niedziela, 21 lutego 2016

ORLY | POLISHIELD ALL IN ONE ULTIMATE TOP COAT*

Witajcie!

W styczniu udawało mi się utrzymać dobrą passę i publikować posty zgodnie z planem, ale niestety, koniec ubiegłego miesiąca i trzy pierwsze tygodnie lutego okazały się bezlitosne. Życie prywatne i rodzinne tak bardzo odbiło się na całej reszcie, że nie było mowy nawet o malowaniu paznokci, które wiecznie się łamały od nadmiaru stresu i od braku dbałości o nie, a to, że nie zawaliłam sesji, to chyba jakiś cud. W tym miejscu, póki jeszcze Waszej uwagi nie odciągnął bohater posta, napiszę - dbajcie o swoich bliskich. Nie rezygnujcie z możliwości spędzenia czasu z nimi, bo gdy ich zabraknie, będzie jakoś pusto bez podsuwania czekoladek, wypytywania o uczelnię i nawet tych dyskusji o polityce, które kiedyś drażniły. 

Przechodząc do sedna posta - szczerze mówiąc, nie chce mi się nawet sięgać po lakiery do paznokci. Nie wiem, czy to przyzwyczajenie do tego, że paznokcie są niepomalowane, czy zmęczenie materiału. Są jednak zobowiązania z których muszę i chcę się wywiązać (a Ania z Orly i tak ma już do mnie anielską cierpliwość!), więc zanim połamane paznokcie odrosną, na swoje 5 minut uwagi ma szansę jeden z preparatów marki Orly - top coat Polishield.


W kwestii technicznej Polishield nie różni się znacząco od innych produktów marki. Nie wiem, czy już Wam o tym kiedyś wspominałam, ale uwielbiam w Orly dbałość o spójność wizerunkową. Top coat, podobnie jak inne lakiery, zamknięty jest w buteleczce o pojemności 18 ml, która wyposażona jest w klasyczny dla marki pędzelek oraz nakrętkę typu Gripper Cap, dzięki której otwieranie jej nie sprawia problemów. Tym, co wyróżnia preparat spośród innych produktów jest dodatkowe opakowanie - kartonik, w którym dostajemy produkt (założę się, że są na nim wszelkie potrzebne informacje, ale wyrzuciłam go, zanim to przemyślałam ^^), utrzymanie detali opakowania i rączki we fiolecie (a nie jak w przypadku lakierów - czerni), oraz oczywiście matowe szkło samej buteleczki. 


Jeśli używacie lakierów nawierzchniowych to z pewnością wiecie, że zazwyczaj są dość gęste, jakby żelowe. Tym razem konsystencja lakieru jest zaskakująco rzadka, to chyba najbardziej płynny top coat, z jakim miałam do czynienia. Oczywiście kilka razy zdarzyło mi się przez to zalać sobie skórki, co na szczęście po wyschnięciu nie było widoczne. 
Polishield ma trzy podstawowe funkcje: ma chronić, wysuszać i zabezpieczać lakier. Z ochroną i zabezpieczeniem faktycznie radzi sobie dość dobrze - przedłuża trwałość lakieru na paznokciu, zapobiega jego blaknięciu i rysowaniu się, natomiast nie tworzy charakterystycznej, a'la szklanej czy żelowej powłoki (jak Sally Hansen Insta Dri czy Seche Vite), przez co paznokcie nie stają się bardziej odporne na uszkodzenia mechaniczne - w przypadku Insta Dri zdarzało mi się, że top coat dosłownie ratował paznokcie przez złamaniem. 
Jeśli chodzi o wysuszanie, nie zauważyłam, żeby w jakiś szczególny sposób skracał czas oczekiwania. Kremowe lakiery Orly mają to do siebie, że same w sobie schną dość szybko, więc w ramach testu użyłam Polishielda na opornych żelkach tej marki - niestety, nie sprawił magicznie, że warstwy wyschły ekspresowo. 


Przez wiele osób Polishield uznawany jest za najlepszy top coat, znam wiele jego fanek. Po przetestowaniu jednak nadal trudno mi z całą mocą im przytaknąć. Bezsprzecznie produkt ma mnóstwo zalet - dzięki swojej konsystencji nie gęstnieje w butelce, ma dużą pojemność, chroni lakier, nie rozmazuje stempli, nie tworzy bąbelków na paznokciach, łatwo go nałożyć, nie śmierdzi jak niektóre topy, np. Seche Vite, który cuchnie butaprenem, nie ściąga końcówek.
Z drugiej zaś strony, brakuje mi tego żelowego/szklanego wykończenia, które daje mi InstaDri, przez które niektórzy pytali mnie, czy mam na dłoniach hybrydy; poza tym, Polishield nie jest niestety dostępny stacjonarnie (z wyjątkiem jakichś targów czy podobnych eventów), więc jeśli ktoś nie ma zaufania do zakupów w sieci, pewnie po niego nie sięgnie.

Dla mnie top coat jest preparatem niezbędnym; Polishield to bez wątpienia świetny produkt, ale czy zdetronizował Insta Dri? Sama nie wiem. Na pewno bije na głowę Seche Vite, na pewno zdobył moje serce, ale czy kupiłabym drugą buteleczkę? Nie mam pojęcia. Gdyby ktoś odciął mi dostęp do Insta Dri, to z pewnością tak ;-)

5 komentarzy:

  1. Nie miałam nigdy Polishield a nałogowo używam Seche Vite ;) u mnie sprawdza się najlepiej - do zapachu się przyzwyczaiłam(dużo gorzej śmierdzi Mundo de Unas;)) chociaż przyznam, że testowałam wiele topów ale jakoś Insta Dri też nigdy nie kupiłam. Muszę spróbować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie Seche bardzo ściągał końcówki :< Insta Dri jest naprawdę fajny, polecam!

      Usuń
  2. z preparatów Orly używam tylko Glossera, którego kupiłam....chyba rok, albo 1,5 roku temu na Targach. wahałam się wtedy między nim a Polishield, ale w końcu zdecydowała obietnica lśniącej powłoki :D chociaż nie powiem - tego drugiego też bym chętnie wypróbowała ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No mnie teraz coraz bardziej kusi ten Glosser... Może kiedyś! : D

      Usuń
  3. Nigdy tego nie używałam i przyznaję, że jakoś wcale mnie do tego nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń