były w miarę w porządku, chociaż z perspektywy czasu zauważam, że lepiej nałożyć lekki podkład (i pozwolić skórze oddychać), a niedoskonałości ukryć z pomocą korektora ;-)

Maybelline, Dream Pure BB (oily skin, medium)
W wakacje malowałam się tak rzadko, że tester, który dostałam od Asi wystarczył na te 3 miesiące. Pozwolił mi jednocześnie wyrobić sobie pozytywną opinię na temat produktu, więc kupiłam pełnowymiarowe opakowanie, które jednak ze względu na kolor zaczeka do przyszłego roku. 

Rimmel, Wake Me Up, korektor
Wyrzucam bez żadnych uczuć - kiedy go dostałam, nie używałam korektorów pod oczy, później okazało się, że jest za ciemny, odleżał swoje, aż w końcu przy okazji porządków trafił do kosza.

p2, LE Pool Side Party, eyeliner 010 nixie blue
Pozbywam się resztki z bólem serca - niestety, eyeliner zgęstniał i pękał po nałożeniu na powiekę, ale wcześniej był najlepszym wakacyjnym eyelinerem, jaki miałam! Wspaniały, mocny kolor, trwałość nie do zdarcia (nawet płyny do demakijażu kiepsko sobie z nim radziły), niesamowity efekt na oku. Żałuję, że to była edycja limitowana!


Wydaje mi się, że zużycia w tym kwartale nie wypadły najlepiej, ale zrzucam to na karb wyjazdów i zużywania próbek, po których opakowań nie zbierałam i nie przywoziłam do Polski, bo i po co. Część produktów sięga już dna, więc pojawią się pewnie w ostatnim w tym roku poście z tej serii (w grudniu). A jak Wasze koszyki z pustymi opakowaniami? Więcej zużywacie czy kupujecie? ;-)