sobota, 18 kwietnia 2015

KOT W PODRÓŻY | PRAGA NA WEEKEND

Witajcie!

Przyznaję bez bicia - tęskniłam za postami  z tej serii, mam nadzieję, że Wy też? :-) Jeszcze bardziej brakowało mi jednak podróży - dłuższe siedzenie w jednym miejscu zwyczajnie mi szkodzi, już nie mówię o obniżeniu poziomu energii czy kreatywności. No ja po prostu potrzebuję podróży jak tlenu! ;-)
Tym razem wybór padł na Pragę - stolicę, do której mam przecież raptem 300 km, a wybierałam się tam jak sójka za morze. Nie obyło się oczywiście bez komplikacji, ale na szczęście Marta - moja towarzyszka podróży (tudzież Raise Fuhrer :D) na czas wyzdrowiała i mogłyśmy ruszyć na weekendowy trip.

Zdjęć tym razem tylko kilka, ale na końcu postu znajdziecie też vloga z wyjazdu, w którym zobaczycie więcej ;-)

Widok z Mostu Legii na Hradczany i Most Karola ♥

Na początek klasycznie kilka informacji technicznych:
  • dojazd: do Pragi można dostać się na wiele sposobów - dla nas najwygodniejsze (i najtańsze) okazały się autobusy. Z Opola do Wrocławia wybrałyśmy Polski Bus (12 zł), głównie dlatego, że jadąc pociągiem musiałybyśmy siedzieć całą noc na dworcu. Korzystając z PB na kolejną część podróży czekałyśmy tylko ok. 2.5 h. Z Wrocławia do Pragi i z powrotem jechałyśmy międzynarodowym busem linii Simple Express - za bilety w promocji zapłaciłyśmy 23 zł w jedną stronę - normalna cena to 58 zł. Busy są duże, wygodne, w fotelach zamontowane są tablety, więc całą drogę można korzystać z internetu, słuchać muzyki czy ebooków, czytać książki czy oglądać filmy. Biblioteczka dostępnych pozycji nie jest zbyt obszerna, ale w miarę aktualna.
  • nocleg: jak zwykle, przy rezerwacji noclegu, korzystałam z serwisu Booking.com. Hotel rezerwowałam jakieś 10-12 dni przed podróżą; okazało się, że w wybranym terminie był to najtańszy w Pradze nocleg. Hotel Jasmin znajduje się ok. 15 minut od centrum Pragi (świetna komunikacja - metro linia B do stacji Vysocanska i dalej autobus 136 do przystanku Sklonena), do przystanku jest raptem 200 m. Pokoje są wyposażone skromnie, ale czyste, z łazienką; minusem był fakt dostępności WIFI wyłącznie w okolicach recepcji, ale w sumie, jeśli jedzie się zwiedzać, to i tak w ciągu dnia nie korzysta się z internetu. Za dwuosobowy pokój, trzy noce z (mega wypasionym!) śniadaniem zapłaciłyśmy ok. 1250 koron każda, czyli niespełna 200 zł.
  • komunikacja miejska: po przyjeździe zaopatrzyłyśmy się w bilety na 72 godziny (310 koron), na ostatni dzień wystarczył bilety na 90 minut (32 korony). Bilety obejmują autobusy, metro, tramwaje i kolejkę na wzgórze Petrin, więc po mieście można poruszać się bez ograniczeń. W czasie 4 dni trafiłyśmy na jedną kontrolę biletów - uważajcie, bo kontrolerzy wyglądają zupełnie zwyczajnie, my myślałyśmy, że to jakiś akwizytor ;-)
Widok na cetrum Pragi ze wzgórza Petrin
Jeśli zapytalibyście mnie, co koniecznie trzeba zabrać ze sobą do Pragi, odpowiedziałabym - przewodnik! Ja, która zawsze idę na ślepo! Ale akurat w Pradze zwiedzanie na ślepo jest możliwe, ale utrudnione. Uliczki są nieoznaczone, podobnie zabytki, więc można chodzić wokół jakiegoś ważnego miejsca i nie mieć pojęcia, czym ono jest. Zabierzcie też koniecznie wygodne buty - najlepsze będą adidasy z grubszą podeszwą, bo chodzenie po kostce brukowej w szpilkach czy baletkach odpada!
Z pewnością nie można nie zobaczyć: Praskiej Bramy, Mostu Karola, zmiany warty na Hradczanach (zawsze o 12:00), wzgórza Petrin, słynnej rzeźby przy Muzeum Kafki, zegaru astronomicznego; polecam też dzielnicę żydowską i spacery po Starym i Nowym Mieście, także w nocy. Nieco przereklamowane, moim zdaniem, jest wzgórze Wyszehradu, ale to już co kto lubi. Podobnie Złota Uliczka - moim zdaniem szkoda pieniędzy, ale jeśli uda Wam się wejść za darmo, to sprawdźcie ;-)

