środa, 29 lipca 2015

PAZNOKCIE | HOLA, HAWAII

Witajcie!

Tropikalne paznokcie chodziły za mną już od dawna, zresztą podobnie jak kolejny gradient. Cały czas zapominam, jak ciężko jest po nim doczyścić skórki wokół paznokci. ;-) Postanowiłam połączyć te dwie zachcianki i tym sposobem przez chwilę miałam na paznokciach Hawaje!



Gradient stworzyłam przy użyciu dwóch lakierów Orly - Key Lime Twist i Skinny Dip, które dzięki gąbce połączyły się w środku, tworząc trzeci odcień, miętowo-zielony. 
Później pozostało mi już tylko stemplowanie - wykorzystałam hawajskie kwiaty (hibiskusy?) z płytki B. Loves Plates 02 flower power i biały lakier tej samej marki, BLP 02 B. a Snow White. Początkowo trochę żałowałam, że nie wybrałam czarnego lakieru do odbicia wzoru, ale po ozdobieniu wszystkich paznokci doszłam do wniosku, że taki delikatny stempel wygląda wcale nie najgorzej ;-)


Paznokcie robiłam dzień przed nagrywaniem nowego filmu, więc do vloga postanowiłam przygotować pasujący makijaż - możecie obejrzeć przy okazji moich ulubieńców lipca i dać znać, czy wszystko się zgrywa ;-)


Na koniec oczywiście pytanie do Was - co sądzicie? Akceptujecie takie tropiki? ;-)

sobota, 25 lipca 2015

B. LOVES PLATES & PAZNOKCIE | LEAVES OF HAPPINESS

Witajcie!

Jak zwykle przy prezentacji nowej płytki mam problem z dopasowaniem postu do określonej kategorii, więc przyjmijmy, że dziś taka mieszana klasyfikacja ;-) Wszystko dlatego, że chcę Wam pokazać zarówno nową płytkę marki B. Loves Plates, jak i pierwsze zdobienie z jej użyciem. 
Samą płytkę, jak i zresztą inne nowości marki, pokazywałam w haulu, także jeśli jeszcze nie widzieliście, to zapraszam, w ramach urozmaicenia ;-)


Przechodząc już do samego meritum. B. Loves Plates przeszło ostatnio spore zmiany wizerunkowe - mam nadzieję, że obecny design pozostanie na stałe. Tył płytek nadal zdobi naklejka, ale już z nowym logo i czcionką, która zresztą powtarza się na przodzie płytki i na innych elementach wizerunkowych marki. Poza tym, firmowy team się powiększa - do ekipy dołączyła Iza ♥ , którą miałam przyjemność poznać na... parapetówce-urodzinówce! Zmiana siedziby i pierwsze urodziny firmy były idealną okazją do spotkania się z wszystkimi, którzy mieli coś wspólnego z tęczowym sukcesem : )
Oczywiście wśród rzeczy, nad którymi pracowała ostatnio Ania, nie zabrakło nowych produktów - ostatnio pokazywałam Wam lakiery do steplowania (biały i czarny), ale to nie wszystko. Mała fuzja z Colorowo przyniosła efekt w postaci sześciu kolorowych lakierów do stempli, a poza tym w ofercie pojawiły się też stemple rozmiarem podobne do tych z Creative Shop i takie zupełnie ogromne, a także... nowa płytka!


B.04 leaves of happiness to płytka o standardowych dla marki wymiarach 9,5x14,5 cm, mieszcząca 21 całopaznokciowych wzorów o wymiarach 1,6cm / 1,7cm x 2,0cm / 2,1cm. Wymiary są odpowiednie również na długie paznokcie, co zawsze było zmorą przy całopaznokciowych stemplach. 
Wszystkie wzory łączy oczywiście motyw liści - na płytce znajdują się zarówno komiksowe ich ujęcia, jak i wzory jakby spod mikroskopu. Przy innych niż klasyczne, zielone, połączeniach kolorystycznych może wcale nie być widoczne, że to liście - zresztą, zobaczycie to w dzisiejszym zdobieniu.
Mimo naprawdę mnóstwa drobniutkich elementów, wszystkie wzory odbijają się jak marzenie - małe niedociągnięcia w poniższych próbkach wynikają z użycia dość starego lakieru i nauki obsługi nowego stempla - wzory odbijałam lakierem Wibo i stemplem BLP Jumbo.


