niedziela, 5 lipca 2015

DENKO | KWIECIEŃ, MAJ & CZERWIEC 2015

Witajcie!

Chociaż nie jestem ostatnio najlepszą blogerką (ba, ja przegapiłam trzecią rocznicę powstania bloga!), to wciąż zużywam kosmetyki - kto by pomyślał! Nawet nadal z zapamiętaniem zbieram puste opakowania w kącie pokoju, żeby przypadkiem po kolejnym kwartale nie zapomnieć o napisaniu denkowego posta. Akurat tej formuły nie chcę przenosić na youtube - nieraz tak długo zastanawiam się nad tym, co powiedzieć o zużytym produkcie, że przy montażu spędzałabym długie godziny, wycinając zbędne fragmenty ;-)
Zapraszam na podsumowanie drugiego kwartału zużyć!


CIAŁO:
1. Isana, żel pod prysznic. Edycja zimowa.
Nie wiem, jak Isana to robi, że zawsze, gdy pojawi się nowa limitka, idę ją kupić. Dobra, wiem - opakowania. No nie chwycił Was za serce ten pingwinek?! Niby to żel zimowy, ale wiosną też sprawdzał się fajnie, zwłaszcza z uwagi na słodki, przyjemny zapach. Właściwości myjących oczywiście nie analizuję, bo to przecież tylko żel ;-)

2. Balea, żel pod prysznic. Paradise Beach, ananas i kokos.
Różowy. Pachnący jak drinki z palemką i wakacje. Pieniący się jak marzenie. A w dodatku tani jak barszcz (przynajmniej jeśli kupuje się go za granicą, ten przywiozłam z Pragi). Lubię żele z Balei, głównie ze względu na kompozycje zapachowe - przyjemne, nieduszące, ale odpowiednio intensywne.

3. Venus, żel do golenia. Esktrakt z rumianku do skóry wrażliwej.
Odkąd odkryłam ten żel, z mojego życia zniknęły wszelkie pianki. Kosztuje ok. 12 zł, czyli dość sporo jak za tego typu produkt, ale jest wydajny - na skórze zamienia się w pianę, wchodząc w kontakt z wodą. Służy temu, czemu powinien, przyjemnie pachnie i nie ma problemu z dostępnością.

4. Green Pharmacy, peeling cukrowy. Róża piżmowa i zielona herbata.
Jedno słowo - miłość. Uwielbiam peelingi z Green Pharmacy - odpowiednio mocno zdzierają, nie zostawiają filmu, ale nawilżają ciało. W dodatku ten piękny zapach - jak nadzienie z pączków! Co prawda ostatnio musiałam go zastąpić czymś bardziej orzeźwiającym, bo różany zapach jest dość ciężki, ale na pewno jeszcze do siebie wrócimy.

5. Balea, lotion. Czekolada i figa.
Nie mogłam zmęczyć. Na początku byłam zachwycona słodkim zapachem, ale niedługo później zaczął mnie mdlić i nie byłam w stanie nakładać go na ciało. A że ma dość lejącą konsystencję i jest diabelnie wydajny - w końcu zaczęłam go używać do domowych peelingów - w tej roli sprawdzał się dobrze.


WŁOSY (nie wierzę, tylko dwa produkty? Na pewno coś wyrzuciłam w trakcie!):
6. Isana, szampon do włosów farbowanych.
Pokazywałam go już w poprzednim denku - miłość trwa, zwłaszcza, że ostatnio wróciłam do farbowania i chcę utrzymać kolor jak najdłużej. Przede wszystkim uwielbiam go za to, że nadaje się do codziennego mycia włosów - nie wyobrażam sobie wyjścia z domu z nieumytymi włosami. Suchy szampon mógłby dla mnie nie istnieć - wolę nawet wyjść z mokrą głową niż drapać się cały dzień!

7. Joanna, szampon z keratyną.
Pisałam już o nim dla Was - moja opinia się nie zmieniła. Przyzwoity produkt, chociaż do codziennego mycia się nie nadaje, do tego plącze włosy i pozostawia je 'tępe', jeśli nie użyję odżywki. Moja mama, która myje włosy co kilka dni, była zadowolona - ja pozostałam obojętna.


TWARZ:
8. Lirene, żel do mycia twarz. Nawilżająco-odświeżający.
Zdecydowanie odkrycie ostatnich miesięcy. Nie dość, że dokładnie i delikatnie oczyszcza skórę, nie ściąga jej ani nie wysusza, to jeszcze radzi sobie z makijażem! Ostatnio przyzwyczaiłam się do zmywania oczu dwufazówką, o której kilka linijek niżej, a resztę makijażu zmywałam żelem - schodził bezproblemowo, nawet ciężkie podkłady!