Most Karola ma ode mnie kciuk w górę!
Hradczany też spoko!
Ta wspomniana rzeźba - fontanna ;) Demoralizacja!
Zapytacie, co z wyżywieniem. To wszystko zależy od tego, co i gdzie chcecie jeść. W Pradze znajdziecie restaurację z dosłownie każdą kuchnią świata, ale najtrudniej o... typowo czeską. Niestety, nigdzie nie widziałam knedliczków! Stołując się w restauracjach trzeba liczyć się z wydatkami rzędu 300-500 koron za pełny obiad, a już na przykład w knajpce w centrum handlowym wystarczy 100 koron. Ceny fastfoodów są minimalnie wyższe niż w Polsce (ok. 1-2 zł). Warto zwracać uwagę na drobny druczek w menu, bo może okazać się, że frytki, sos, czyste naczynia, obsługa, czy rzeczy już stojące na stole, których nawet nie ruszyliśmy, są dodatkowo płatne.
W sklepach warto porównywać ceny, a przy kasie pamiętać o czeskim zaokrąglaniu - np. kupując coś za 24,90 korony, zapłacimy oczywiście 25. Na większe zakupy polecam Wam Palladium, centrum handlowe w samym sercu miasta - sklepów ponad 200, do wyboru do koloru, od Lusha i DM, przez F&F, C&A, Levi's, MAC czy Clinique, a skończywszy na restauracjach na ostatnim piętrze. 

W większości miejsc bez trudu dogadacie się po angielsku - nie wszyscy posługują się nim biegle, ale na pewno na tyle, żebyście mogli np. kupić bilety, pocztówkę, zapytać o drogę (do tego są świetni policjanci!) czy kupić jedzenie. Oczywiście w niektórych miejscach, jak Lush czy McDonald przy dworcu autobusowym, angielskim posługują się zupełnie płynnie ;-) Z doświadczeń znajomych wiem, że czasem warto do obsługi np. restauracji, zwracać się po polsku - pracownicy bywają wtedy milsi, niż gdy się mówi do nich po angielsku ;-)

Summa summarum, na cały wyjazd (dojazd, hotel, jedzenie, komunikacja miejska, zakupy) wydałam ok. 500 zł, więc myślę, że to całkiem akceptowalna cena - zwłaszcza, że nie żałowałam sobie ani kosmetycznych drobiazgów, ani mrożonego jogurtu czy przywiezienia do Polski kilku tabliczek ukochanej Studentskiej ;-)

Na koniec zapraszam Was na video-relację: więcej pięknych widoków i ujęcia z życia codziennego Pragi (akurat odbywał się jarmark wielkanocny) gwarantowane!


Tym sposobem kolejna europejska stolica odhaczona - 9 za mną, 39 przede mną ;-)
Dajcie znać, czy byliście w Pradze - jeśli tak, to czy coś pominęłam i muszę wrócić? A może możecie polecić mi nowy kierunek? ;-)

czwartek, 9 kwietnia 2015

PAZNOKCIE | NEGATIVE FLOWER POWER

Witajcie!