Na skanie ostatni rząd jest umieszczony odwrotnie (nie zwróciłam uwagi przy odbijaniu, tak się spieszyłam :D), ale dokładnie widać, że wzory odbijają się świetnie, nawet przy takich detalach.

Do wykonania dzisiejszego zdobienia wybrałam wzór, który wpadł mi w oko, gdy tylko zobaczyłam pierwsze pomysły na wzory, na długo przed tym, jak płytka faktycznie powstała - pierwszy z prawej w pierwszym rzędzie. Czy tylko u mnie budzi skojarzenia z włosami? ;-)
Bazą do stemplowania jest dość przypadkowo odbita gąbeczką mieszanka lakierów Orly. Użyłam Key Lime Twist, Push The Limit, Risky Behavior, Skinny Dip i On The Edge, by stworzyć neonowo-tęczową mozaikę. Wzór z płytki odbijałam lakierem BLP B. A Dark Knight.




I co, widać, że to liściasty wzór? ;-) Dajcie znać, jak podoba się Wam nowa płytka - znalazłybyście dla niej zastosowanie? ;-)

wtorek, 21 lipca 2015

EVREE | REGENERUJĄCE SERUM DO PAZNOKCI MAX REPAIR *

Witajcie!

Produkty marki Evree nigdy mnie nie rozczarowały - miałam krem do rąk z serii Max Repair, balsam do ciała i różany olejek do twarzy. Aż dziwne, że nigdy o tej marce nie pisałam na blogu - wspominałam na kanale, a do głowy mi nie przyszło, żeby napisać posta. Niedobra ja. Ale zawsze byłam zadowolona, więc bardzo ucieszyła mnie wiadomość od przedstawicielki marki o wprowadzeniu na rynek nowego produktu - regenerującego serum do paznokci z linii Max Repair. Pani Iwona zaproponowała mi przetestowanie nowości, więc ochoczo przystąpiłam do sprawdzania produktu i dzisiaj podzielę się z Wami opinią. Jeśli jesteście ciekawi, czy i z tego serum jestem zadowolona, zapraszam dalej ;-)


Samo opakowanie jest bardzo wygodne - przypomina nieco błyszczyki w plastikowych opakowaniach. Mieści 8 ml, a zakończone jest pędzelkiem, którym łatwo nałożyć produkt zgodnie z zaleceniami producenta, czyli na skórki i oczyszczoną płytkę paznokcia. 
Przy pierwszym użyciu dość długo musiałam naciskać opakowanie, już zaczęłam się zastanawiać, czy nie jest puste, ale w końcu udało mi się wydobyć serum i przy kolejnych użyciach nie było już problemu. Dzięki formule jest wydajny, a do tego tani (ok. 15 zł) i łatwo dostępny - dostaniecie go m.in. w Rossmannach.


Konsystencja serum jest oleista - nie dziwota, skoro składa się ono głównie z olejków: winogronowego, oliwkowego, makadamia, z ostropestu, awokado, abisyńskiego, arganowego i jojoba. Zaskoczyło mnie, jak szybko produkt się wchłania - obawiałam się maślenia, brudzenia wszystkiego dookoła (skoro to olejki), ale byłam miło zaskoczona, produkt wchłania się niemal natychmiast, jest tak jakby suchy; poza tym, pachnie przyjemnie, także używanie nie nastręcza żadnych problemów.