9. Evree, Magic Rose. Różany olejek do twarzy.
Kiedyś nie miałabym pojęcia, jak w pielęgnacji używać olejku, ale po dziesiątkach pozytywnych recenzji w końcu kupiłam. I zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. Masaż twarzy? Proszę bardzo. Nawilżenie? Jasne, i to solidne. Demakijaż? Żaden problem. Wielofunkcyjny produkt, który dzięki pipecie łatwo zużyć do ostatniej kropli. A warto każdą kroplę wykorzystać, świetny kosmetyk!

10. Ziaja, demakijaż dwufazowy.
Czasami przed półką w drogerii dostaję zaćmienia i zapominam na przykład, że jakiś produkt już miałam i wcale się u mnie nie sprawdził. Tak było i z tą dwufazą. Nie radziła sobie z ciężkim makijażem, a w przypadku takiego produktu usuwanie lekkiego podkładu czy tuszu do rzęs to żadne osiągnięcie. Zużyłam, bo nie dawał efektu mgły i nie wpływał negatywnie na moje oczy, ale (mam nadzieję) więcej się nie spotkamy.

11. Botanical Choice, plastry na nos.
Kupione pod wpływem impulsu na promocji w Biedronce. Śmieszny produkt, bo przecież nie niezbędny, ale jak już jest, to się używa. I może jestem masochistką, ale lubię zapach tych plastrów, lekko miętowy, i uczucie podczas ich ściągania ;-)

12. Superdrug, tropikalna maseczka peel-off.
Pozycja obowiązkowa, jeśli o denko chodzi. Czasem się rozpieszczam i sięgam do zapasów z zeszłorocznego wyjazdu do UK. Może długofalowo nic nie daje, ale lubię uczucie zaraz po jej zdjęciu - i samo ściąganie też.


PAZNOKCIE, KOLORÓWKA I INNE:
13. Isana, zmywacz do paznokci. 
W ciągu tych 3 miesięcy z pewnością zużyłam więcej, niż jedno małe opakowanie, a licząc wszystkie butelki - na pewno poszło z 10 litrów. Najlepszy zmywacz, po prostu.

14. Sally Hansen, Insta Dri Top Coat.
Kolejny produkt, bez którego nie jestem w stanie już malować paznokci. Przyspiesza wysychanie, nadaje szklany połysk i przedłuża trwałość lakieru - do tego stopnia, że np. lakiery Orly mogę nosić na paznokciach 10 dni bez startych końcówek!

15. Inter-Vion, pilniki do paznokci.
Oczywista oczywistość u paznokciomaniaczki. Kupuję te papierowe pilniki z InterVionu, bo są śmiesznie tanie, a gradacja jest wystarczająca na moje potrzeby - w zasadzie z nowymi muszę wręcz uważać, bo zdarzało mi się zapędzić i spiłować paznokcie do zera :D

16. Garnier Mineral, antyperspirant. Ultra Dry.
Zużyłam go tak dawno, że w tej chwili nie pamiętam, jak się sprawdzał. Chyba go lubiłam, bo na pewno nie był moim pierwszym podejściem do tego produktu, ale potem na półkę wkroczyła Rexona, więc oczywiście poszedł w odstawkę.

17. No. 39, perełki do kąpieli stóp.
Nic tak nie służy moim stopom po całym dniu chodzenia w butach na koturnie, jak kąpiel. Tylko że akurat te perełki były jedynie gadżetem, w żaden sposób nie zmiękczały skóry, nie ułatwiały pedicure - nie robiły po prostu nic. Ten sam efekt można uzyskać mocząc nogi w wodzie z dodatkiem zwykłego płynu do kąpieli albo nawet mydła; zdecydowanie bardziej wolę dorzucać do wody sól do kąpieli, przynajmniej trochę drapie w stopy, zanim się rozpuści.

18. My Secret, Waterproof eyeliner.
Ten produkt utwierdził mnie w przekonaniu, że ja i eyeliner w pisaku nie mamy szans na szczęśliwą i owocną współpracę. Owszem, do pewnego czasu był dobrze napigmentowany i miał zaostrzony czubek, ale mimo to nie dało się nim narysować gładkiej, ostro zakończonej kreski, co dla mnie automatycznie skreśla eyeliner. W dodatku nie był specjalnie wodoodporny, więc same rozumiecie.

19. Rimmel, tusz do rzęs Wonderfull.
Pisałam o tym tuszu tutaj, więc odsyłam, zwłaszcza, że niewiele się w mojej ocenie zmieniło. Nie było żadnych efektów działa olejku arganowego, który ponoć znajduje się w składzie, a efekt był wyjątkowo dzienny, brakowało mi tego 'wow', który daje mi nawet najtańszy tusz z Wibo. Nie przetrwa kontaktu z wodą ani pocierania, więc nadaje się tylko do lekkich, niewymagających makijaży na dzień.

20. Smart Girls Get More, tusz do rzęs Super Volume.
Żadne super volume, to muszę zaznaczyć już na wstępie. Kolejny dzienny tusz - nie wygląda źle, ale nie robi z moimi rzęsami nic szczególnego. Miał ciekawą szczoteczkę, bardzo klasyczną, włochatą, podobną do tych z tuszy Maybelline, którą dobrze się nakładało produkt. Podczas używania zauważyłam, że ten efekt dodatkowej objętości ma być chyba zasługą mini-włosków w tuszu, wiecie - takie dodatkowe niteczki. Niestety ciężko było je równomiernie rozprowadzić, więc efekt był mizerny.

21. My Secret, tusz do rzęs Waterproof.
Tak bardzo wodoodporny, jak wspomniany wyżej eyeliner... W dodatku kolejny, który dawał zwyczajny efekt. Dopiero gdy nałożyłam go w duecie na przykład z tuszem SGGM, wyglądało to przyzwoicie. Jak możecie się domyślić - nie dam mu kolejnej szansy.

Koniec, wreszcie! Mogę spakować torbę z plastikami i w końcu ją wynieść! Dajcie znać, czy znacie coś z mojego denka i jak się u Was sprawdzało! :)

26 komentarzy:

  1. Pingwinka z Isany też miałam. Zapach cudowny :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja na początku miałam mydło w płynie o tym zapachu, potem musiałam kupić pingwinka :D

      Usuń
  2. Miałam żel pod prysznic z Balei z zapachu czekolady i figi i niestety podobny problem. Na początku był świetny ale zbiegiem czasu nie mogłam wytrzymać tego 'aromatu'. Na szczęście dosyć szybko zużyłam żel i było po kłopocie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żelu łatwiej się pozbyć na szczęście, a ten lotion męczyłam super długo, bo nie dość, że wydajny, to jeszcze zapach zostawał na skórze, nieraz zasnąć nie mogłam, bo pachniało za słodko ;<

      Usuń
  3. Bardzo lubię szampony z Isany :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie wszystkie, ale ten akurat uwielbiam :)

      Usuń
  4. Pięknie Ci poszło, żele z Balei/Isany i żele do golenia z Venus bardzo lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Pamiętam, jak w podstawówce obklejałam mój zapryszczony nos plastrami:). Mam do nich sentyment. Moje jednak nie pachniały:(.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ja w podstawówce jeszcze ich nie znałam - no i nie miałam pryszczy, teraz dopiero mi się to odbija :D

      Usuń
  6. Sporo zużyłaś ;) Żel z Balea ma cudowny zapach, uwielbiam ! Jednak moim zdaniem są strasznie rzadkie ;/ Mam możliwość zakupu ich w moim mieście w niskiej cenie, więc narzekać nie mogę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, są dość rzadkie, ale wolę takie od gęstych i kremowych :) U mnie są, ale 1-2 zł droższe, więc już odpuszczam :)

      Usuń
  7. I ja skusiłam się na pigwinka Isany, chociaż sam żel nie pachniał zbyt przyjemnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi właśnie ten zapach bardzo odpowiadał : )

      Usuń
  8. Koteczku dobrze Ci poszło ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Miałam te perełki i uważam dokładnie tak samo, Zwykły gadżet. Też wolę sole.
    Miałam też dwufazówkę z Ziai i zupełnie się nie sprawdziła. Była beznadziejna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli się zupełnie zgadzamy! :)

      Usuń
  10. Plastrów jestem bardzo ciekawa, ale u mnie w Biedr. nie dało się już ich dostać :( a peeling cukrowy ubóstwiam w każdej postaci, także tej naturalnej

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już ostatnio przerzuciłam się na mieszanie cukru z jakimś balsamem do ciała i takie peelingowanie : D

      Usuń
  11. uwielbiam limitki z Isany, nałogowo kupuję

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie akurat pingwinek nie urzekł... Podchodziła do żeli i mydeł z kilkanaście razy i za każdym razem zapach mnie nie zachęcał ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam żel do twarzy z Lirene - całkiem przyjemny :)
    Dwufazówkę Ziaja kiedyś miałam, była w porządku, antyperspiranty garnier dobrze się u mnie spisywały, zmywacz isana kiedyś przesuszał mi paznokcie (ale dawno już go nie miałam), a sally hansen lubię, choć ostatnio bardziej seche :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Seche u mnie nie umywało się nawet do SH, a Isana dla mnie nie ma sobie równych ;)

      Usuń