niedziela, 23 listopada 2014

PAZNOKCIE | CLARET-COLOURED ROSES


Witajcie!

Planowany wpis kolorówkowo-makijażowy przesuwam na później, bo przecież nie byłabym sobą, gdybym nie przetestowała nowej zabawki, gdy tylko ta wpadła mi w ręce!

Zupełnie niedawno pokazywałam Wam płytkę B Loves Plates B.01 geometry is perfect i zdobienia z jej wykorzystaniem: Amethyst Broken Glass,  Falling into chevron czy Pink geometry. Przyszedł czas na blogowy debiut zupełnie nowej płytki, pełnej kwiatowych wzorów, którą pewnie część z Was już widziała albo nawet zamówiła.
Drugą płytką marki B Loves Plates jest B.02 flower power, na której znajduje się 21 całopaznokciowych, kwiatowych wzorów - m.in. róże, kwiaty hawajskie, tulipany i inne. Wzory, podobnie jak w przypadku poprzedniej płytki, mają wymiary 1.6 x 2/2.1 cm, więc idealnie pasują na moje dość szerokie i długie paznokcie. Płytki Ani to pierwsze, których mogę używać do stemplowania na wszystkich paznokciach - zazwyczaj nawet największe wzory pasują mi zaledwie na 2-3 paznokcie, nigdy nie na kciuk.


Po dokładne zdjęcia i prezentację wszystkich wzorów zapraszam do Yasinisi - tam znajdziecie wszystkie kwiaty odbite na kartce oraz prezentację trzeciej płytki - B.03 mind blown, którą ja też Wam wkrótce pokażę.
Ze swojego doświadczenia powiem tylko, że wzory świetnie się odbijają - na zbliżeniach paznokci możecie wypatrzyć jakieś niedoskonałości, ale podejrzewam, że wina leży po stronie lekko porysowanej gumy w stemplu albo lakieru - same wzory są bardzo precyzyjnie i równo wyżłobione. 


Do wykonania tego zdobienia jako bazy użyłam jednego z najulubieńszych nudziaków, którego jakimś cudem Wam jeszcze nie pokazywałam - to OPI My Very First Knockwurst, beż z nutką różu i brązu, który nieodparcie kojarzy mi się... z parówką. Nie wiem dlaczego, nie pytajcie! :-) Sam lakier ma charakterystyczną dla OPI odpowiednio rzadką konsystencję, idealny pędzelek, kryje po dwóch warstwach i wysycha dość szybko bez "wspomagania".
Do stempli wybrałam bordowy lakier Golden Rose Rich Color 28, który po nałożeniu na całą płytkę jest ciemniejszy niż na stemplach (taki jak w butelce na pierwszym zdjęciu), a podczas odbijania, w mniejszym stężeniu, wychodzi ciemnoróżowy, buraczkowy; całość pokryłam jak zwykle topem Sally Hansen Insta Dri.


Czekam niecierpliwie na kolejne płytki B Loves Plates - w planach jest podobno płytka z zimowymi wzorami! Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w grudniu, bo mam w tym roku ochotę na bardzo świąteczne paznokcie!

Na zakończenie mała informacja dla Was - w związku z tym, że idą ciężkie uczelniane czasy, mnie bardzo pochłania youtube (na marginesie - zapraszam do subskrypcji! :D), a nie chcę, żeby blog świecił pustkami tak jak ostatnio, postaram się więc wprowadzić jakiś harmonogram postów, ale nie mogę obiecać, że będę pisać tak często, jak kiedyś. Postaram się, żeby to właśnie niedziela była dniem publikacji zarówno na youtubie jak i tutaj, ale proszę o wybaczenie wszelkich przeciągających się przerw :)

środa, 12 listopada 2014

PAZNOKCIE | PINK GEOMETRY

Witajcie!

Robiąc ostatnio porządki w pudłach z lakierami doszłam do wniosku, że mam zatrważająco dużą ilość lakierów, których nie użyłam ani razu, nie mówiąc już o pokazaniu ich Wam. Zmusiłam się więc do pomalowania paznokci, pierwszy raz od dawna wyciągnęłam płytki do stempli i na szybko stworzyłam prosty, ale chyba dość elegancki mix, który wzbudził duże zainteresowanie wśród dziewczyn na uczelni :)


Delikatne tło stanowi jeden z lakierów Models Own, które kupiłam jeszcze w wakacje w Londynie. To delikatnie różowy Pink Veneer z serii Hyper Gel, mającej imitować żelowe paznokcie. Faktycznie, formuła i szkliste wykończenie trochę przypominają żele, ale mam wrażenie, że to cechy charakterystyczne wszystkich (a przynajmniej większości) lakierów tej marki. Podobnie charakterystyczna jest formuła - delikatnie gęsta, nie na tyle, by się ciągnąć i schnąć godzinami, ale ograniczająca spływanie lakieru na skórki. W połączeniu z dobrze przyciętym, dość puchatym pędzelkiem sprawiła, że nakładanie lakieru na płytkę zaliczam do zdecydowanie przyjemnych.


Żeby Modelce nie było nudno, dorzuciłam do niej iskrzący akcent w postaci srebrnego piasku z glitterem Golden Rose Holiday 51 oraz czarno-białe stemple przy użyciu płytki B Loves Plates 01 Geometry is perfect i lakierów Golden Rose Rich Color. Nieco zbyt szybko nałożyłam na to top Sally Hansen i wzór się troszkę rozmył, ale z daleka tego nie widać i połączenie robi fajne wrażenie.