Producent deklaruje, że serum ma regenerować, wzmacniać i wygładzać, przywracać naturalną barwę i blask, nawilżać, zmiękczać i ujednolicać naskórek wokół paznokci. Weryfikacja obietnic przyszła dość szybko - używałam produktu przez miesiąc, średnio co 2-3 dni. Muszę w tym miejscu zaznaczyć, że nie aplikowałam go na płytkę paznokcia - w związku z tym, że non stop mam na paznokciach lakier, a serum należy nakładać na oczyszczoną płytkę, wmasowywałam produkt tylko w skórki. 
Moje paznokcie nigdy nie lubiły się z olejkami, efekt był zawsze ten sam - twarde, suche skórki, zerowa poprawa kondycji samej płytki. Miałam nadzieję, że w przypadku tego produktu będzie inaczej, zwłaszcza, że po sesji i stresie z nią związanym, moje dłonie nie były w najlepszym stanie. Niestety - regenerujące serum do paznokci Evree nie zrobiło z nimi nic...
Po raz kolejny po zastosowaniu oleistego produktu na skórki, stały się one suche, sztywne, wręcz twarde. Chociaż wchłaniały serum, to wysychały - nie dzieje się tak, gdy używam kremowych produktów. Nic nie zostało zregenerowane ani zmiękczone, wygładzone również nie. Jedyny efekt używania serum, jaki zauważyłam (co potwierdzają opinie innych blogerek) to... przyspieszenie wzrostu paznokci! Dotychczas piłowałam paznokcie co dwa tygodnie, a odkąd używam serum Evree - muszę robić to co tydzień. Nie jest to dla mnie jakaś szczególna zaleta, zwłaszcza, że nie taki był cel używania serum (a ja nie lubię piłować paznokci :D). 

Gwoli ścisłości - nie jest to produkt zły. Nie uczulił mnie, nie wywołał żadnych podrażnień. Po prostu nie spełnił swojego zadania - dość ambitnego, jeśli wnioskować z opisu producenta. Do nawilżania skórek dużo bardziej lubię krem z tej samej serii, ten czerwony - ostatnio okazało się, że nadaje się świetnie nie tylko do dłoni, a i do stóp!

Miałyście kiedyś produkty Evree? Jak się u Was sprawdzały?

poniedziałek, 13 lipca 2015

KOT W PODRÓŻY | WIEDEŃ 2015

Witajcie!

W stolicy Austrii byłam już kiedyś przejazdem, ale umówmy się - w nocy niewiele widać, a dwie godziny to za mało, żeby zobaczyć Wiedeń w pełnej krasie, dlatego w poprzedni poniedziałek wybrałam się w kolejną podróż. Celem było miasto Straussa, Mozartkugeln i walca.