W wielkanocną niedzielę, obudzona o 5.00 rano, zabrałam się za malowanie paznokci. Idealna pora, prawda? W dodatku chodziło za mną nieproste zdobienie - metoda reverse stamping, przy pomocy której powstało, jest pracochłonna i wymaga czasu. Ja mam tylko jeden stempel, więc naturalnie mogłam robić tylko jedną naklejkę na raz, więc przygotowanie wszystkich trwało dobre 4 godziny. ;-)


Do sprowadzenia wiosny na paznokcie użyłam płytki B. Loves Plates,  B.02. flower power. Gdy zobaczyłam te nieco komiksowe, proste kwiatki, pomyślałam, że będą idealnym wzorem do kolorowania. Pobawiłam się trochę kolorami i wypełniłam kontury przy pomocy... 15 różnych lakierów, m.in. Barry M Key Lime i Prickly Pear, Catrice I'm Not a Greenager, Hean, OPI Lucky Lucky Lavender, Lemax, Diadem 270, Colour Alike Goldwasser, Avon Orange Creamsickle, Golden Rose Rich Color 16, Orly Skinny Dip i Zoya Blu. Sam wzór odbiłam przy pomocy lakieru Wibo Extreme Nails 34, który świetnie sprawdził się do stemplowania.
Stemple połączyłam z ostatnim trendem na 'prześwitującą' płytkę paznokcia, tzw. negative space nails. Wydaje mi się, że z białym tłem kwiatki byłyby jeszcze bardziej komiksowe.



Na ostatnim zdjęciu za tło posłużył nowy produkt B. Loves Plates, czyli organizer na płytki - powiem Wam, że to fajny bajer ;-) Mieści 16 dużych płytek (jest stworzony, by mieścić płytki marki, oczywiście), jest porządnie wykonany, zamykany na klips, który stosownie do potrzeb i grubości organizera można zapiąć na dwa sposoby. Środek jest milutki w dotyku, a na wierzchu wytłoczone jest mozaikowe serce, czyli logo B. Loves Plates.


Co sądzicie o tego typu wiosennych zdobieniach? Próbowałyście same robić stemplowe naklejki czy to nie zabawa dla Was? ;-)

#post opublikuje się automatycznie, a ja na komentarze odpowiem po powrocie z... kolejnej podróży! ;-)

sobota, 4 kwietnia 2015

DENKO | STYCZEŃ, LUTY & MARZEC 2015

Witajcie!

Przy okazji przedświątecznych porządków wywlekłam z kąta moją siatę z pustymi opakowaniami i uświadomiłam sobie jednocześnie, że to najwyższy czas, by przedstawić Wam kolejne kwartalne 'Denko'. Tym razem obejmuje ono oczywiście styczeń, luty i marzec bieżącego roku i jest o dziwo mniejsze, niż zazwyczaj. Wiąże się to pewnie z bardziej racjonalnym podejściem do kupowania i zużywania ;-)


CIAŁO:
1 i 2.  Luksja, płyn do kąpieli.
Litrowe płyny do kąpieli Luksji to już niemal pewnik w denku, prawda? ;-) Tym razem na zmianę używałam czekoladowo-pomarańczowego, który pachnie przesłodko - delicjami, oraz makaronikowego, również dość słodkiego. Czekoladowo-pomarańczowy ma bardziej glutkową konsystencję, a makaronikowy - płynną, ale oba świetnie rozpuszczają się w wodzie tworząc mnóstwo sztywnej, aksamitnej piany, która nie znika z wanny po 10 minutach. Must have, jeśli o moją łazienkę chodzi! ♥

3. Isana, żel pod prysznic.
Żele tej marki nie należą do moich ulubionych, ale czasem z 'braku laku' sięgam po jakiś wariant zapachowy. Produkty z podstawowej linii nie trafiły do grona moich ulubieńców ze względu na bardzo lejącą, rzadką konsystencję - wydaje mi się, że zużywam ich dużo więcej, niż normalnego żelu. Podobnie było w przypadku wersji Masło Shea - Marakuja; na plus zaliczam dostępność, spełnianie swojego zadania, ładny zapach i śmiesznie niską cenę.