Wybaczcie zwięzłość w dzisiejszym poście - doszłam do wniosku, że tak naprawdę trudno napisać długi i obszerny post o prostym zdobieniu. Wystarczyłoby wrzucić zdjęcia - mówią same za siebie. ;-)

Jeśli mimo wszystko macie ochotę posłuchać mojej gadaniny, to zapraszam, zobaczcie film z październikowymi ulubieńcami. W ogóle hej, wiecie, że mam kanał na youtube? W związku z tym dość sporo się ostatnio dzieje i strasznie mnie to cieszy. Niedługo się okaże, że kręcenie i montowanie wciągnie mnie bardziej, niż robienie zdjęć i pisanie postów... :D

niedziela, 2 listopada 2014

LUSH | HERBALISM

Witajcie!

O czyściku do twarzy i ciała z Lusha pisałam Wam już odrobinę w poście z ulubieńcami, ale Herbalism zasługuje na pełną recenzję, więc bez zbędnych wstępów - zapraszam.

Obietnice producenta brzmią co najmniej dobrze - zielona pasta ze sproszkowanych ziół ma podobno oczyszczać dzięki zawartości glinki, złuszczać dzięki zmielonym migdałom, ożywiać skórę za sprawą wyciągów z szałwii i rozmarynu, detoksykować dzięki proszkowi z pokrzywy i wygładzać na skutek działania rumianku. Najprościej by było, żebym w tym miejscu po prostu przytaknęła wszystkim obietnicom i zamknęła recenzję, bo tak jest - po prostu. Ale jak to uczą nas na studiach - "nie można mówić, że tak po prostu jest, trzeba podać podstawę prawną".

Czyścik, czy też - jak donoszą internety - roladka myjąca (whut?!), umieszczona jest w czarnym, plastikowym, zakręcanym kubeczku o pojemności 100g. Opakowanie jest wygodne w użytkowaniu, wygląda estetycznie na półce, a u mnie budzi dodatkowo dobre skojarzenia (Lush-Londyn). Na kubeczku znajdują się wszystkie potrzebne informacje, włącznie ze składem, który umieszczę niżej, datą produkcji, obrazkowym podpisem osoby, która czyścik dla nas przygotowała i oznaczeniem daty, do której należy produkt zużyć. Tu zatrzymam się na chwilę - z uwagi na to, że produkt jest świeży, ręcznie robiony i ma stuprocentowo naturalny skład, czas na jego zużycie jest krótki - to tylko 3 miesiące. Nawet używając kosmetyku codziennie trudno zużyć go w oznaczonym terminie, ale jest wyjście - czyścik można po prostu zamrozić. Nie zauważyłam zmiany jego działania na skutek mrożenia, także myślę, że to dobra metoda na dłuższe cieszenie się nim. Ciekawostka - na nakrętce znajdziemy informację, że za 5 zużytych opakowań Lusha można odebrać świeżą maseczkę do twarzy! ;-)


Wspomniany skład prezentuje się następująco:
Ground Almonds (Prunus Dulcis), Kaolin, Glycerine, Chlorophyllin Water (CI 75810, Aqua), Nettle, Rosemary and Rice Vinegar Extract, (Urtica Dioica and Rosmarinus Officinalis), Rice Bran (Oryza Sativa), Gardenia Extract (Gardenia Jasminoides), Rose Absolute (Rosa Damascena), Chamomile Blue Oil (Matricaria chamomilia), Sage Oil (Salvia Officinalis), Perfume.
 
Migdały, znajdujące się na pierwszym miejscu w składzie zapewniają peelingowanie, umieszczona dalej glinka porcelanowa (kaolin) ma właściwości ściągające i wysuszające, podobnie jak pokrzywa, pochodna chlorofilu służy wspomaganiu gojenia ran, a ocet ryżowy, któremu czyścik zawdzięcza charakterystyczny zapach, wpływa na odkażanie skóry.


Czyścik ma zbitą, grudkowatą konsystencję i dopiero w kontakcie z wodą staje się pastą, którą łatwo rozprowadzić na twarzy. Fantastycznie oczyszcza i peelinguje, jednocześnie nie raniąc - zostawia skórę oczyszczoną i gładką, która chłonie krem jak gąbka; nadaje się do zmywania resztek makijażu, koi skórę trądzikową. 
Wbrew temu, co mówi się o tym czyściku, nie nadaje się on do stosowania codziennego, a przynajmniej nie dla posiadaczek skóry mieszanej, wrażliwej - może zbyt mocno ściągać i wysuszać. Podejrzewam, że posiadaczki skóry tłustej mogą być z tego działania zadowolone przy codziennym stosowaniu.


Wiele osób traktuje charakterystyczny zapach Herbalism jako minus. Faktycznie, trzeba się przyzwyczaić do ziołowego, naturalnego aromatu, w którym nie sposób nie wyczuć nut octu, ale zapach ten nie jest drażniący. Może jestem nieco dziwna, ale mi po pierwszych dwóch, trzech użyciach naprawdę się spodobał i jest dodatkowym argumentem, by sięgać po ten czyścik regularnie.

Cieszę się, że dałam się namówić sprzedawcy w Lushu (swoją drogą, jeśli będziecie w Londynie, polecam Wam Lusha w Westfield Stratford City - przemiła obsługa!) właśnie na Herbalism. I chociaż czyścik 'swoje' kosztuje - ok. 40 zł w przeliczeniu na polskie, jest tej ceny warty. Podejrzewam, że gdybym zarabiała w funtach, to byłabym gościem Lusha dość często - nie kuszą mnie ich glitterowe bary do kąpieli, natomiast marzy mi się świąteczny żel Snow Fairy, maska Catastrophe Cosmetic i inne czyściki - Angels on a Bare Skin, Bûche de Noël i Aqua Marina.

Znacie kosmetyki Lusha? Co uważacie za warte zakupu?