Pałac Schonbrunn.
Na początek informacje techniczne i organizacyjne:
  • dojazd: do Wiednia, oddalonego od Polski o 450 km, można dostać się różnymi środkami transportu - my wybrałyśmy Polskiego Busa. Do Katowic dotarłyśmy pociągiem (w przedsprzedaży: 6,50 zł), stamtąd, przez Bratysławę, dojechałyśmy Polskim Busem (60 zł). Droga powrotna wyglądała identycznie - z małą przesiadką między Gliwicami a Strzelcami, bo ktoś postanowił rzucić się pod pociąg, którym wracałyśmy...
  • nocleg: jak zwykle, przy rezerwacji noclegu, korzystałam z serwisu Booking.com. Hotel zarezerwowałam trzy tygodnie przed wyjazdem; wybrałam Sommerhotel, zlokalizowany dosłownie na przeciwko dworca autobusowego i głównego dworca kolejowego Hauptbahnhof, 3 minuty od przystanków metra, autobusu i metra. Pokój był dość duży, ale łazienka koszmarnie malutka - wejście do prysznica wymagało gimnastyki, nie mówię o umyciu włosów... WiFi dostępne w recepcji śmigało bez zarzutu, a śniadania podawane w formie bufetu były bogate i smaczne. Za dwie osoby i trzy noce ze śniadaniami zapłaciłyśmy 132 euro (ok. 530 zł).
  • komunikacja miejska: po przyjeździe zaopatrzyłyśmy się w bilet tygodniowy (wychodził taniej, niż bilet trzydniowy) za ok. 16 euro, pozwalający na dowolną ilość przejazdów metrem, tramwajami i autobusami. W czasie 3 dni trafiłyśmy na jedną kontrolę biletów, tym razem nie było problemów z rozpoznaniem kontrolerów - są ubrani w odblaskowe kamizelki i spotkacie ich grupę przy wyjściu z metra.
  • zniżki, zwiedzanie i koszty utrzymania: Wiedeń to niestety drogie miasto, zarówno pod względem kosztów utrzymania, jedzenia, etc., jak i zwiedzania. Co prawda Vien Karta uprawnia do zniżek, ale nie są one znaczne; jedyną atrakcją, do której wchodziłyśmy, była Biblioteka Narodowa, czyli raj dla miłośników książek (bilet normalny - 7 euro). Uważajcie - żeby otrzymać zniżki trzeba mieć międzynarodową kartę studencką!
    Jeśli chodzi o wyżywienie, zabrałyśmy ze sobą sporo suchego prowiantu, a śniadania miałyśmy w hotelu, więc tylko obiady jadłyśmy w mieście. Mówi się, że najtaniej zjecie w McDonaldzie - poniekąd fakt, ale można taniej ;-) McDonaldy w Wiedniu znajdują się na każdym kroku, zresztą podobnie jak budki z hot-dogami, wurstami i kebabem; w McD wydacie ok. 7 euro za zestaw, podobnie w Burger Kingu, w budce zjecie za 3-5 euro, a obiad w restauracji to ok. 20 euro (np. sznycel z sałatką - 18 euro). My obiady jadłyśmy na dworcu Hauptbahnhof - w części barowej znajdziecie BurgerKinga, NordSee, chińczyka, Subway, Starbucksa, burgery, a także nasze ulubione miejsce, czyli Chutney - bar z indyjską kuchnią. Polecam curry z kurczakiem i grzybami, pycha!

Zwiedzanie zaczęłyśmy w najgorętszy dzień od lat (ok. 38-40 stopni w cieniu) - celem stał się położony niedaleko dworca Belweder. XVIII-wieczny kompleks składa się z dwóch budynków, Górnego i Dolnego Belwederu (oba udostępnione do zwiedzania), połączonych ogrodem w stylu francuskim. Później, zmęczone wróciłyśmy do pokoju, by chwilę odpocząć (i zwalczyć rozwijające się u mnie objawy przegrzania - nie polecam, fatalne uczucie), a wieczorem wybrałyśmy się do centrum - zobaczyłyśmy m.in. Muzeum Techniki i Historii Naturalnej, Operę, katedrę św. Szczepana, MuMok, MQ, Parlament czy Ratusz (akurat odbywał się tam festiwal filmowy).


Środa przyniosła niestety potworny deszcz, ale nie poddałyśmy się - część zwiedziłyśmy "na sucho", np. Bibliotekę Narodową, Hofburg, Hiszpańską Dworską Szkołę Jazdy, Hass Haus plac przed kościołem św. Michała, a gdy rozpadało się i zaczęło grzmieć - przejechałyśmy się do końca trasy tramwajem, a potem jeszcze zrobiłyśmy selfie z pomnikiem Mozarta, zobaczyłyśmy remontowany kościół (którego nazwa oczywiście wyleciała mi z głowy), a także jeden z dwóch ciapatych domów - KunstHaus.

Biblioteka Narodowa ♥

Torba na głowie nowym trendem! Mozart ma okejkę!
Trzeci dzień rozpoczęłyśmy od pałacu Schonbrunn i Glorietty - nie wchodziłyśmy do środka (28 euro...), ale zobaczyłyśmy budynek z zewnątrz i ogrody. Później ruszyłyśmy m.in. na Prater, na wyspę na Dunaju, do nowoczesnej dzielnicy Wiednia z budynkami UNO i pod Hundertwasserhaus, drugi ciapaty dom. Wyjazd kończymy spacerem po centrum i spróbowaniem kultowego tortu Sachera (nieco za słodkiego, jak na moje gusta; porcja 5,60 euro).