4. Lirene, antycellulitowy peeling myjący.
Kolejny po płynach Luksji pewnik. Mogłabym spokojnie odesłać Was do któregokolwiek denka, bo na pewno znaleźlibyście tam ten peeling. Mocny, pomarańczowy zdzierak cukrowy, który co prawda chyba nie działa na cellulit, ale mimo to go uwielbiam!


WŁOSY:
5. Garnier Fructis, szampon wzmacniający - gęste i zachwycające
Skusiłam się na niego pod wpływem recenzji i reklam, ale to kolejny szampon, który z moimi włosami nie robi niestety nic konkretnego. Początkowo wydawało mi się, że faktycznie mam nieco bardziej gęste (przynajmniej optycznie) włosy, ale musiała to być siła autosugestii.

6. Isana, szampon do włosów farbowanych
Przez dwa lata farbowania włosów przetestowałam już wiele różnych produktów przeznaczonych właśnie dla włosów po koloryzacji - trwałej czy czasowej. Jednym z szamponów, który najbardziej przypadł mi do gustu, był odkryty niedawno produkt z linii do włosów farbowanych Isany. Ma lejącą konsystencję, którą początkowo trudno było mi opanować, ale jest wydajny, przyjemnie pachnie i przede wszystkim - nadaje się do codziennego mycia włosów, nie obciąża ich i nawet nie wymaga użycia odżywki po każdym zastosowaniu. Mam wrażenie, że przy jego używaniu kolor wypłukuje mi się wolniej.

7. Garnier Ultra Doux, odżywka pielęgnacyjna - olejek z awokado i masło karite
Kiedy umieszczałam ją w poprzednim denku, nie byłam z niej do końca zadowolona. Wróciłam do niej jednak, bo okazało się, że nakładana od połowy włosów, nie na skórę głowy, ułatwiała rozczesywanie i zostawiała włosy gładkie i miękkie. Nie mogę zbyt długo używać tych samych produktów, ale do tego produktu co jakiś czas pewnie będę wracać, przeplatając go z innymi.

8. L'Oreal Elseve Color Vive, odżywka ochronna do włosów farbowanych
Jeśli chodzi o farbowanie włosów, jestem wierna marce L'Orea; postanowiłam więc dać szansę również ich produktom po farbowaniu. Odżywka daje bardzo zbliżone efekty do tej uwielbianej miniaturki z mleczkiem pszczelim, zostawia włosy miękkie i w dobrym stanie, ułatwiając rozczesywanie.


TWARZ:
9.  Soraya, Care&Control, żel 2 w 1 z peelingiem
Matko droga. Męczyłam go dobry rok, i to nie dlatego, że był tak wydajny. Początkowo byłam zadowolona, bo dobrze oczyszczał (ale tylko skórę bez makijażu),a  drobinki pobudzały krążenie, ale potem okazało się, że lekko przesusza, nie zmywa resztek makijażu, a drobinki znikąd znajdowałam nawet we włosach. Przemęczyłam go, ale wystarczyłoby mi, żeby tuba była o połowę mniejsza.