Ogrody Schonbrunn.
Piękne niebo po burzy ♥

Hundertwasserhaus.
Tort Sachera w Hotelu Sacher.
Jak zwykle - nie sposób zawrzeć wszystkiego, co zwiedzałyśmy, w jednym poście (musiałybyśmy przekopiować całą listę z przewodnika, bo uwierzcie - sprawdzałyśmy punkt po punkcie i zobaczyłyśmy wszystko!); trochę więcej miejsc znajdziecie we vlogu, który niżej ;-)
Oczywiście nie obyło się bez drobnych DM-owych zakupów i kilku (no, trochę więcej, niż kilku) opakowań słodyczy - ale nie mogłam się powstrzymać! ;-)


Jeśli byłyście w Wiedniu, to dajcie mi koniecznie znać, jak Wam się podobało, a jeśli nie miałyście okazji - może mój post/vlog skusi Was, żeby się wybrać ;-)

niedziela, 5 lipca 2015

DENKO | KWIECIEŃ, MAJ & CZERWIEC 2015

Witajcie!

Chociaż nie jestem ostatnio najlepszą blogerką (ba, ja przegapiłam trzecią rocznicę powstania bloga!), to wciąż zużywam kosmetyki - kto by pomyślał! Nawet nadal z zapamiętaniem zbieram puste opakowania w kącie pokoju, żeby przypadkiem po kolejnym kwartale nie zapomnieć o napisaniu denkowego posta. Akurat tej formuły nie chcę przenosić na youtube - nieraz tak długo zastanawiam się nad tym, co powiedzieć o zużytym produkcie, że przy montażu spędzałabym długie godziny, wycinając zbędne fragmenty ;-)
Zapraszam na podsumowanie drugiego kwartału zużyć!


CIAŁO:
1. Isana, żel pod prysznic. Edycja zimowa.
Nie wiem, jak Isana to robi, że zawsze, gdy pojawi się nowa limitka, idę ją kupić. Dobra, wiem - opakowania. No nie chwycił Was za serce ten pingwinek?! Niby to żel zimowy, ale wiosną też sprawdzał się fajnie, zwłaszcza z uwagi na słodki, przyjemny zapach. Właściwości myjących oczywiście nie analizuję, bo to przecież tylko żel ;-)

2. Balea, żel pod prysznic. Paradise Beach, ananas i kokos.
Różowy. Pachnący jak drinki z palemką i wakacje. Pieniący się jak marzenie. A w dodatku tani jak barszcz (przynajmniej jeśli kupuje się go za granicą, ten przywiozłam z Pragi). Lubię żele z Balei, głównie ze względu na kompozycje zapachowe - przyjemne, nieduszące, ale odpowiednio intensywne.

3. Venus, żel do golenia. Esktrakt z rumianku do skóry wrażliwej.
Odkąd odkryłam ten żel, z mojego życia zniknęły wszelkie pianki. Kosztuje ok. 12 zł, czyli dość sporo jak za tego typu produkt, ale jest wydajny - na skórze zamienia się w pianę, wchodząc w kontakt z wodą. Służy temu, czemu powinien, przyjemnie pachnie i nie ma problemu z dostępnością.

4. Green Pharmacy, peeling cukrowy. Róża piżmowa i zielona herbata.
Jedno słowo - miłość. Uwielbiam peelingi z Green Pharmacy - odpowiednio mocno zdzierają, nie zostawiają filmu, ale nawilżają ciało. W dodatku ten piękny zapach - jak nadzienie z pączków! Co prawda ostatnio musiałam go zastąpić czymś bardziej orzeźwiającym, bo różany zapach jest dość ciężki, ale na pewno jeszcze do siebie wrócimy.

5. Balea, lotion. Czekolada i figa.
Nie mogłam zmęczyć. Na początku byłam zachwycona słodkim zapachem, ale niedługo później zaczął mnie mdlić i nie byłam w stanie nakładać go na ciało. A że ma dość lejącą konsystencję i jest diabelnie wydajny - w końcu zaczęłam go używać do domowych peelingów - w tej roli sprawdzał się dobrze.


WŁOSY (nie wierzę, tylko dwa produkty? Na pewno coś wyrzuciłam w trakcie!):
6. Isana, szampon do włosów farbowanych.
Pokazywałam go już w poprzednim denku - miłość trwa, zwłaszcza, że ostatnio wróciłam do farbowania i chcę utrzymać kolor jak najdłużej. Przede wszystkim uwielbiam go za to, że nadaje się do codziennego mycia włosów - nie wyobrażam sobie wyjścia z domu z nieumytymi włosami. Suchy szampon mógłby dla mnie nie istnieć - wolę nawet wyjść z mokrą głową niż drapać się cały dzień!

7. Joanna, szampon z keratyną.
Pisałam już o nim dla Was - moja opinia się nie zmieniła. Przyzwoity produkt, chociaż do codziennego mycia się nie nadaje, do tego plącze włosy i pozostawia je 'tępe', jeśli nie użyję odżywki. Moja mama, która myje włosy co kilka dni, była zadowolona - ja pozostałam obojętna.


TWARZ:
8. Lirene, żel do mycia twarz. Nawilżająco-odświeżający.
Zdecydowanie odkrycie ostatnich miesięcy. Nie dość, że dokładnie i delikatnie oczyszcza skórę, nie ściąga jej ani nie wysusza, to jeszcze radzi sobie z makijażem! Ostatnio przyzwyczaiłam się do zmywania oczu dwufazówką, o której kilka linijek niżej, a resztę makijażu zmywałam żelem - schodził bezproblemowo, nawet ciężkie podkłady!

9. Evree, Magic Rose. Różany olejek do twarzy.
Kiedyś nie miałabym pojęcia, jak w pielęgnacji używać olejku, ale po dziesiątkach pozytywnych recenzji w końcu kupiłam. I zrozumiałam, o co w tym wszystkim chodzi. Masaż twarzy? Proszę bardzo. Nawilżenie? Jasne, i to solidne. Demakijaż? Żaden problem. Wielofunkcyjny produkt, który dzięki pipecie łatwo zużyć do ostatniej kropli. A warto każdą kroplę wykorzystać, świetny kosmetyk!

10. Ziaja, demakijaż dwufazowy.
Czasami przed półką w drogerii dostaję zaćmienia i zapominam na przykład, że jakiś produkt już miałam i wcale się u mnie nie sprawdził. Tak było i z tą dwufazą. Nie radziła sobie z ciężkim makijażem, a w przypadku takiego produktu usuwanie lekkiego podkładu czy tuszu do rzęs to żadne osiągnięcie. Zużyłam, bo nie dawał efektu mgły i nie wpływał negatywnie na moje oczy, ale (mam nadzieję) więcej się nie spotkamy.

11. Botanical Choice, plastry na nos.
Kupione pod wpływem impulsu na promocji w Biedronce. Śmieszny produkt, bo przecież nie niezbędny, ale jak już jest, to się używa. I może jestem masochistką, ale lubię zapach tych plastrów, lekko miętowy, i uczucie podczas ich ściągania ;-)

12. Superdrug, tropikalna maseczka peel-off.
Pozycja obowiązkowa, jeśli o denko chodzi. Czasem się rozpieszczam i sięgam do zapasów z zeszłorocznego wyjazdu do UK. Może długofalowo nic nie daje, ale lubię uczucie zaraz po jej zdjęciu - i samo ściąganie też.


PAZNOKCIE, KOLORÓWKA I INNE:
13. Isana, zmywacz do paznokci. 
W ciągu tych 3 miesięcy z pewnością zużyłam więcej, niż jedno małe opakowanie, a licząc wszystkie butelki - na pewno poszło z 10 litrów. Najlepszy zmywacz, po prostu.