10. Perfecta, żel do mycia twarzy peelingujący
Z tego co się orientuję, nie jest normalnie dostępny, a na pewno nie w tej pojemności. Dostałam go bodajże dzięki Asi i z przyjemnością zużyłam. Drobinek było więcej, niż w żelu Sorayi, były nieco ostrzejsze, ale nie drapały, a sam żel, chociaż bardzo rzadki - wydajny. Fajny produkt, w dodatku ta mini pojemność w sam raz na wyjazdy - szkoda, że go sobie nie zostawiłam :D

11. Lush, New Charity Pot
Wyrzucam ze smutkiem... Mały słoiczek za funta, dodatek do zakupów, a taki przyjemny produkt. Niestety, postał za długo na półce i chyba się zepsuł (Lush to naturalne kosmetyki z krótkim terminem ważności), bo zaczął mnie wysypywać. Ale przed tym dobrze nawilżał, ratował poparzoną buzię, poranione skórki, a jeszcze do tego przyjemnie pachniał i był wydajny. Kupiłabym ponownie!

12. La Roche Posay, Toleriane Ultra - próbka
Tylko próbka, więc wiele nie napiszę. Ale to było faktycznie ultra nawilżenie i ratunek dla podrażnionej, suchej jak wiór skóry. Jednorazowe nałożenie, grubszą warstwą, podratowało jej kondycję w ciągu jednej nocy.

13. Maseczka peel-off z granatem
Peel-offy wszelkie uwielbiam - to wiecie. To jedyne maseczki, po których czuję, że moja skóra jest faktycznie oczyszczona, a poza tym uwielbiam uczucie w czasie zasychania i zdejmowania tego typu kosmetyków. Tę akurat dostałam w prezencie, ale poszukam jej gdzieś u siebie - fajny zamiennik dla mojej all time favourite tropikalnej peel-off z Superdruga ;-)


KOLORÓWKA I PAZNOKCIE:

14. Isana, zmywacz.
Bez komentarza, prawda? ;-) Jest w każdym denku, muszę mieć zawsze zapas w domu, bo schodzi jak woda, uwielbiam i nie zamienię na nic innego.
15. Golden Rose Rich Color 35.
Idealny, kremowy, czarny lakier. Kryje jak marzenie (jak większość lakierów z serii), do tego świetnie nadaje się do stemplowania, więc  nic dziwnego, że buteleczka szybko sięgnęła dna.

16. Tisane, balsam do ust.
Pisałam już o nim kiedyś na blogu, a widząc dno - oszczędzałam jak mogłam. Nigdy nie miałam produktu, który tak fantastycznie radziłby sobie z suchymi skórkami, spierzchniętymi ustami, podrażnionym w czasie choroby nosem,  etc. Muszę koniecznie kupić kolejne opakowanie!

17. Wibo, waterproof eyeliner.
Waterproof to on na pewno nie jest, ale wracam do niego z sentymentu - to był mój pierwszy eyeliner, którym uczyłam się malować koślawe kreski. Teraz malowanie idzie mi, nieskromnie mówiąc, dużo lepiej, a elastyczny pędzelek mocno ułatwia sprawę. Kolor jest intensywny i nie wymaga budowania, a w czasie noszenia eyeliner nie kruszy się i nie odbija.

18. Cztery Pory Roku, żel do usuwania skórek
O tym produkcie też już pisałam, i to w superlatywach. Naprawdę fajny, tani produkt, który świetnie sobie radzi ze swoim zadaniem. Jedyny minus to fakt, że nie wiadomo, kiedy się skończy, więc można się niemile zaskoczyć w czasie robienia manicure. Teraz wymieniłam go na odpowiednik z Sally Hansen, ale pewnie jeszcze do tego żelu wrócę.

19. Eveline, Mega Size Lashes, tusz do rzęs.
Bardzo fajny tusz - na tyle, że trafił bodajże do ulubieńców lutego. Wydłuża rzęsy, ładnie je rozczesuje i lekko pogrubia, dając dzienny efekt, który można nadbudować do wieczorowego bez osypywania, efektu pandy czy odbijania. Trzeba przyzwyczaić się do szczoteczki, ale konsystencja od początku jest w sam raz do używania, więc oswajanie się nie trwa długo. ;-)

I to wszystkie puste opakowania - można zacząć zbierać kolejne! A Wam jak ostatnio szły zużycia? Dajcie znać! ;-)