14. Sally Hansen, Insta Dri Top Coat.
Kolejny produkt, bez którego nie jestem w stanie już malować paznokci. Przyspiesza wysychanie, nadaje szklany połysk i przedłuża trwałość lakieru - do tego stopnia, że np. lakiery Orly mogę nosić na paznokciach 10 dni bez startych końcówek!

15. Inter-Vion, pilniki do paznokci.
Oczywista oczywistość u paznokciomaniaczki. Kupuję te papierowe pilniki z InterVionu, bo są śmiesznie tanie, a gradacja jest wystarczająca na moje potrzeby - w zasadzie z nowymi muszę wręcz uważać, bo zdarzało mi się zapędzić i spiłować paznokcie do zera :D

16. Garnier Mineral, antyperspirant. Ultra Dry.
Zużyłam go tak dawno, że w tej chwili nie pamiętam, jak się sprawdzał. Chyba go lubiłam, bo na pewno nie był moim pierwszym podejściem do tego produktu, ale potem na półkę wkroczyła Rexona, więc oczywiście poszedł w odstawkę.

17. No. 39, perełki do kąpieli stóp.
Nic tak nie służy moim stopom po całym dniu chodzenia w butach na koturnie, jak kąpiel. Tylko że akurat te perełki były jedynie gadżetem, w żaden sposób nie zmiękczały skóry, nie ułatwiały pedicure - nie robiły po prostu nic. Ten sam efekt można uzyskać mocząc nogi w wodzie z dodatkiem zwykłego płynu do kąpieli albo nawet mydła; zdecydowanie bardziej wolę dorzucać do wody sól do kąpieli, przynajmniej trochę drapie w stopy, zanim się rozpuści.

18. My Secret, Waterproof eyeliner.
Ten produkt utwierdził mnie w przekonaniu, że ja i eyeliner w pisaku nie mamy szans na szczęśliwą i owocną współpracę. Owszem, do pewnego czasu był dobrze napigmentowany i miał zaostrzony czubek, ale mimo to nie dało się nim narysować gładkiej, ostro zakończonej kreski, co dla mnie automatycznie skreśla eyeliner. W dodatku nie był specjalnie wodoodporny, więc same rozumiecie.

19. Rimmel, tusz do rzęs Wonderfull.
Pisałam o tym tuszu tutaj, więc odsyłam, zwłaszcza, że niewiele się w mojej ocenie zmieniło. Nie było żadnych efektów działa olejku arganowego, który ponoć znajduje się w składzie, a efekt był wyjątkowo dzienny, brakowało mi tego 'wow', który daje mi nawet najtańszy tusz z Wibo. Nie przetrwa kontaktu z wodą ani pocierania, więc nadaje się tylko do lekkich, niewymagających makijaży na dzień.

20. Smart Girls Get More, tusz do rzęs Super Volume.
Żadne super volume, to muszę zaznaczyć już na wstępie. Kolejny dzienny tusz - nie wygląda źle, ale nie robi z moimi rzęsami nic szczególnego. Miał ciekawą szczoteczkę, bardzo klasyczną, włochatą, podobną do tych z tuszy Maybelline, którą dobrze się nakładało produkt. Podczas używania zauważyłam, że ten efekt dodatkowej objętości ma być chyba zasługą mini-włosków w tuszu, wiecie - takie dodatkowe niteczki. Niestety ciężko było je równomiernie rozprowadzić, więc efekt był mizerny.

21. My Secret, tusz do rzęs Waterproof.
Tak bardzo wodoodporny, jak wspomniany wyżej eyeliner... W dodatku kolejny, który dawał zwyczajny efekt. Dopiero gdy nałożyłam go w duecie na przykład z tuszem SGGM, wyglądało to przyzwoicie. Jak możecie się domyślić - nie dam mu kolejnej szansy.

Koniec, wreszcie! Mogę spakować torbę z plastikami i w końcu ją wynieść! Dajcie znać, czy znacie coś z mojego denka i jak się u Was sprawdzało! :)